W ciągu ostatnich 50 lat PKB na głowę mieszkańca USA i Wielkiej Brytanii zwiększył się sześciokrotnie. Jednak poczucie szczęścia, czyli trwałego zadowolenia z życia, się nie zmieniło.

 

 

Nie ma jednej definicji życiowej satysfakcji, każdy odczuwa ją indywidualnie. Ale rządzenie demokratycznym państwem byłoby trudne bez obiektywnych wskaźników, pozwalających mierzyć poziom dobrobytu i rozwoju gospodarczego, od których zależy samopoczucie obywateli. Po długich poszukiwaniach postawiono ostatecznie na tempo wzrostu produktu krajowego brutto (PKB – wartość dóbr i usług wytworzona w danym kraju w ciągu roku). Dziś większość polityków i ekonomistów traktuje PKB wręcz z nabożną czcią. Bo ta jedna liczba pozwala na dokonywanie porównań między państwami, roztaczanie wizji „zielonej wyspy”, patrzenie w przyszłość z optymizmem lub lękiem. 

Paradoks Easterlina

Już mało kto pamięta, że powszechnie fetyszyzowany wskaźnik ma dość krótką historię i nie został wprowadzony do mierzenia tempa w międzynarodowym wyścigu. W czasie Wielkiego Kryzysu amerykański departament skarbu zorientował się, że nie dysponuje danymi statystycznymi, które umożliwiają rzetelną ocenę kondycji gospodarki. Zebranie ich powierzył urodzonemu w Pińsku (na dzisiejszej Białorusi) Simonowi Kuznetsowi, który w 1922 r. wyemigrował do USA i szybko zyskał opinię jednego z najbardziej obiecujących ekonomistów. 

Efektem jego kilkuletniej pracy była książka „National Income and Its Composition” (Dochód narodowy i jego składniki) oraz obliczony w 1941 r. – pierwszy raz w historii – produkt krajowy brutto. Odtąd statystycy mogli precyzyjnie określać, jak szybko rozwija się gospodarka USA. Ale Kuznets już wtedy ostrzegał w memorandum do Kongresu, by „nie mylić dochodu narodowego z pomyślnością narodu”. 

Przestroga poszła jednak w zapomnienie, a wzrost PKB zaczęto uznawać za synonim wzrostu dobrobytu. Próbował to podważyć na początku lat 70. prof. Richard Easterlin, który zweryfikował naukowo ludową mądrość, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Okazało się, że jednak dają, ale tylko do pewnej granicy. U osób mających problemy z zaspokojeniem podstawowych potrzeb wzrost zamożności zwiększał zadowolenie z życia, ale po przekroczeniu 20 tys. dolarów rocznego dochodu ta zależność zanikała. Późniejsze badania wykazały, że co trzeci amerykański multimilioner jest mniej szczęśliwy niż jego przeciętny rodak, a różnic w ukontentowaniu życiem między najbogatszymi i zarabiającymi nieco ponad 20 tys. dolarów rocznie praktycznie nie ma. Z powodu spadku siły nabywczej amerykańskiej waluty kwotę tę dziś należałoby pomnożyć trzy, cztery razy. 

Odkrycie nazwane od imienia autora paradoksem Easterlina wywołało dyskusję o potrzebie uzupełnienia mierników dobrobytu o składniki niematerialne. Przytłumił ją jednak entuzjazm wywołany przez globalizację, której zalety w najbardziej czytelny sposób miało pokazywać właśnie tempo wzrostu PKB. Wybuch obecnego kryzysu pokazał, że to jednak nie wystarcza.

Eksperyment Bhutan

Pierwszym politykiem, który wyłamał się spod dyktatu wzrostu PKB, był król Bhutanu – niewielkiego, biednego państwa w Himalajach. „Zadowolenie z życia nie zależy wyłącznie od postępu materialnego i wzrostu zamożności. Przyjęcie takiej postawy prowadzi do zniszczenia wielu bezcennych wartości: tradycji, kultury, środowiska naturalnego, dziedzictwa przodków” – oświadczył Jigme Singye Wangchuck tuż po objęciu tronu w 1972 r. „Dlatego będziemy podejmować tylko takie decyzje, które poza pieniędzmi przyniosą wzrost poczucia życiowej satysfakcji. Szczęście narodowe brutto jest ważniejsze od produktu narodowego brutto”.

Pomysł zastąpienia PKB miernikiem  o wdzięcznej nazwie szczęście narodowe brutto (Gross National Happiness) uznano początkowo za kaprys ekscentrycznego władcy. Liberalni ekonomiści pokpiwali, że chęć mierzenia czegoś tak niewymiernego jak szczęście mogła się zrodzić jedynie w umyśle komunisty lub despoty. 

Król nie był jednak ani dogmatykiem, ani tyranem. Wykształcony w Oksfordzie wiedział, do czego kraje tak zwanego Trzeciego Świata prowadzi ślepe naśladowanie bogatego Zachodu. Rozbudzonych gwałtownie potrzeb społeczeństwa żadna władza nie jest w stanie zaspokoić, miraż lepszego życia zaś rozbija lokalne wspólnoty, mieszkańcy wsi ruszają do miast i lądują w slumsach, pleni się przemoc i korupcja. 

Ówczesny Bhutan trwał jeszcze w niemal pełnej izolacji od świata i w feudalizmie, nie było dróg, szpitali, szkół, telewizji, gazet. Postawienie na szybki rozwój mierzony wyłącznie tempem wzrostu PKB mogło przynieść fatalne skutki. By ich uniknąć, król uznał, że wzrost materialnego dobrobytu nie może się odbywać kosztem tradycyjnego stylu życia, duchowych wartości buddyjskich i środowiska naturalnego. Miernikiem tak zrównoważonego rozwoju miał być wskaźnik szczęścia narodowego brutto. 

By zamortyzować skutki zderzenia średniowiecznego społeczeństwa z nowoczesną cywilizacją, władca Bhutanu ograniczył liczbę cudzoziemców wpuszczanych do kraju. W ubiegłym roku byłem jednym z 20–25 tys. obcokrajowców, którzy zmieścili się w limicie, i mogłem na własne oczy zobaczyć, jak koncepcja króla sprawdza się w praktyce. Przejechałem prawie cały kraj i nie spotkałem ani jednego narkomana, żebraka czy złodzieja. Obowiązek budowania domów w tradycyjnym stylu sprawia, że nigdzie nie powstały slumsy ani ponure blokowiska. Nie chodził też za mną żaden jawny ani tajny policjant, mogłem rozmawiać, z kim chciałem i o czym chciałem. 

Poddanych Jego Królewskiej Mości pytałem przede wszystkim o sposób, w jaki rząd mierzy ich szczęście – według oficjalnych danych nieustannie rosnące. Nie potrafili precyzyjnie odpowiedzieć, z reguły kończyło się na ogólnikowym stwierdzeniu, że „to się po prostu czuje”. Więcej konkretów uzyskałem dopiero od urzędnika Komisji ds. Szczęścia Narodowego Brutto. Początkowo faktycznie opierano się głównie na odczuciach, ale teraz co dwa lata przeprowadzane są ogólnokrajowe sondaże. Urzędnik pokazał mi 40-stronicowy formularz zawierający ponad 220 pytań, podzielonych na sześć głównych kategorii: ekonomiczną (ceny, dochody, bezrobocie), środowiskową (czystość wód i powietrza, hałas), fizyczną (zdrowie, opieka medyczna), duchową (samopoczucie, praktyki religijne), społeczną (równouprawnienie, bezpieczeństwo, sytuacja rodzinna) i polityczną (wolność osobista, działalność władz lokalnych oraz centralnych).

Wypatrzyłem pytania nawet o takie szczegóły jak częstotliwość zasięgania porad u astrologa, opowiadania dzieciom bajek, oglądania filmów i uprawiania narodowego sportu – łucznictwa. „Każdej odpowiedzi przypisana jest określona liczba punktów, a wyniki są przetwarzane komputerowo. Porównując je z uzyskanymi w poprzednich badaniach, możemy obiektywnie stwierdzić, czy nasze szczęście narodowe rośnie. I wiemy, że tak ” – mówił z nieskrywaną dumą urzędnik. 

Urzędowy optymizm należy rzecz jasna traktować ostrożnie. Ale w 2006 r. zespół socjologów z  uniwersytetu  w Leicester zbadał poziom zadowolenia z życia mieszkańców 178 krajów. I Bhutan znalazł się na ósmym miejscu. Lepiej wypadli m.in. Skandynawowie, Austriacy i Szwajcarzy. Słynący z optymizmu Amerykanie zajęli 23. pozycję, bogaci Niemcy – 35., my – 99. Dla porównania w rankingach mierzących poziom PKB na głowę Bhutan uplasował się na 109. miejscu. 

Cielę cenniejsze od dziecka

Mimo że statystyczny mieszkaniec himalajskiego królestwa jest dziewięć razy biedniejszy od Amerykanina i trzy razy od Polaka, życie cieszy go bardziej niż nas. Z króla Jigme Singye Wangchucka dziś już nikt nie pokpiwa, wręcz przeciwnie – jego koncepcja stała się tematem międzynarodowych konferencji (w 2007 r. w Bangkoku, w 2010 r. w Singapurze) i przedmiotem badań laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Nawet prof. Jeffrey Sachs, który kiedyś wspierał Leszka Balcerowicza w przestawianiu polskiej gospodarki na liberalne tory, po wizycie w Bhutanie oznajmił z zachwytem: „Wróciłem z królestwa wspaniałej przyrody, bogatej kultury i inspirującej autorefleksji”.

Autoref leksja prowadzi coraz liczniejszych ekonomistów do odkrywania słabości PKB jako miary dobrobytu. Ot choćby takich jak jego wzrost w czasie wojny, gdy gwałtownie rozwija się przemysł zbrojeniowy, czy po klęskach żywiołowych, gdy produkcja rośnie, bo trzeba usuwać zniszczenia. PKB ma się w tych trudnych czasach świetnie, ludzie – czego nie trzeba udowadniać – wprost przeciwnie. 

Wskaźnik ten nie obejmuje szarej strefy, produkcji na własny użytek, samopomocy sąsiedzkiej, wymiany towar za towar, usługa za usługę itp. Dlatego w państwach Trzeciego Świata, gdzie tego typu działalność odgrywa ogromną rolę, poziom PKB jest mocno zaniżony w stosunku do rzeczywistości. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w zamykających listę najbiedniejszych państwach – Liberii i Kongu, ludzie żyją za mniej niż dolara dziennie. Gdyby sobie nie radzili inaczej, niż tylko używając pieniędzy, za taką sumę na pewno by nie przeżyli.

Brytyjski ekonomista Peter Thomas Bauer już pod koniec ubiegłego wieku przekonywał, że PKB mierzy wyłącznie ilość, tymczasem ludziom coraz bardziej zależy na jakości. Dlatego wzrost produkcji materialnej nie poprawia im nastroju. Wskazał też na absurdy, do jakich prowadzi pomijanie wszystkiego, co nie jest działalnością gospodarczą. Jeśli kobieta po urodzeniu dziecka zostaje w domu, by się nim opiekować, nie przyczynia się do wzrostu PKB, a wypłacane jej zasiłki nawet go zmniejszają. Jeśli jednak wróci do firmy i zatrudni opiekunkę, zwiększy go w dwójnasób, poprzez pracę swoją i niani. „Krótko mówiąc – konstatował ironicznie prof. Bauer – krowa, rodząc cielaka, powoduje wzrost produktu krajowego na głowę mieszkańca, kobieta, rodząc dziecko – jego zmniejszenie”. 

Bank Szczęśliwych Danych 

Problem stał się na tyle poważny, że w 1990 r. ONZ-owska agenda UNDP (Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju) wprowadziła własny miernik – wskaźnik rozwoju społecznego (Human Development Index, HDI). Jego filarem pozostaje PKB per capita, ale skorygowany o siłę nabywczą miejscowej waluty przeliczonej na dolary. Poza tym uwzględnia się jeszcze kilka innych parametrów, m.in. oczekiwaną długość życia i średnią liczbę lat przeznaczonych na naukę. Od kilku lat ranking otwierają Norwegia i Australia, Polska plasuje się w okolicach 40. miejsca i jest zaliczana do grupy państw wysoko rozwiniętych.

Na bardziej oryginalny pomysł wpadł prof. Ruut Veenhoven z Uniwersytetu Erazma w Rotterdamie, który utworzył Światowy Bank Danych dotyczących Szczęścia (World Database of Happiness). Na podstawie kilkunastu wskaźników oblicza liczbę lat, jakie mogą przeżyć w poczuciu szczęścia mieszkańcy poszczególnych krajów, i określa „średni poziom narodowej szczęśliwości”. 

Jeśli wierzyć jego rachunkom, przeciętnego Polaka czeka 48 lat pełnej życiowej satysfakcji, Australijczyka – aż 70. Średni poziom naszego uszczęśliwienia w skali od 1 do 10 wynosi niespełna 5,8 i jest porównywalny z japońskim (6). Być może trochę podskoczy, jeśli upowszechni się wieść, że jesteśmy aż o 2 punkty lepsi od Rosjan i tylko o półtora gorsi od Amerykanów. 

W dziesiątkę nie warto celować, gdyż badania przeprowadzone przez psychologów Edwarda Dienera i Shigehiro Oshi wykazały, że optymalny poziom zadowolenia to  6–8 punktów. Zejście poniżej objawia się malkontenctwem, apatią, niską wydajnością pracy. Wejście powyżej zabija motywację, ambicje i poczucie odpowiedzialności.

Wskaźnik szczęśliwej Ziemi

„Nasz raport pokazuje, że dotychczasowa droga rozwoju nie pozwala na osiągnięcie trzech najważniejszych celów: wysokiego poziomu zadowolenia z życia, jego wydłużenia oraz uchronienia Ziemi przed zniszczeniami” – przekonują naukowcy z brytyjskiej Fundacji Nowej Ekonomii, którzy zaproponowali zastąpienie PKB wskaźnikiem szczęśliwej planety (Happy Planet Index, HPI). Wychodząc z założenia, że trudno być szczęśliwym na zdewastowanej i wyeksploatowanej do granic możliwości planecie, olbrzymie znaczenie przypisali w nim ochronie środowiska naturalnego.

HPI oblicza się, dzieląc lata szczęśliwego życia przez  tzw. ślad ekologiczny. Licznik tego ułamka to zapożyczona od Veenhovena i z ONZ-owskiego HDI oczekiwana długość życia mieszkańców danego kraju pomnożona przez subiektywnie odczuwaną satysfakcję życiową. Mianownik, czyli ślad ekologiczny, to powierzchnia ziemi niezbędna do wytworzenia wszystkich dóbr zużywanych w ciągu całego życia przez jednego człowieka. 

Statystyczny Amerykanin konsumuje tyle rozmaitych produktów i wytwarza tyle odpadów, że zaspokojenie jego potrzeb wymaga 9,7 hektara, Chińczykowi wystarcza 2,1 ha, a Hindusowi – 0,9 ha. Jeśli Azjaci zapragnęliby osiągnąć poziom amerykański, Ziemia musiałaby być… dwa razy większa. 

Powiększenie rozmiarów planety jest, rzecz jasna, niemożliwe, ale nikt też nie może pozbawić mieszkańców uboższych krajów prawa do podnoszenia swego materialnego dobrobytu. Dlatego, twierdzą analitycy fundacji, trwanie przy modelu rozwoju, którego głównym miernikiem jest wzrost PKB, prowadzi w ślepą uliczkę. Właściwą drogę ma wskazywać indeks szczęśliwej planety. 

Chociaż trudno podważać przyświecającą mu główną ideę, ranking państw sporządzony na jego podstawie budzi olbrzymie wątpliwości. Pierwsze miejsce zajmuje Kostaryka, co jeszcze zbytnio nie dziwi, gdyż kraj ten wytwarza niemal całą energię ze źródeł odnawialnych, obowiązuje w nim konstytucyjny zakaz tworzenia stałej armii, jest turystyczno-ekologicznym rajem przyciągającym tłumy turystów. Ale już druga pozycja Dominikany, piąta Wietnamu czy siódma Kuby sprawiają absurdalne wrażenie. 

Przeceniając znaczenie jednego czynnika, w tym przypadku ekologii, HPI jeszcze bardziej wypacza obraz rzeczywistości niż tak krytykowany PKB. Bo przecież życiowa satysfakcja zależy nie tylko od świeżego powietrza i czystej wody. Gdyby tak było, to Amerykanie zajmujący dopiero  114. miejsce emigrowaliby na Kubę, a nie odwrotnie. 

Całkowite pominięcie kwestii politycznych, wolności osobistej, poziomu dochodów spycha w dół tabeli wszystkie kraje uprzemysłowione, które faktycznie bardziej eksploatują planetę, ale raczej trudno uwierzyć, że Mołdawianie (32. miejsce) i Albańczycy (54.) wiodą szczęśliwsze życie niż Polacy (77.) czy Czesi (92.). Sielski Bhutan zajmuje co prawda wysoką 17. pozycję, ale zdaniem twórców indeksu bardziej ukontentowani swoją sytuacją są mieszkańcy pogrążonej w wojnie domowej i narkotykowej Kolumbii (6. lokata). 

Rewolucji nie będzie

Próbę pogodzenia liberałów twardo obstających przy PKB z alterglobalistami przedkładającymi szczęście planety nad szczęście człowieka podjął prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Po wybuchu obecnego kryzysu zwołał armię naukowców, z laureatami ekonomicznego Nobla Amerykaninem Josephem Stiglitzem i Hindusem Amartyą Senem na czele, powierzając jej misję opracowania „nowego miernika kondycji gospodarki i postępu społecznego”. 

Złośliwi pokpiwali, że Sarkozyemu przyświecają nieco inne cele niż głoszone publicznie i że w rzeczywistości chciałby znaleźć wskaźnik poprawiający pozycję Francji, która pod względem PKB pozostaje daleko za Stanami Zjednoczonymi, a przecież każdy wie, że przeciętnemu Francuzowi żyje się lepiej niż Amerykaninowi.

Mimo tych zastrzeżeń komisja Stiglitza wzięła się raźno do pracy i we wrześniu 2009 r., w rocznicę upadku banku Lehman Brothers, w auli paryskiej Sorbony przedstawiła swoje dzieło. Zaproponowała zastąpienie PKB nowym wskaźnikiem nazwanym roboczo produktem krajowym netto. Poza wzrostem gospodarczym miałby on uwzględniać dane dotyczące stanu środowiska naturalnego, poziomu edukacji, opieki zdrowotnej, różnic w dochodach, jakości usług publicznych oraz wyniki sondaży badających poczucie szczęścia i życiowej satysfakcji. Tuzy światowej ekonomii doszły więc do podobnych wniosków jak ćwierć wieku wcześniej król Bhutanu!

Dwa miesiące później kubeł zimnej wody na ich głowy wylał jednak szef francuskiego GUS-u Jean-Philippe Cotis, który oświadczył, że ze względu na koszty i brak precyzyjnych wytycznych jego urząd nie zamierza zastępować PKB żadnym innym miernikiem. „Szczęście to zbyt skomplikowane zjawisko, by można je było zmierzyć i opisać jedną liczbą” – podsumował.

Sarkozy zbytnio nie protestował. Wygląda więc na to, że jeszcze długo będziemy się ekscytowali pytaniem, czy w przyszłym roku wzrost PKB wyniesie 2,9 proc. czy 3,1 proc. Dla polityka, co chyba zrozumiał nawet Sarkozy, to bezpieczniejsze. Bo spadek tempa produkcji wyborcy są w stanie wybaczyć, natomiast tego, że odebrał im precyzyjnie wyliczoną ilość szczęścia, na pewno by mu nie darowali.