Wobec nowych danych o obecności toksycznych gazów w amerykańskich zakładach kosmetycznych nie można już uważać pracujących tam osób za bezpieczne. Podobnie nie można mówić o kosmetologii jako relatywnie bezpiecznym zawodzie. Dość porażające, ale poparte faktami jest porównanie, że wykonujące to zajęcie osoby narażają swoje zdrowie w podobny sposób jak pracownicy rafinerii naftowych.

- Odkryliśmy, że kontakt zatrudnionych w tej branży z wodorowęglanami aromatycznymi jak benzen, toluen, etylobenzen czy ksylenami [używane w rozpuszczalnikach – red.] określanymi jako związki grupy BTEX, jest porównywalny z mierzonym wśród pracowników rafinerii i mechaników w serwisach samochodowych - piszą Lupita D. Montoya oraz Aaron Lamplugh z wydziału Budownictwa, Architektury i Inżynierii Środowiska uniwersytetu w Boulder, w stanie Colorado.

Ich raport dotyczy szeregu salonów z Colorado których właściciele zgodzili się monitorować jakość powietrza. W Stanach Zjednoczonych istnieje duży problem z raportowaniem wszelkich problemów napotykanych przez osoby zatrudnione w zakładach kosmetycznych. Statystyki pokazują, że są to przybysze z krajów Ameryki Środkowej i Azji bez uregulowanego statusu. Milczą o złym samopoczuciu bojąc się stracić pracę.

Badaczom udało się namówić do współpracy także kilkadziesiąt pracownic i pracowników tych zakładów. W kwestionariuszach o stanie zdrowia 70 proc. potwierdziło, że cierpi przynajmniej na jeden symptom (np. bóle głowy) związany z wdychaniem toksycznych substancji lotnych. 40 proc. napisało o różnych symptomach pojawiających się u nich jednocześnie. Niektóre z tych osób pracują w swoim zawodzie od kilkunastu lat.

Identyczne informacje o skażeniu powietrza związkami lotnymi z grupy BTEX wewnątrz salonów piękności opublikowano w Iranie w 2018 roku. Inne amerykańskie badanie, przeprowadzone w stanie Michigan, wskazało na koncentrację toluenu w studiach kosmetycznych na poziomie ponad 100 cząsteczek na miliard, ok. 30 razy więcej niż w typowym miejskim powietrzu.

- Przedstawiciele amerykańskiej Administracji Bezpieczeństwa i Zdrowia nie kryją, że normy dopuszczające stężenia związków lotnych w miejscu pracy nie pokrywają się z aktualną wiedzą o ich szkodliwości – czytamy na serwisie The Conversation.

Problem zwiększa przenoszenie ciężaru odpowiedzialności za pracownika na sektor prywatny. Salony piękności czy studia kosmetyczne to zwykle małe zakłady zatrudniające po kilka osób. Nikt nie przejmuje się koniecznością zatrudniania eksperta od BHP. Do tego dochodzą przekłamania w opisach składu chemicznego używanych przez kosmetyczki produktów.

- W 2012 roku kalifornijska agencja ochrony środowiska, CEPA, w 10 na 12 produktów do paznokci opisywanych jako wolne od toluenu wykryła jego obecność w stężeniu do 17 proc – zauważa portal. Środki, które sprzedawano jako ”wolne od toksycznej trójki” (ftalan dibutylowy DBP, toluen, formaldehyd) znaleziono znacznie większe stężenia tych związków, niż w produktach które nie składały żadnych obietnic.

Dlaczego te substancje z lakierów i rozpuszczalników są groźne? Odpowiedzi udziela m.in. polski serwis biotechnologia.pl. Autorzy opracowania informują, że ftalan dibutylowy może zakłócać pracę układu hormonalnego kobiet (przyśpiesza dojrzewanie dziewczynek, u starszych wywołuje problemy ginekologiczne, u ciężarnych może uszkadzać płód). Krótkotrwałe wdychanie wywołuje ból głowy, długotrwałe może uszkodzić wątrobę i nerki.