A potem pojawia się kosztująca prawie 4500 złotych temperówka o wymyślnej nazwie GorillaSharpener i człowiek zaczyna szukać wymówek, usprawiedliwiających tak absurdalny zakup.
Niedorzecznie drogi gadżet, od którego ciężko byłoby oderwać ręce
Ludzka kreatywność nie zna granic i chyba najlepiej widać to nie w sztuce, a w tym, jak niektóre osoby potrafią zmienić codzienne przedmioty w coś niezwykłego. Tutaj marka MB&F wspólnie z legendą rzemiosła Caran d’Ache postanowiła wziąć na warsztat temperówkę, czyli jeden z najbardziej prozaicznych przedmiotów biurowych, jakie można wymyślić.
Nie poszli jednak w klasycznie piękne wzornictwo, tylko w totalny humor. W sumie trochę mnie to nie dziwi, bo studio MB&F jest znane z tworzenia zegarków wyglądem przypominających mikroskopijne pojazdy obcych. Więc nudno na pewno nie mogło być i nie jest. Zwykła, korbkowa temperówka Caran d’Ache zyskała bowiem mocne, odlewane z cynku i stali kończyny… goryla. Powierzchnię tych dodatkowych elementów wyrzeźbiono tak, by imitować gęste futro, a kiedy temperówka stoi na blacie, pochyla się nawet do przodu, jak prawdziwy goryl. Czy wygląda to poważnie? Zdecydowanie nie. A mimo to ciężko oderwać wzrok i powstrzymać uśmiech.

Choć projektanci postawili nad dość agresywną i pozornie masywną formę, ten gadżet nie zajmie za dużo miejsca. Całość ma wysokość około 150 milimetrów, więc to wciąż kompaktowy drobiazg. Srebrne kończyny i główny element, w który wkładamy ołówek, połączono z blado-niebieskim korpusem w odcieniu Alpine Frost. W ten sposób prezentuje się to całkiem przyjemnie dla oka.
Wiecie, co tu jest najfajniejszego? Dzień premiery, bo temperówka zadebiutowała z okazji Światowego Dnia Goryla. Jednak nie był to właściwie główny powód tej współpracy. Ten najważniejszy to chęć uświetnienia 15-lecia M.A.D.Gallery, czyli galerii sztuki mechanicznej założonej przez MB&F, co bardzo dobrze tłumaczy, dlaczego obecna edycja mocniej niż kiedykolwiek skręca w stronę czystej rzeźby.

Pozachwycaliśmy się już formą, więc czas na kilka konkretów związanych z funkcjonalnością, bo wbrew pozorom to wciąż przedmiot, którego spokojnie można na co dzień używać. Mechanizm przyjmuje ołówki okrągłe i sześciokątne o średnicy od 4 do 10 milimetrów, wymienny frez gwarantuje idealną ostrość przez dekady, a dołączony do zestawu solidny zacisk pozwala na pewne przytwierdzona temperówki do krawędzi stołu. Mamy więc wszystko, czego można wymagać od temperówki.
Dziecko, które przetrwało
Każdy egzemplarz wysyłany jest w dedykowanej walizce, wraz z instrukcją, clampem mocującym oraz zestawem markowych ołówków Caran d’Ache, zapakowanych w pudełko ozdobione ilustracjami Maxime’a Schertenleiba. Na opakowaniu widnieje słynne motto MB&F: „Kreatywny dorosły to dziecko, które przetrwało”.

I tak, nikt z nas nie potrzebuje metalowego goryla, by naostrzyć ołówek – dokładnie ten sam efekt uzyskamy plastikową temperówką ze sklepu papierniczego za pięć złotych. A mimo to, człowiek tak patrzy na ten projekt i po prostu chce go mieć. Jestem wręcz pewna, że gdybym postawiła ten gadżet na swoim biurku, to przeszukałabym cały dom, znalazła wszystkie ołówki, a potem spędziła kilka godzin na ich ostrzeniu. Po prostu nie dałoby się inaczej.

Jedyną przeszkodą jest cena. W sumie przeszkody są dwie, bo wyprodukowano zaledwie 300 egzemplarzy tego biurowego absurdu, więc nawet jeśli ktoś byłby skłonny wydać jakieś 4500 zł na temperówkę, to niekoniecznie musi się załapać. I tak, płacenie takiej kwoty a maszynkę do strugania ołówków brzmi jak czyste szaleństwo i sama marka MB&F zdaje się o tym doskonale wiedzieć. W swoich materiałach prasowych z rozbrajającą szczerością opisuje ten projekt jako „najtańszy przedmiot, jaki marka kiedykolwiek wyprodukowała”. Tak, to mówi absolutnie wszystko o ich standardowym cenniku zegarków.
Źródło: Maximillian Maertens
