W „Badaniach nad naturą i przyczynami bogacenia się narodów” Adam Smith zilustrował wywód o zaletach podziału pracy opisem pracowników z fabryki szpilek. „Jeden robotnik wyciąga drut, drugi go prostuje, trzeci tnie, czwarty zaostrza, piąty toczy koniec dla osadzenia główki, sporządzenie główki wymaga dwóch lub trzech oddzielnych czynności” – opisywał i chwalił – „Chociaż ludzie ci byli bardzo biedni i wskutek tego tylko skąpo zaopatrzeni w niezbędne maszyny, byli przecież w stanie przy pewnym wysiłku wyprodukować wspólnie (...) ponad 48.000 szpilek dziennie”. Smith nie wspomniał, kim byli ci anonimowi ludzie. Lektura zachowanych ksiąg rachunkowych dowodzi, że w znacznej mierze chodziło o dzieci w wieku 10–15 lat. To właśnie z powodu ich masowego zatrudniania wytwórcy szpilek podzielili produkcję na najprostsze czynności, których opanowanie nie wymagało doświadczenia ani kunsztu, lecz tylko krótkiego przyuczenia.

DZIECKO TEŻ PRACOWNIK

Dzieci pracowały od pradawnych czasów. W społecznościach rolniczych wykonywały najróżniejsze czynności pomocnicze w gospodarstwie, od pasania gęsi po pomoc przy pracach rolnych. Jeszcze w XIX w. szkoły wiejskie działały tylko zimą, bo wraz z wyrośnięciem pierwszych traw dziatwa wychodziła na pole z bydłem. Upowszechnienie się w późnym średniowieczu systemu nakładczego w rzemiosłach tekstylnych spowodowało, że coraz więcej mieszkańców wsi zajmowało się też przędzeniem i tkactwem. Przędzenie było tradycyjną pracą kobiet, tkanie należało do mężczyzn. Ale i dla dzieci znalazło się zatrudnienie. Gręplowanie wełny, czyli jej czesanie, stanowiło wręcz idealne zajęcie dla
wszystkich stworzeń ludzkich umiejących już chodzić.

Nie inaczej było w miastach. Chociaż cechy rzemieślnicze zazdrośnie strzegły przepisów regulujących przynależność i metody produkcji, to przecież nikt nie mógł zabronić mistrzowi przyuczania swych latorośli do pracy. Wręcz odwrotnie. Pedagodzy zalecali wdrażanie do pracy od najmłodszych lat, tyleż w celu kształtowania charakteru dziecka, co i dla wsparcia rodziny. Praca dzieci była więc rzeczą normalną, jeszcze nim w połowie XVIII w. rozpoczęła się w Anglii rewolucja przemysłowa. Była rzeczą normalną, ale niełatwą do zauważenia, bo mało kto zaglądał za drzwi wiejskich chałup i miejskich domostw.

ZŁY KAPITALISTA

Praca dzieci, dotąd właściwie niezauważana, stała się w Anglii przedmiotem ogólnonarodowych dyskusji dopiero w epoce rewolucji przemysłowej. Stało się tak dlatego, że dzieci w coraz większym stopniu zaludniały fabryki. A wstęp do nich mieli przecież ludzie oświeceni: lekarze, filantropi, różnego rodzaju radykałowie, którzy dostrzegli dziecięcą niedolę i ją nagłośnili. A rzeczywiście było co dostrzegać. W II poł. XVIII w. na skutek reorganizacji wsi angielskiej rzesze pozbawionych ziemi dzierżawców trafiły do miast. Nie wszyscy znajdowali pracę, a ci, którzy ją dostali, nie zawsze byli w stanie utrzymać rodzinę. Zgodnie z ówczesnym prawem obowiązek utrzymania biednych spadał na parafie, które w tym celu uchwalały lokalne daniny. Rzecz jasna, zaciekle broniono się przed napływem „obcej biedoty”, ale po roku przebywania na miejscu każdy mieszkaniec uzyskiwał prawo do socjalnej pomocy. Władze parafialne rozumowały racjonalnie: skoro musimy utrzymywać biednych, to zróbmy wszystko, aby ich potomstwo nie powiększyło szeregów nędzarzy. Aby zdobywszy jakiś zawód, usamodzielniło się i nie stanowiło ciężaru dla lokalnej społeczności. W miarę możliwości oddawano więc ubogą dziatwę do terminu u lokalnych rzemieślników. Nie dla wszystkich starczało jednak miejsca w Londynie i innych wielkich miastach.

Błogosławieństwem niebios wydawały się oferty przedsiębiorców z branży włókienniczej, poszukujących pracowników do fabryk. Maszyny włókiennicze w owym czasie napędzało koło wodne, stąd lokalizacja fabryk podporządkowana była warunkom hydrograficznym. Z reguły budowano takie obiekty poza miastami, często na odludziu, gdzie brakowało siły roboczej. Konieczność jej ściągania i wznoszenia domów dla robotników podnosiła koszty inwestycji. Sposobem ich obniżenia było zatrudnienie dzieci z sierocińca, które kwaterowano w jednym dużym budynku. Kontrahent zgłaszający się do parafii lub sierocińca zobowiązywał się wyżywić podopiecznych przez kilka lat i przyuczyć do pracy.

Choć młodocianym pracownikom nie płacono wynagrodzeń, interes obciążony był ryzykiem. Przekonał się o tym niejaki Martin Brown, właściciel przędzalni wełny, który w 1769 r. wziął z londyńskiego przytułku 74 podopiecznych. Jak skarżył się w liście, w okresie zastoju w interesach nadal musiał ich żywić. Kosztowało go to 3 funty tygodniowo i to mimo że 22 z 74 dzieci zmarło. Nie wiemy, czy ktoś pomógł zatroskanemu pracodawcy...

PRZECIW HARÓWCE