Historia kołem się toczy? Oby nie, gdyż informacja o podjęciu służby przez lotniskowiec „Shi Lang” w chińskiej marynarce wojennej mogłaby się wydać nadzwyczaj niepokojąca. Wieść od razu wywołała szum i polityczne reakcje. Okoliczne państwa, jak Wietnam czy Filipiny, uznały, że to im nowa jednostka chińskiej marynarki zagraża najbardziej. Odezwał się też Waszyngton, który zażądał, aby Pekin „wyjaśnił potrzebę posiadania takiego okrętu”. A wezwani do odpowiedzi Chińczycy stwierdzili, że potrzebują lotniskowca „aby skutecznie bronić praw i interesów Chin”. Zaniepokojenie Wietnamu wydaje się zrozumiałe, gdyż nie tak dawno obydwa państwa walczyły ze sobą, a teraz spierają się o wysepki Parceli i Spratly w rejonie bogatym w złoża ropy naftowej i gazu. Jednak gniewna reakcja Waszyngtonu wydaje się zupełnie bezzasadna. Jeden lotniskowiec nie pierwszej młodości (na bazie radzieckiego okrętu „Wariag” z lat 80.), nie największy, bez okrętów eskorty (których jeszcze nie wybudowano) ma niewielkie szanse przeżycia na morzu. A może to historia kazała Stanom Zjednoczonym dmuchać na zimne?

W I poł. XX w. inne regionalne mocarstwo – Japonia – usiłowało właśnie za pomocą lotniskowców wyprzeć USA z Pacyfiku. W grudniu 1941 r. samoloty z
tych lotniskowców uderzyły na bazę amerykańskiej floty w Pearl Harbor. Wydawało się, że ta śmiała operacja rozpocznie triumfalny pochód wojsk
japońskich przez południowy Pacyfik. Japonia miała wtedy 10 lotniskowców, zaś USA tylko 7. Co więcej: japońscy marynarze i lotnicy byli świetnie wyszkoleni, a wojskowa administracja nad wyraz sprawna, podczas gdy w amerykańskich bazach wojskowych leniwie płynął czas pokoju, z rzadka zakłócany informacjami o konflikcie na Starym Kontynencie. Oczywiście mowy nie było o tym, żeby japońskie wojska mogły przeprawić się przez Ocean Spokojny i dokonać inwazji na amerykańskie plaże Zachodniego Wybrzeża. To jednak nie było Japończykom potrzebne. Im chodziło o uniemożliwienie USA ingerowania w sprawy Azji, gdzie chcieli zbudować swoje imperium. Aby to osiągnąć, wystarczało zniszczyć Amerykanom flotę i w ten sposób obezwładnić amerykańskiego kolosa na kilka miesięcy. Ten czas wystarczyłby Japonii do pobicia krajów Azji Południowo-Wschodniej, na założenie baz, zapewnienie dostaw surowców dla zakładów zbrojeniowych, które wyprodukowałyby broń dla floty morskiej i powietrznej, tworząc niezwyciężony potencjał militarny.

Admiral Isoroku Yamamoto, dowodzący japońską flotą wojenną, mówił: „Jeżeli dojdzie do wojny z USA, nie będzie nadziei na zwycięstwo, dopóki nie zostanie zniszczona amerykańska flota na wodach hawajskich”. Dlatego zdecydował się zadać jeden cios, celny i dotkliwy, aby flota USA przez wiele miesięcy nie mogła przeszkadzać w realizacji planów podboju. Warunkiem było szybkie wdrożenie w życie tego zamiaru. Sztab Yamamoto oceniał, że przez najbliższe miesiące utrzyma się przewaga floty japońskiej nad amerykańską w stosunku 10:7. Wyliczenie opierało się na zasadzie, że efektywność działania okrętów maleje o 10 proc. na każde tysiąc mil oddalenia od baz. Japończycy obawiali się jednak, że sytuacja szybko się zmieni, ponieważ w 1940 r. Amerykanie przystąpili do rozbudowy floty. Kongres uchwalił ustawę, przewidującą wybudowanie do 1944 r. 7 pancerników, 18 lotniskowców, 27 krążowników oraz wielu mniejszych jednostek. Realizacja tego programu zmieniłaby korzystny dla Japończyków stosunek sił, dając Amerykanom przewagę 10:3.

Dlatego admirał Yamamoto wyznaczył termin uderzenia na koniec 1941 lub początek 1942 r. Atak na Pearl Harbor rozpoczął okres wielkich zwycięstw japońskich na Pacyfiku. Wojska japońskie jak wielka fala zmywały amerykańskie, brytyjskie i holenderskie garnizony, aż dotarły do brzegów Australii. Cel był już blisko. Gdzie więc stratedzy Yamamoto popełnili błąd? Jak każdy wojskowy, upatrujący siły w szybkostrzelności karabinów maszynowych i kalibrze dział, nie doceniali znaczenia gospodarki. Dochód narodowy USA był 17 razy wyższy od dochodu Japonii, potencjał przemysłowy kilkakrotnie większy. Wygląda na to, że japońscy wojskowi nie znali celnego spostrzeżenia brytyjskiego dyplomaty, który w 1917 r. stwierdził: „Amerykańska machina wojenna jest jak ogromny kocioł. Gdy raz rozpali się pod nim ogień, nikt nie zdoła zatrzymać wytworzonej tam pary”. W najprostszy sposób przełożyło się to na wynik zmagań na Pacyfiku. Do końca wojny w tym rejonie świata marynarka USA zamówiła 48 lotniskowców (ukończono 25), a Japonii – tylko 15 (ukończono 11). Najbardziej dotkliwe dla imperialnej marynarki okazały się jednak straty doświadczonych pilotów. Nowa kadra, pośpiesznie szkolona, nie mogła wygrywać pojedynków nad oceanem.

Trudno posądzać, aby takie zaborcze zamiary chodziły po głowie chińskim przywódcom. Ale  może warto byłoby się pokusić o porównanie gospodarki
chińskiej i amerykańskiej? Ta ostatnia coś nie najlepiej się ma…