Szum, rozkwit, zamęt – tak William James, jeden z pionierów współczesnej psychologii, opisywał stan umysłu noworodka. XIX-wieczny psycholog i filozof był przekonany, że gdy przychodzimy na świat, nie postrzegamy przedmiotów tak jak dorośli czy nawet starsze dzieci – jako obiektów mających kształty i kolory i służących określonym celom. „Innymi słowy, zdaniem Jamesa, twoje nowo narodzone dziecko patrząc na pokój nie widzi stołu, dywanu, kota czy kubka; nawet ciebie nie postrzega jako czegoś, czemu można nadać znaczenie” – wyjaśnia na blogu Kristy vanMarle, profesor psychologii na uniwersytecie w Missouri.

Ten pogląd, bliski arystotelesowskiemu tabula rasa (koncepcji zakładającej, że rodzimy się jako czysta niezapisana karta, a całą wiedzę nabywamy empirycznie), długo trudno było zweryfikować. No bo jak naukowo zajmować się kimś, kto nie tylko nie mówi i nie chodzi, ale również nie panuje nad swoim ciałem na tyle, by choćby wskazywać? – Żartuję czasem, że badanie niemowląt jest jeszcze trudniejsze niż badanie szczurów czy gołębi, które przynajmniej przemierzają labirynty albo dziobią dźwignie – mówił dwa lata temu w wywiadzie dla „Focusa” Paul Bloom, jeden z najwybitniejszych współczesnych psychologów wykładający na Uniwersytecie Yale.

A jednak dzięki nowoczesnym technologiom – coraz doskonalszemu śledzeniu ruchu gałek ocznych, rozszerzania się lub zwężania źrenic, mierzeniu aktywności mózgu – naukowcy zdołali zajrzeć do umysłów noworodków. To, co tam odkryli, okazało się przełomowe. Trwający od lat naukowy boom – Laura Schulz, profesor kognitywistyki z Massachusetts Institute of Technology, nazwała go nawet „niemowlęcą rewolucją” – jest w pełnym rozkwicie. Oto jak wiele potrafią ci, którzy wydają się nie potrafić jeszcze nic.

PAJĄK W PAKIECIE PODSTAWOWYM

W październiku zeszłego roku naukowcy z Instytutu Kognitywistyki i Nauk o Mózgu Maxa Plancka w Lipsku oraz z Uniwersytetu w Uppsali zaprosili do badań 32 sześciomiesięczne niemowlęta – wraz z rodzicami. Dzieciom pokazywano serie obrazków, jednocześnie monitorując wielkość ich źrenic. Okazało się, że gdy maluchy widziały pająki lub węże, ich źrenice mocno się rozszerzały. Reakcja była znacznie silniejsza niż gdy widziały inne rzeczy podobnej wielkości
i w podobnym kolorze (badacze zestawili węże z rybami, natomiast pająki z kwiatami). – Ponieważ oświetlenie cały czas było takie samo, wynik ten wskazuje, że sam widok groźnych zwierząt uruchamia u niemowląt wydzielanie się noradrenaliny, która nasila naszą czujność – tłumaczy Stephanie Hoehl, główna autorka badań. – Wnioskujemy z tego, że strach przed pająkami i wężami jest u ludzi wrodzony.

A zatem jeśli w wieku sześciu miesięcy zobaczyłeś nad swoim łóżeczkiem pająka, to nawet mimo że nie mogłeś wiele zrobić, poważnie się wystraszyłeś. – Ta wrodzona reakcja ułatwia w późniejszym okresie szybkie nauczenie się, że niektóre zwierzęta są niebezpieczne lub odpychające – tłumaczy Hoehl. Jej brak utrudnia zrozumienie, że pewne rzeczy mogą nam zrobić krzywdę. Ewolucja nie zdążyła wyposażyć nas w lęk przed współczesnymi zagrożeniami: nożami, strzykawkami czy gniazdkami elektrycznymi. Efekt? – Rodzice wiedzą, jak trudno nauczyć dzieci ostrożności na co dzień, np. niewkładania palców do gniazdek – mówi Hoehl.