Praca z modelami klimatycznymi jest o tyle trudna, że wszystkie projekcje uzyskiwane w analizie historycznych danych zawsze zawierają jakąś dozę niepewności. Dlatego nowe, coraz doskonalsze modele powstają właściwie cały czas. Coś, co pół roku temu mogło dawać nam trzy dekady spokoju, dziś daje 15 lat.

Dokładnie to stało się z obliczeniami ekspertów IPCC, Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, powołanej wewnątrz ONZ grupy roboczej mającej trzymać rękę na pulsie globalnego ocieplenia. Jeszcze kilka miesięcy temu sądzili, że ponad milion kilometrów kwadratowych lodu morskiego uda się zachować do roku 2050, a w optymistycznym scenariuszu nawet roku 2100.

- Wizja utraty lodu na Oceanie Arktycznym do 2035 roku powinna skłonić nas wszystkich do wytężonej pracy nad możliwie niskimi emisjami gazów cieplarnianych – przekonuje Louise Sime, pracująca dla British Anarctic Survey (BAS) paleoklimatolożka specjalizująca się w tworzeniu modeli  w oparciu o archeologiczne dane.

Ponurą wizję, gdzie granicznym rokiem jest 2035, Sime oparła na informacjach o klimacie Ziemi sprzed 130 tys. lat, czyli ostatniego bardzo ciepłego okresu w historii planety. A było wówczas znacznie goręcej, niż obecnie.

Po udoskonaleniu techniki, obliczenia odniesione do dawnej historii po raz pierwszy pokazały Arktykę w czasie letnich miesięcy owych 130 tys. lat temu jako obszar kompletnie pozbawiony lodu. Gdy ten sam algorytm zastosowała do aktualnych danych, horyzont czasowy stopnienia lodu skrócił się z 2050 do 2035 roku.

W ocenie Louise Sime, powstające na powierzchni tafli morskiego lodu jeziorka z wytopioną wodą dużo silniej od pokrywy chmur czy prądów oceanicznych wpływają na proces dalszego roztopu. Zbiorniki te powstają i dziś, najczęściej późną wiosną i latem, gdy deszczówka, stopiony śnieg i lód tworzą razem ”niebieskie oczka”.

Pokrywając duży obszar, zbiorniki te automatycznie zwiększają powierzchnię absorbująca promieniowanie słoneczne. Prowadzą tym samym do wykwitu glonów w oceanie poniżej oraz trwałych pęknięć prowadzących do dalszego rozpadu lodu morskiego.

Sime tłumaczy, że jeżeli 130 tys. lat temu na skutek takich właśnie procesów Arktyka w lecie była pozbawiona lodu, to i w przyszłości może się coś takiego odbyć. Nowe cezury proponowane przez paleoklimatolożkę w czasopiśmie ”Nature Climate Change” to 2035-2086. I raczej wcześniej, niż później. Aż połowa z przenalizowanych modeli zapowiadała kompletny zanik letniego lodu między 2030 a 2040 rokiem.

Odkąd pamięć ludzka sięga, stara i gruba pokrywa lodowa na wodach bieguna północnego otaczała się w chłodnych miesiącach nową, cienką warstwą. Gdy robiło się ciepło jej część topiła się, a reszta utwardzała, w efekcie uzupełniając zasoby tego ”starego”, który wzdłuż wybrzeży Grenlandii wyciągany był przez prądy morskie na otwarte wody Atlantyku.

Zrobiło się jednak już tak ciepło, że nowy lód roztapia się nim zdoła uzupełnić topniejące (dosłownie) zapasy tego starego. Konsekwencje tego zjawiska są dwojakie. Po pierwsze zagrożony jest byt ludzi nadal żyjących na tym obszarze jak i zwierząt, od których ci pierwsi są zależni. W obu przypadkach ich terytoria gwałtownie kurczą się.

Druga konsekwencja to zmiana pogody w Europie. Gdy lód morski w Arktyce topnieje, prąd strumieniowy może przesunąć się dalej niż zwykle przesuwać się na południe. W efekcie lata w Europie północno-zachodniej stają się bardziej deszczowe.

I nie mówimy tu o sytuacji, że komuś wakacje się nie udadzą, bo deszcz padał. Strumieniowy prąd powietrza współkształtuje pogodę i opady na całej półkuli północnej. Zazwyczaj w ciągu lata trzyma się obszaru między Szkocją a Islandią. I nikt się tam ulewie w lipcu czy sierpniu nie dziwi.

Problem zaczyna się robić, gdy cały prąd przenosi się na południe – jak to się dzieje w konsekwencji topnienia lodu morskiego na biegunie północnym – nad całą Europą północno-zachodnią pojawiają nietypowe deszcze szkodzące rolnictwu i ruchowi turystycznemu. A co gorsza, gdy tam pada więcej, w krajach basenu Morza Śródziemnego panuje susza. Tak samo dzieje się na północnym kontynencie amerykańskim.