Było południe. Piękna słoneczna pogoda. Za ladą sklepu spożywczego w Sierakowie pod Rawiczem znaleziono zmasakrowane zwłoki młodej dziewczyny. 23-letnia Marzena W. miała poderżnięte gardło i wiele innych obrażeń. Po podłodze sklepu nie dało się poruszać, nie brudząc sobie butów krwią. Sprawca użył noża do krojenia chleba, który leżał obok kasy. Zabrał 360 zł utargu. Odjechał na rowerze. Jego portret pamięciowy opublikowały lokalne media oraz program „997”. Burmistrz miasta oddał do dyspozycji policji swój samochód, byle tylko znaleziono zabójcę Marzeny. Policjanci mieli próbki jego krwi, przesłuchali kilkaset osób, kilkadziesiąt zatrzymali. Bez skutku. Mijały dwa lata od zbrodni, kiedy ktoś podsunął szefowi policji w Rawiczu numer do profilera. „Kogo?” – zdziwił się komendant. „Psychologa, tworzącego portrety psychologiczne nieznanych sprawców” – brzmiała odpowiedź. To dzięki niemu ujęto „wampira z Zagłębia” i „maga z Podkarpacia”.

Kilka dni później do komendy w Rawiczu przyjechał nadkomisarz Bogdan Lach, ekspert zatrudniony w policji, biegły sądowy. Zaczął od przeczytania akt sprawy, dokładnie zbadał sklep i okolicę, gdzie dokonano zbrodni, po czym długo rozmawiał z rodziną zamordowanej. Kilka dni później przysłał na biurko szefa policji opinię. Określił w niej wiek, zawód, pochodzenie sprawcy, a także rady dotyczące jego przesłuchania. „Mamy do czynienia ze sprawcą, który zrobił to kolejny raz, nie mieszka on w okolicy, w której pracowała ofiara, nie znał jej, na miejscu znalazł się przypadkowo, nigdzie nie pracuje, miał problemy z agresją w dzieciństwie”. W ciągu niecałych dwóch tygodni pod zarzutem dokonania zbrodni do aresztu trafił 21-letni Daniel Sz.

PROFILER


Filmowi bohaterowie, by wejść w umysł sprawcy, robią rzeczy przedziwne. Angelina Jolie („Złodziej życia”), występująca w roli psychologa tworzącego portrety nieznanych sprawców, układała w grobie ofiary. Clarice Starling (w tej roli Jodie Foster), początkująca agentka FBI, która w „Milczeniu owiec” miała stworzyć profil seryjnego zabójcy kobiet, zbliżyła się do Hannibala Lectera – wyjątkowo inteligentnego psychiatry, a także bezwzględnego zabójcy. A w kolejnej powieści Toma Harrisa („Hannibal”) zakochała się w nim, tak zafascynowała ją ciemna strona ludzkiej osobowości.

Polski profiler nadkomisarz Bogdan Lach na swój temat słyszał różne historie. Pytano go już, czy wróży z fusów, czy ma wizje jasnowidzenia i wtedy może określić, ilu było sprawców, a także czy podnieca go zbrodnia. Kiedyś się zżymał, dziś się z tego śmieje. I uparcie przekonuje, że te filmowe fabuły nie mają związku z rzeczywistością. Na szczęście policjanci, którzy korzystali z usług psychologa, przekonali się, że profilowanie to rzetelna nauka.

Profiler, by napisać nawet prostą analizę, opiera się na zebranych dowodach, zwłaszcza zachowania przestępcy, a nie swoich przypuszczeniach. Musi mieć wiedzę nie tylko z psychologii i psychiatrii, ale kryminologii czy wiktymologii. Tworzenie portretu psychologicznego przypomina czasami rozwiązywanie działań matematycznych. Wiadome to ofiara i jej zachowanie. Jeśli zachowania sprawcy się domyślamy, jesteśmy już blisko rozwiązania równania i znalezienia zabójcy, gwałciciela, podpalacza czy pedofila. A dzięki analizie dokonanej przez dobrego eksperta wszystkie elementy układanki pasują do siebie jak ulał.

Owszem, intuicja się przydaje, zwłaszcza podczas czynności następujących po analizie, bo psycholog musi starać się poczuć jak zabójca, przeżyć moment zbrodni jak on, wczuć się w położenie zarówno sprawcy, jak i ofiary. Musi wiedzieć, co każde z nich czuło, kiedy doszło do zbrodni, ale tylko po to, by stwierdzić, dlaczego jej dokonano. Zresztą w USA profilerzy nazywani są „mindhunters” – łowcami umysłów. I być może stąd te mity na temat ich nadprzyrodzonych umiejętności. „To tylko odpowiednio uporządkowana wiedza” – przekonuje nadkom. Lach. I dodaje, że on wie o sprawcy wiele, czasami więcej niż on sam o sobie.

PORTRET

Nawet najlepszy ekspert nie jest w stanie stwierdzić, że zabójca jest tym wysokim brunetem, który mieszka w bloku nr 6. Profil zawsze będzie dotyczył mniejszej lub większej grupy ludzi. Jednak profiler może stwierdzić, czy sprawca działał sam, czy miał wspólników, jaki ma charakter i z jakiego środowiska pochodzi („sprawca wiodący posiada inteligencję rozwiniętą na pograniczu normy i patologii. Pochodzi z rodziny o niskim statusie społecznym. Nieadekwatnie ocenia wartości materialne. Niewielkie kwoty mogą stanowić dla niego wartość. Ma wykształcenie zawodowe, ale jest bezrobotny”), jak wygląda („sprawca wiodący jest wyższy o głowę od drugiego sprawcy. To mężczyzna w wieku 35–45 lat”) i dlaczego zabija („motywem wiodącym był motyw emocjonalny – poczucie zagrożenia i lęku. Motywy towarzyszące to: ekonomiczny oraz emocjonalno-afektywne”).W analizie przygotowywanej przez nadkom. Lacha znajdziemy też wszystkie ważne informacje dotyczące sprawy w pigułce. „Same fakty, zero emocji” – podkreśla profiler, który, by wykonać analizę, musi przeczytać wszystkie akta i wyłuskać z nich tylko najważniejsze informacje. Kiedy komendy policji z całej Polski zwracają się do niego o pomoc, zastrzega, by nie informowali go o swoich hipotezach śledczych. To żelazna zasada, której złamać nie wolno. Profil musi dotyczyć faktycznie nieznanego sprawcy, a profiler jest tylko człowiekiem, więc jeśli wie, kto jest podejrzewany w sprawie, może ulec potężnej sile sugestii.

 

PROFILOWANIE Z AGENTAMI

Psycholog zajmujący się profilowaniem zdobywa wiedzę w praktyce. Nadkomisarz Bogdan Lach z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach przyznaje, że jego pierwsze analizy miały trafność 60-procentową, a teraz – po 14 latach pracy – zdarzają się stuprocentowo dokładne. Dlatego niczym jego amerykańscy mistrzowie – agenci FBI John Douglas i Robert Ressler – prowadzi własne badania. By nakreślić portret psychologiczny osobowości, szuka elementów, które wyróżniają sprawcę na tle innych zbrodni tego rodzaju. Utrzymuje też kontakt z innymi profilującymi z całego świata: Anglikami, Czechami, Rosjanami, Ukraińcami, Szwedami, Hiszpanami, Meksykanami i Francuzami. Kilka lat temu nadkom. Lach odbył szkolenie w krakowskim Instytucie Ekspertyz Sądowych, ale lwią część swego doświadczenia zawdzięcza agentom FBI z Quantico. Dziś sam szkoli i edukuje polskich policjantów. W przygotowaniu jest jego książka na temat profilowania. Będzie to pierwsza tego typu pozycja w języku polskim oparta na krajowych doświadczeniach.



I pewnie dlatego, że tak bardzo dba o obiektywizm swojej opinii, bardzo często słyszy od śledczych: „Po przeczytaniu tego wszystko mi się poukładało, chyba już wiem, kto to może być”. Dzięki niemu policjanci zawężają grupę podejrzanych. Profil pomaga także w planowaniu i podejmowaniu działań operacyjnych, ujawnianiu i zabezpieczaniu dowodów, umożliwia weryfikowanie wersji śledczych. „Znacznie łatwiej prowadzić działania operacyjne wobec czterech sprawców niż wobec dwustu” – konkluduje nadkom. Lach.

OFIARA


„To książka, którą należy umieć czytać” – mawia profiler. Określenie, dlaczego akurat ta osoba została wybrana, jak sprawca i ofiara zachowywali się wobec siebie, pozwala postawić hipotezy, kim był dla ofiary, jakimi cechami psychofizycznymi się odznacza i w jakim środowisku należy go poszukiwać.

Psycholog zbiera więc wiedzę o ofierze. Jest to jeden z ważniejszych elementów przygotowywania opinii. Zwykle sam tę wiedzę gromadzi, nie polegając na aktach sprawy – rozmawia z rodziną i jej przyjaciółmi. To, kim i jaka była zamordowana osoba, pozwala mu zrozumieć relację łączącą ją z przestępcą. W 85 proc. przypadków ofiara nie jest przypadkowa. Zwykle była śledzona, obserwowana lub wręcz znała swojego zabójcę. Zdarza się, że jej konkretne zachowanie sprowokowało agresję.

MIEJSCE ZBRODNI


Bogdan Lach analizuje zdjęcia, wyświetlając je na ścianie. Bada ułożenie ciała, zadane ciosy, rozległość ran. Jeśli ofiara została zadźgana nożem i stwierdzono wiele ran kłutych w jednym miejscu, zwłaszcza w okolicy twarzy, to profiler może mieć niemal stuprocentową pewność, że sprawca dobrze znał ofiarę – mamy do czynienia z zabójstwem z pobudek osobistych. Jeśli zawinął ciało w prześcieradło czy koc lub w inny sposób zadbał o nie po śmierci – traktował ofiarę ze swego rodzaju czułością, a może nawet miał wyrzuty sumienia. Jeśli zwłoki zostały okaleczone i porzucone w widocznym miejscu, zabójca gardził ofiarą lub grupą, do której należała (a więc np. wszystkimi kobietami).

Ale fotografie są tylko wycinkiem obrazu, który interesuje psychologa. Nie oddają atmosfery, odległości, podstawowych parametrów. „Układam je jak klocki, by wyobrazić sobie, co tak naprawdę się zdarzyło. Wolę nagranie” – mówi nadkom. Lach. Kiedyś przekonał komendanta policji w Katowicach, by każde odkryte miejsce zbrodni było filmowane. Dzięki temu widzi, co znajduje się za zwłokami, przed nimi, jak daleko leży ubranie. Oględziny są czynnością niepowtarzalną. Nie da się odtworzyć śladu i kontekstu, w jakim został pozostawiony.

Dlatego dla profilera tak ważne jest obejrzenie miejsca zdarzenia na własne oczy, a nie tylko na zdjęciach. Często jeździ na miejsce zbrodni nawet wtedy, gdy od jej popełnienia minęło już sporo czasu. Ogląda okolicę, próbuje domyślić się, dlaczego sprawca wybrał akurat ten teren na dokonanie zabójstwa. Opisuje według specjalnego schematu każdy szczegół.

Dokładny profiler może być osobą bardzo wymagającą wobec prowadzących śledztwo, co może ich drażnić. Zadaje dziwne pytania. Dlaczego sprawca zrobił to długim nożem lub tasakiem, dlaczego nie użył pistoletu, dlaczego nie ukrył zwłok, przykrył je, nie wystraszył się czegoś, przebrał się, położył klucz na stole, zabrał zegarek, a zostawił gotówkę? Potem stawia hipotezy dotyczące tych wszystkich pytań, a każdą z nich trzeba potwierdzić w śladach zabezpieczonych przez techników: odciskach palców, plamach krwi, włóknach tkanin.

Dla psychologa ważniejsze są jednak ślady zachowania. Ich nie da się ukryć. Czasem jeden banalny przedmiot, niezwiązany bezpośrednio ze zbrodnią, zbagatelizowany przez techników kryminalnych, jest dla profilera ważną wskazówką. W jednej ze spraw kluczowy okazał się szczegół: czerwona piłka z plastiku ze śladem kociego pazura. Ofiarą był samotnie mieszkający mężczyzna. Jego zwłoki znaleziono w mieszkaniu po tygodniu. Ciosy zadano z dużą siłą. Nic nie zginęło, brak śladów włamania. Policjanci prowadzący dochodzenie wykluczyli kobiety z grona potencjalnych sprawców. Szukano dobrze zbudowanego mężczyzny.

„Ale ta piłka nie dawała mi spokoju. Pomyślałem, że skoro jest na niej ślad kociego pazura, to musiał tu mieszkać kot” – mówi Bogdan Lach. Sprawca wiedział, że ofiara mieszkała sama i zwłoki zostaną odkryte po jakimś czasie. Wypuścił kota z mieszkania, bo mu go było szkoda. „Ale jaki morderca żałuje kota, skoro w tak okrutny sposób morduje jego właściciela?” – relacjonuje swój tok rozumowania profiler. „Tylko taki, który znał lub był emocjonalnie związany z ofiarą”. Stworzył portret osobowości, który zakładał, że zabójstwa mogła dokonać kobieta. Tydzień później do zbrodni przyznała się konkubina ofiary.

SPRAWCA

„Byłem krzywdzony, tłamszony, zepchnięty na margines” – Bogdan Lach zamyka oczy. Jest teraz mordercą Marzeny W., sprzedawczyni z Rawicza. Wyobraża sobie, co tamten czuł w owym momencie. „Mogę zrobić wszystko, co tylko chcę. Ode mnie zależy, co się stanie. Mam władzę nad życiem. Swoim i cudzym. Nie obowiązują mnie nakazy moralne, ograniczenia społeczne, obyczajowe. Jestem silny, jestem kimś! Mogę się sprawdzić. Nie mam nic do stracenia. Zabijam...”. „Staram się odgadnąć jego potrzeby i fantazje, które nosi w sobie” – wyjaśnia profiler.

 

SZUKAJCIE, A SCHWYTACIE

Początki nowoczesnego profilowania to lata 50. XX wieku, a konkretnie sprawa „Szalonego Bombowca” z Chicago. Uczestniczył w niej nowojorski psychiatra James A. Brussel. Na podstawie akt policyjnych, fotografii miejsc zdarzenia oraz analizy sarkastycznych listów szaleńca wysyłanych do gazet wysnuł kilka wniosków, które stanowiły przełom w psychologii behawioralnej. Brussel stwierdził m.in., że bombiarz nienawidził ojca, miał obsesję na punkcie matki, niedawno został wyrzucony z pracy. Psychiatra radził detektywom: „Szukajcie potężnie zbudowanego mężczyzny w średnim wieku, urodzonego poza granicami USA, rzymskiego katolika, kawalera, mieszkającego z bratem lub siostrą. Jeśli go złapiecie, będzie miał na sobie dwurzędowy garnitur zapinany na guziki”. I dokładnie tak było. Mimo sukcesów profilerów – do lat 70. z ich usług korzystano sporadycznie. Dopiero w 1978 r. Wydział Badań nad Zachowaniem Akademii FBI w Quantico wprowadził Program Profilowania Psychologicznego, stworzony przez Johna Douglasa i Roberta Resslera. Ci dwaj agenci FBI przez kilka lat prowadzili wywiady z 50 najbardziej niebezpiecznymi przestępcami osadzonymi w amerykańskich więzieniach, a także z 36 sprawcami zbrodni na tle seksualnym. Na liście badanych znaleźli się m.in. Charles Manson (lider sekty, która zamordowała m.in. żonę Romana Polańskiego Sharon Tate), Arthur Bremer (niedoszły zabójca Richarda Nixona), David Berkowitz (zwany Synem Sama, który przez rok terroryzował Nowy Jork). Douglas studiował ich życiorysy, sposób zabijania i motywy, jakie nimi kierowały. Tak powstał system profilowania osobowości nieznanych sprawców, stosowany do dziś na całym świecie – także w Polsce.



Próbuje określić, gdzie sprawca mieszka i pracuje. W USA przy profilowaniu geograficznym stosowane są zdjęcia lotnicze. Ich analiza pozwala powiązać szczegóły niewykrytych zbrodni z różnych miejsc i ustalić podobny sposób działania. Seryjni mordercy, gwałciciele i pedofile bardzo często przemieszczają się i atakują w miejscach znacznie od siebie oddalonych. To daje im poczucie bezpieczeństwa i zmniejsza szanse policji na ich zatrzymanie. W Polsce musi wystarczyć dobra mapa.

„Każdy człowiek ma pewne ograniczenia psychologiczne. Za nasz teren uważamy jakieś obszary: do rzeki, lasu, drogi, linii kolejowej. I nie przekraczamy ich. Także zabójca nie przemieszcza się poza swój teren” – tłumaczy nadkom. Lach. Seryjny morderca zwykle atakuje w miejscu dla siebie bezpiecznym. „Pierwszy raz jak najdalej od swojego domu, potem czuje się bezkarny i dokonuje zbrodni coraz bliżej. To także pozwala ustalić rejon jego zamieszkania” – wyjaśnia nadkom. Lach.

PRACA


Większość spraw, w których brał udział nadkomisarz Lach, została rozwiązana. Dzięki jego uporowi i zaangażowaniu, w wydziale kryminalnym katowickiej policji znalazł się dla niego etat. „Dzięki temu uczestniczę w śledztwach, mogę służyć swoim doświadczeniem, rozmawiać na bieżąco z kolegami policjantami. Taki człowiek jak ja powinien być w każdej komendzie wojewódzkiej” – podkreśla policjant.

Lach stanowi, niestety, wyjątek, bo w polskiej policji nie ma etatów dla profilerów. Nie ma też szkoleń (chyba, że dla detektywów w celu edukacyjnym, by pokazać, że jest taka metoda). Dlatego – choć zostały przeszkolone już setki, a może tysiące osób – w całym kraju działa zaledwie kilku takich ekspertów. Zwykle są to psychologowie pasjonaci. Sami się uczą – nie ma na ten temat książek w języku polskim, a podręczniki amerykańskie lub brytyjskie kosztują od 80 do 250 dolarów. Wiedzę zdobywają też, nękając psychologów z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, drogą własnych kontaków z agentami FBI lub przez Internet. Ośmiotygodniowy interaktywny kurs u brytyjskiego profilera Brenta Turveya kosztuje ok. 300 dolarów.

Najdłużej w Polsce, bo od prawie 20 lat, portrety nieznanych sprawców wykonują właśnie specjaliści z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Policjanci jednak nie wierzą w ich skuteczność. Instytut pracuje wyłącznie na aktach spraw i to pod warunkiem, że leżą na półce minimum trzeci rok. Psychologowie nie wyjeżdżają w teren, a poza tym czas oczekiwania na opinię wynosi nawet osiem miesięcy. Z punktu widzenia śledczych nie ma to najmniejszego sensu. Tymczasem nadkom. Lach – niczym jego amerykańscy koledzy – tworzy portret w tydzień, gdy sprawa jest poważniejsza – w dwa. Ale zdarzało się też, że profil powstał w ciągu jednej nocy. Nic dziwnego, że jest „oddelegowywany” do najtrudniejszych spraw w całej Polsce. Bierze te „świeże”, wkraczając do akcji z reguły od razu po zabójstwie. „Z czasem wiele śladów się zaciera, a ekspertyza jest obarczona coraz większym błędem. Sprawca może już nie żyć, zmienić pracę, miejsce zamieszkania” – wyjaśnia. Ale dodaje też, że praca krakowskiego instytutu ma jednak niesamowitą wartość naukową. „Chylę za to czoło przed pracownikami IES. Polskiej policji potrzebni są jednak profilerzy praktycy” – podkreśla.

CENA


Profilerzy próbują wejść w umysł sprawcy. Myśleć, przeżyć moment zbrodni jak on. Zrozumieć, dlaczego zachował się w taki właśnie sposób. Czasem odpowiedź pojawia się znienacka. „To wielka satysfakcja, jak odnalezienie brakującego elementu mozaiki, który wszystko wyjaśnia” – mówi nadkom. Lach.

Psycholog wszędzie trzyma karteczki, na których zapisuje to, co przyjdzie mu do głowy w związku z jakąś sprawą. Każdego dnia styka się ze zdjęciami rozpłatanych ciał. Rozmawia z rodzinami ofiar. A potem wraca do swojego domu, rodziny, prowadzi normalne życie. Ale nie da się o tym zapomnieć, zamykając drzwi gabinetu. Dlatego nadkom. Lach nie rozmawia o seryjnych mordercach z bliskimi. Nie czyta kryminałów. Nie oglądał „Milczenia owiec” i nie wie, w jakich filmach występują profilerzy. „Profilera nie może fascynować zbrodnia” – podkreśla. I dodaje, że zajęcie to wymaga utrzymywania higieny psychicznej – umiejętności odreagowania emocji i zdolności oderwania się od tych problemów. Profiler powinien mieć uporządkowane życie osobiste i wsparcie ze strony kolegów i przełożonych. Musi mieć do kogo wracać, żeby ciemna strona nie zdominowała jego życia.

KARA

 


Daniel Sz. początkowo nie chciał przyznać się do zabójstwa Marzeny. Policjanci znów wezwali nadkom. Lacha, który oprócz tworzenia portretów przygotowuje także taktykę przesłuchań, co jest jeszcze wyższą szkołą jazdy psychologii śledczej. „On reaguje na krzyk. To wyzwala w nim agresję. Patrzcie mu w oczy, zmniejszcie dystans, by przestał się czuć bezpiecznie. I na koniec dajcie mu powód, rzućcie mu kotwicę, by przyznał się, ale miał poczucie, że wychodzi z tej sprawy z godnością”.

„I zabójca pękł” – wzrusza ramionami komendant z Rawicza. Zgodził się na wizję lokalną, gdy policjanci obiecali, że do Rawicza przyjadą telewizja i gazety. Chciał być sławny. Nie tylko przyznał się do zabójstwa Marzeny, ale także uduszenia własnej babci i dwóch innych niewykrytych zbrodni. Podał szczegóły, które mógł znać tylko sprawca. W tej chwili odsiaduje wyrok dożywocia. W złożonej apelacji stwierdził, że jego życie zawaliło się, gdy trafił do więzienia. Wszystko przez tego psychologa, który „zajrzał mu do głowy” i zmusił do przyznania się. Sąd odrzucił jego wniosek. Zabójca nieprędko opuści zakład karny.