Nazywano go „Robin Hoodem Eldorado”, mścicielem z Kalifornii i największym z buntowników. Lecz do dziś nie wiemy, jak dokładnie pisać jego imię i nazwisko. W muzeach można znaleźć przedstawiające go fotografie, ale żadna nie ukazuje wizerunku właściwego człowieka. Są pisemne świadectwa jego kaźni, choć nikt nigdy nie udowodnił, że naprawdę istniał. Jego historia stała się legendą. Jego legenda zmieniła historię – choć głównie historię popkultury. To na podstawie jego życia powstała kultowa postać: Zorro.

HISZPANIE NA PUSTKOWIU


Opowieść o Joaquinie Murriecie (inne wersje nazwiska to Murieta lub Murrietta) to część tej historii Kalifornii, która rzadko jest dziś wspominana. Najbogatszy amerykański stan, kojarzący się teraz z blichtrem Hollywood, opalonymi surferami i zagłębiami nowoczesnych technologii, był 200 lat temu dziką i słabo zaludnioną krainą. Do 1821 r. władali nią Hiszpanie, potem do roku 1846 Meksykanie. Dolna Kalifornia wciąż zresztą pozostaje stanem meksykańskim – tylko Górna należy do USA.

Jak pisze legenda amerykańskiej historiografii Samuel Eliot Morison, hiszpańska metoda kolonizacji tamtych terenów najbardziej przypomina tę stosowaną przez starożytnych Rzymian na granicach imperium. Osadników było niewielu, garnizony nieliczne, a poza drogami kontrolowanymi przez wojsko właściwie każdy był sobie panem. Potencjalnych przesiedleńców kuszono w metropolii wielkimi połaciami ziemi uprawnej i tanią indiańską siłą roboczą. W Kalifornii powstawały więc latyfundia, ale i tak w porównaniu z meksykańskimi kopalniami złota i srebra wydawały się niewdzięcznym i czasochłonnym sposobem na dojście do majątku. Ważnym elementem krajobrazu były katolickie misje. Jak czytamy w historii jednej z nich, autorstwa Isaaca L. Mylara, misja San Juan Bautista miała w 1820 r. „40 tysięcy sztuk bydła, 1400 ujeżdżonych koni i 70 tysięcy owiec”. Gospodarstwem zajmowało się ponad 300 Indian.

Dobre czasy dla misji skończyły się, gdy najpierw władze hiszpańskie, a potem meksykańskie ogłosiły ich sekularyzację. Wtedy gospodarstwa kościelne opustoszały, a ich budynki stały się źródłem materiałów budowlanych dla miejscowych hodowców bydła.

ZŁOTY WIEK


Sytuacja zmieniła się po wojnie amerykańsko-meksykańskiej (1846–1848) zakończonej traktatem z Guadalupe Hidalgo, ustanawiającym granicę na rzece Rio Grande i oddającym Amerykanom gigantyczne połacie ziemi: dzisiejsze stany Kalifornia, Utah i Nevada oraz część stanów Kolorado, Arizona, Nowy Meksyk i Wyoming. Niemal w tym samym czasie, gdy amerykańskie władze świętowały zakończenie wojny, zwykłych Amerykanów zelektryzowała inna wieść: odkryto złoto w Kalifornii!

Do Kalifornii w ciągu kilku kolejnych lat ściągnęło ponad 300 tysięcy poszukiwaczy tego cennego kruszcu – liczba oszałamiająca, gdy weźmie się pod uwagę, że jeszcze w roku 1847 tereny te zamieszkiwało zaledwie 15 tysięcy białych. Wśród przybyszów byli Amerykanie, Anglicy, Niemcy, Francuzi, Irlandczycy, a nawet mieszkańcy Azji i Australii. Po złote runo ruszyli też na północ mieszkańcy Meksyku, spustoszonego kolejnymi wojnami domowymi. Był wśród nich Joaquin Murrieta, urodzony w Sonorze. Wraz z nim do Złotego Stanu przenieśli się jego żona i brat. Razem rozpoczęli poszukiwanie kruszcu w okręgu Stanislaus.

„Miał wtedy lat osiemnaście, był wzrostu nieco ponadprzeciętnego, budowy smukłej, lecz harmonijnej, żwawy jak młody tygrys”. Był także przystojny, obdarzony „srebrzystym głosem”, niesłychanie poważany i wszechstronnie uzdolniony. Taki obraz chodzącego ideału zawdzięczamy pisarzowi o imieniu Yellow Bird (właśc. John Rollin Ridge). W roku 1854 wydał on książkę „Życie i przygody Joaquina Murriety, przesławnego bandyty kalifornijskiego”. Ridge był Indianinem, lecz nie należy go mylić z wodzem Żółtym Ptakiem z plemienia Walla Walla. Kalifornijski Yellow Bird pochodził z plemienia Cherokee i uznawany jest za pierwszego indiańskiego powieściopisarza w historii USA.

Jego opowieść o Murriecie przedstawia się tak: Meksykanin szybko znalazł złoto, ale jego sukcesy wzbudziły zawiść białych poszukiwaczy, którzy pewnego dnia napadli Murrietę, zgwałcili jego żonę, a jego samego wybatożyli. Brat Murriety został powieszony za zbrodnię, której nie popełnił. Joaquin nie mógł liczyć na pomoc legalnych władz, bo ówczesne prawo nie brało pod uwagę zeznań Meksykanina przeciw białemu człowiekowi. Postanowił więc szukać zemsty samemu i poprzysiągł, że żaden Jankes ani inny gringo (obcokrajowiec) nigdy nie ujdzie z jego rąk żywy. Przez cztery lata był postrachem Sierra Nevada, aż wreszcie zginął z rąk teksańskich rangersów.

W tej historii znalazło się wszystko, co mogłoby podbić wyobraźnię czytelników: romantyczny bohater, wartka akcja i niesamowite przygody. Zabrakło jednego – prawdy.

Książka Ridge’a jest od początku do końca fikcją literacką, choć w niektórych miejscach nawiązuje do faktów. Kim zatem był prawdziwy Joaquin Murrieta? Sęk w tym, że nie wiadomo nawet, czy taka osoba istniała, czy też jej kolejne literackie wcielenia powstały przez zręczne poskładanie fragmentów biografii różnych bohaterów. Historycy są bardzo wstrzemięźliwi i ograniczają się do komentowania faktów, a te przedstawiają się następująco: 11 maja 1853 r. gubernator Kalifornii John Bigler rozkazał kapitanowi Harry’emu Love zorganizować grupę teksańskich rangerów i rozbić bandę znaną jako „gang pięciu Joaquinów”: Botelliera, Carrillo, Ocomorenii, Valenzuela i właśnie Murriety. Jej członków oskarżano o liczne napady i zabójstwa. To pierwsze historyczne świadectwo istnienia bandyty Joaquina Murriety, i zarazem jedno z ostatnich.

MURRIETA, CZYLI LEGENDA

 


W połowie lipca grupa kapitana Love wdała się w strzelaninę na przełęczy Panoche, kilkadziesiąt mil od meksykańskiego miasta Monterey. Amerykanie zabili dwóch Meksykanów, ranili kilku innych i rozpędzili pozostałych. Jednemu z trupów obcięto dłoń, drugiemu zaś głowę. Trofea trafiły do słojów z alkoholem. Według Love’a, głowa należała do Joaquina Murriety, doa dłoń do niejakiego Trzypalcego Jacka, rozbójnika i członka bandy pięciu Joaquinów. Gubernator Bigler wypłacił kapitanowi 1000 dolarów nagrody, a głowa prawdziwego lub domniemanego Murriety (nigdy nie doszło do oficjalnej identyfikacji) stała się objazdową atrakcją. Już w sierpniu gapie z San Francisco mogli ją oglądać na wystawie w Stockton House (bilet wstępu – 1 dolar).

Tu kończy się prawda, a zaczyna legenda. Kiedy rok później ukazuje się wspomniana już biografia Murriety pióra Yellow Birda, nagle okazuje się, że nieznany nikomu watażka miał niesłychanie wielu przyjaciół i znajomych. Ten mit uroczo wykpił amerykański historyk, specjalizujący się w dziejach Kalifornii O. Henry Mace. W książce „Between the Rivers: A History of Early Calaveras County, California” wspomina o prawdziwej manii przyznawania się do związków ze sławnym bandytą. „Tak, to Joaquin, pracowałem z nim w kopalni” – mówili ponoć często widzowie, oglądając słój z głową rzezimieszka. „Legenda Murriety rosła i rozkwitała. Wyglądało na to, że dziarski Joaquin nocował w każdym hotelu, pił w każdym barze i rabował w każdym mieście od Grass Valley do Mariposy i z powrotem – często tego samego dnia” – pisze Mace. Jak dodaje inny historyk J.D. Mason, 20 lat po śmierci Murriety miejscowi osadnicy, wspominając stare dobre czasy, opowiadali, jak ich dziadkowie (lub ktoś, kogo znali) spotkali lub byli obrabowani przez legendarnego bandytę. Z biegiem czasu historia Murriety obrastała w nowe fantastyczne elementy. Raz przypisywano mu przywództwo bandy walczącej o oderwanie Kalifornii od USA, kiedy indziej zmieniano mu pochodzenie na chilijskie. Miało to wyjaśniać rzekomy udział Murriety w tzw. wojnie chilijskiej, czyli krwawej walce między białoskórymi a latynoskimi poszukiwaczami złota w 1849 r. (Calaveras County). Doczekał się też miana „Robin Hooda z Eldorado”, który rabował bogatych, a wspomagał biednych. Historie o dzielnym Joaquinie szybko przełożono na hiszpański i francuski. W Ameryce Południowej (zwłaszcza w Chile) Murrieta trafił do panteonu bohaterów ludowych, szczególnie zasłużonych w walce z jankeską nawałą.

KONKURS RASISTÓW


Współcześni badacze literatury popularnej określają Murrietę pierwszym politycznie poprawnym bohaterem amerykańskiej popkultury – rzeczywiście w większości opowieści o tym banicie szczególnie mocno eksponowane są wątki niezgody na rasizm ze strony białych ludzi. I faktycznie, o ówczesnym społeczeństwie amerykańskim można powiedzieć wiele, ale nie to, że było tolerancyjne. Niewolnictwo było powszechnie akceptowaną praktyką na Południu.

Mało kto pamięta, że Meksyk zakazał niewolnictwa wcześniej niż USA, a słynna bitwa pod Alamo to element wojny, w której Teksańczycy bronili prawa do posiadania niewolników, a nie tylko wolności i niepodległości. Indianie i Latynosi uznawani byli za pośledniejszy gatunek ludzi. Doskonale oddaje to słynne zdanie opisujące Billy Kida jako rewolwerowca, który „zabił 21 ludzi, nie licząc Indian i Meksykańców”. Paradoksalnie, wedle dzisiejszych standardów rasistą był sam Yellow Bird, który w powieści o Murriecie martwi się losem wyzyskiwanych Meksykanów, ale jednocześnie w humorystycznym tonie opisuje, jak Joaquin kazał zamordować chińskich poszukiwaczy złota. Fragment o tym, że Azjatom tchórzliwie trzęsły się nogi na sam dźwięk nazwiska bandyty, utrzymany jest w takim samym żartobliwym stylu jak dydaktyczne historyjki Brytyjczyków o głupich i prymitywnych tubylcach. Rabowanie Żydów czy Francuzów także uznawane było przez Murrietę za naturalne.

„Życie i przygody Joaquina Murriety, przesławnego bandyty kalifornijskiego” są ciekawym dokonaniem literatury awanturniczej, ale doskonale oddają też ducha czasów, w których powstały. Inspiracją dla Yellow Birda były oczywiście nie tylko krążące po Kalifornii legendy o meksykańskim mścicielu. Sam autor porównuje Murrietę do Rinaldo Rinaldiniego, bohatera powieści zbójeckiej Christiana Augusta Vulpiusa z 1797 roku, cieszącej się niesłychaną popularnością w pierwszej połowie XIX stulecia. Prawdopodobnie Yellow Bird znał także opowieści o andaluzyjskim bandolero Curro Jimenezie, zastrzelonym w 1849 roku. Jimenez przedstawiany był zarówno jako romantyczny złoczyńca wspierający biednych, jak i bohater walk ludu hiszpańskiego przeciw francuskiej okupacji.

Jeszcze ciekawsze od literackich źródeł historii o Murriecie jest jednak popkulturowe dziedzictwo, do którego powstania przyczynił się Joaquin. Jego postać zainspirowała bowiem twórcę innej kalifornijskiej legendy – Zorro.

DON DIEGO JANOSIK

 


Zorro narodził się w 1919 r. w wyobraźni Johnstona McCulleya, amerykańskiego pisarza i scenarzysty, jednego z najchętniej czytanych autorów sensacyjnych historii, drukowanych w magazynach „pulp fiction” lat 20. i 30. XX w. Po raz pierwszy Zorro wystąpił w powieści „Postrach Capistrano”, opublikowanej w odcinkach na łamach „All-Story Weekly”. Książkę McCulleya wznawiano jednak pod tytułami „Zorro” lub „Znak Zorro”, co zawdzięcza popularności filmu na jej podstawie. Już w 1920 r. w rolę zamaskowanego mściciela wcielił się Douglas Fairbanks, a „Znak Zorro” w reżyserii Freda Niblo uznawany jest za jeden z najlepszych obrazów płaszcza i szpady epoki niemego kina. I choć McCulley wielokrotnie wracał do opowieści o szlachcicu broniącym ubogich, to światową sławę Zorro przyniosły właśnie kolejne ekranizacje, z biegiem czasu coraz odleglejsze od literackiego oryginału.

Powieściowy Zorro to wiodący podwójne życie hiszpański szlachcic Don Diego de la Vega, syn Alejandra. Jako dziedzic fortuny pracuje na reputację człowieka gnuśnego, leniwego i tchórzliwego, a jako Zorro broni misjonarzy, Indian i właścicieli ziemskich przed uciskiem chciwego gubernatora i jego sługusów: skorumpowanych sędziów, kłamliwych oficerów itp. Jego strój mściciela odbiega jeszcze od późniejszych filmowych przedstawień. Zorro nosi szkarłatny płaszcz, czarną maskę i srebrne sombrero. Maska zakrywa mu całą twarz, bo w powieści wyraźnie jest powiedziane, że aby jeść lub całować senority, Zorro musi odchylać jej dolny brzeg. Świetnie jeździ konno, doskonale włada szpadą i celnie strzela.

Bohater wymyślony przez McCulleya łączy dwie tradycje – szlachetnego arystokraty Szkarłatnego Pimpernela z powieści baronowej Orczy i kalifornijskiego obszarnika z legend o Murriecie. Zorro, tak jak Pimpernel, jest szlachcicem, który by ratować innych dobrze urodzonych, organizuje tajne sprzysiężenie. I tak jak Murrieta bierze w obronę Indian i Meksykanów, nad którymi znęcają się biali wyzyskiwacze. W Kalifornii nie brakowało w XIX w. oczywiście także innych znanych bandytów, którzy mogli inspirować McCulleya (choćby Tiburcio Vasquez). Jednak ich legenda była bardziej krwawa i o wiele mniej szlachetna od podań o Murriecie. Twórca Zorro potrzebował prawdziwego bohatera, a nie zwykłego oprawcy.

Dalsze losy obydwu fikcyjnych postaci – Zorro i Murriety przeplatały się w bardzo ciekawy sposób. Na przykład w filmie „Mściciel” z roku 1931 scenarzyści zachowują trzon legendy o Murriecie (zemsta na wrogach, którzy ograbiają go z majątku i zabijają brata za niepopełnioną zbrodnię), ale dorabiają mu szlachetne pochodzenie rodem ze „Znaku Zorro”. I tak Joaquin zamienia się na ekranie w syna hiszpańskiego granda, a w swoje misje specjalne rusza jako zamaskowany Czarny Cień.

Przedziwną syntezę legend Zorro i Murriety przyniósł w 1998 roku film Martina Campbella „Maska Zorro”. Anthony Hopkins gra w nim „oryginalnego Zorro”, czyli hiszpańskiego szlachcica Don Diego de la Vegę, ale jego pomocnikami i następcami są... bracia Murrieta: Joaquin i Alejandro (Antonio Banderas). Przy czym Joaquin ginie z rąk sadystycznego kapitana Harry’ego Love (pamiętacie, kto przywiózł w słoju zakonserwowaną głowę?), a Alejandro po licznych przygodach zostaje nowym Zorro. W filmie Campbella po raz pierwszy Zorro stał się rodowitym Latynosem, a nie Hiszpanem. I tak po 150 latach Hollywood, reinterpretując legendę o Zorro, sięga bezpośrednio do jej korzeni, które tworzyła fikcyjna biografia banity Murriety.

Z pewnością nie jest to ostatnie słowo w długich i burzliwych dziejach kalifornijskiego mściciela i poszukiwacza złota, bo tak przecież dzieje się z legendami: rosną i zmieniają się niezależnie od tego, jak bardzo demontują je historycy. A jeśli fakty nie zgadzają się z fikcją, tym gorzej dla faktów. Zawsze będą chętni, by słuchać opowieści, z morałem zamykającym się w słowach, którymi Yellow Bird kończył swą powieść o dzielnym Joaquinie: „Jego losy niech będą lekcją, że nie ma nic tak niebezpiecznego jak niesprawiedliwość wobec jednostki, nieważne czy wzniecona uprzedzeniem do koloru skóry czy z jakiegokolwiek innego powodu. Zło wyrządzone temu jednemu człowiekowi jest złem wyrządzonym społeczeństwu i całemu światu”. A jak nazwiemy bohatera, który postanowi walczyć ze złem: Robin Hood, Janosik, Zorro czy Murrieta – to już doprawdy bez znaczenia.

Piotr Gociek


Historyk, publicysta „Rzeczpospolitej”