Ma na koncie jeden z największych sukcesów  w polskiej bankowości i opinię najbardziej charyzmatycznego menedżera w kraju. Mimo to jest przekonany, że największe wyzwania jeszcze przed nim. „Wierzę, że zrobię projekt, który zmieni świat” – deklaruje Sławomir Lachowski, twórca mBanku i Multibanku.

 

Znajomi żartują, że już na   porodówce chciał być pierwszy – przyszedł na świat w Nowy Rok. W liceum w rodzinnych Końskich zapisuje się do klasy matematyczno-fizycznej, ale boi się, że nie będzie miał czasu na książki, więc po kilku dniach przenosi się na profil humanistyczny. Kiedy w czasie przerwy stoi z kolegami na szkolnym korytarzu, podchodzi do niego nauczyciel matematyki. „Zdezerterowałeś z pola walki! Talent to odpowiedzialność. Ty masz iskrę talentu, ale sama iskra nie wystarczy. Trzeba jeszcze ciężko pracować” – tłumaczy ostro. 

Sławomir Lachowski, twórca mBanku i Multibanku, pamięta te słowa do dziś. Nazajutrz po tym, jak je usłyszał, wrócił do klasy o profilu ścisłym. Twierdzi, że podstawy wiedzy matematycznej, które zdobył w liceum, do dziś pozwalają mu poruszać się swobodnie w świecie finansów. Sobie i swoim współpracownikom powtarza też, że „sama iskra nie wystarczy”.

Polityk na bazarze

W szkole odkrywa w sobie jeszcze jedną iskrę – sportową. Trudno ją wykrzesać, bo od dzieciństwa ma niski wzrost i filigranową posturę. „Byłem słabowity i trochę z tego powodu cierpiałem” – wspomina. W liceum okazuje się jednak, że nikt w klasie nie jest go w stanie pokonać w biegach na krótki dystans. „Z zapałem zacząłem trenować lekkoatletykę i po jakimś czasie byłem najszybszy w szkole, biegając 100 m w czasie poniżej 11 sekund” – opowiada. Wkrótce nie tylko biega, ale też skacze w dal i pływa. Zostaje kapitanem szkolnej drużyny piłki ręcznej. Teraz rywalizują już w nim trzy żywioły: matematyczny (z powodzeniem startuje w olimpiadach matematycznych), humanistyczny (w szkole średniej całe kieszonkowe przeznacza na książki, które pochłania setkami) i sportowy. „Bez sportowej pasji byłbym dzisiaj zupełnie innym człowiekiem. Dzięki niej nauczyłem się doceniać pracę zespołową i właściwie do niej podchodzić. Wiem też, jak reagować na kryzys i zachować pokorę w momencie triumfu. Matematyka nauczyła mnie dyscypliny i konsekwencji oraz logiki w myśleniu i działaniu. Z kolei literatura rozwinęła wyobraźnię” – tłumaczy.

Po liceum składa papiery na AWF, ale dyrektor szkoły podnosi larum, że to najprostsza droga do zmarnowania talentu. Ostatecznie decyduje się na studia na SGPiS. Wyjeżdża na stypendia do Szwajcarii i Niemiec, dzięki temu w wolnych chwilach w oryginale czyta Goethego, którego cytuje z pamięci do dziś. Na uczelni poznaje ludzi, którzy – jak twierdzi – stają się jego autorytetami, wśród nich późniejszego ambasadora Polski w USA Jerzego Koźmińskiego i twórcę polskiej transformacji ustrojowej Leszka Balcerowicza.

Ten ostatni dzwoni do niego we wrześniu 1989 r. Dawny współpracownik z SGPiS od kilku dni jest wicepremierem i ministrem finansów u Tadeusza Mazowieckiego. Podjął się misji wprowadzenia w Polsce kapitalizmu, szuka więc osób, które mogłyby z nim pracować w rządzie. Lachowski właśnie wrócił z Zachodu, gdzie naukowo zajmował się makroekonomią, Balcerowiczowi wydaje się więc dobrym kandydatem do pracy w administracji rządowej. Kandydat ma jednak dylemat – jego całkiem sporemu bagażowi wiedzy i doświadczeń towarzyszy prawie pusty portfel. „Szczerze mówiąc, nie miałem nawet za co się elegancko ubrać, a wydawało mi się, że aby reprezentować kraj, powinienem wyglądać w miarę reprezentacyjnie. Odmówiłem, wskazując na swoje zaangażowanie w działalność gospodarczą. Leszek nie tylko się nie obraził, ale zrozumiał. »Kraj będzie miał z ciebie większy pożytek w biznesie niż w biurokracji« – powiedział” – wspomina Lachowski.   

Żeby było taniej, pierwszą firmę zakłada w Łodzi. Plany są ambitne: Centrum Analiz Ekonomicznych Intexim ma doradzać przedsiębiorstwom państwowym, jak przejść od socjalizmu do kapitalizmu. Tyle że jego rad niespecjalnie ktokolwiek chce słuchać. Na rynku jak grzyby po deszczu pojawiają się międzynarodowe firmy doradcze, zgarniając śmietankę zamówień. W dodatku w Łodzi przemysł włókienniczy, stanowiący do niedawna dumę miasta, upada, pozostawiając najwyższy w kraju wskaźnik bezrobocia i rosnącą biedę.

„Poznałem wtedy gorzki smak rozczarowania” – przyznaje Lachowski. „Oraz podstawową prawdę biznesu: w każdym kryzysie tkwi szansa na sukces”.

Intexim wybiera nową specjalizację – doradztwo w restrukturyzacji przedsiębiorstw zagrożonych upadłością. Wkrótce Lachowski ma dużo ciekawej pracy, ale mało pieniędzy, bo firmy-zleceniodawcy są w tarapatach finansowych. Aby przetrwać trudny okres i utrzymać kilkunastu pracowników, w większości studentów, z doradcy finansowego zamienia się w godzinach nadliczbowych w handlowca. Sen o wielkim biznesowym sukcesie przyjmuje boleśnie siermiężny kształt. „Po obaleniu muru berlińskiego zdążyłem na czas wykupić miejscówkę na bazarze w Zgorzelcu” – wspomina. W weekendy z łóżka polowego sprzedaje importowany towar z Indii i Tajlandii, w pozostałe dni tygodnia zajmuje się tym jego brat. „Miejsce na bazarze było na wagę złota, pilnowaliśmy go przez całą dobę. Tak firma przetrwała najgorszy czas” – opowiada.  

Dziś uważa, że to cenne doświadczenie. „Kiedy przychodzą pozorne porażki, przypominam sobie, jak to było na początku lat 90. Trzeba pamiętać nie tylko, gdzie się jest, ale i skąd się przyszło” – podkreśla. Jego zdaniem to chroni przed popadnięciem w arogancję i pychę. „Te dwie cechy to najkrótsza droga do upadku” – dodaje.

Kopciuszek w zakonie

We wrześniu 1992 roku z propozycją pracy dzwoni do niego Andrzej Szukalski, prezes Powszechnego Banku Gospodarczego w Łodzi. Rozmówca narzeka, że jest  w ogromnych kłopotach, jak zresztą wszyscy inni szefowie polskich banków w tamtym okresie. Upadające przedsiębiorstwa państwowe masowo nie spłacają długów. PBG, choć jest trzecim pod względem aktywów bankiem w Polsce, nie może ściągnąć ponad dwóch trzecich płatności kredytowych. „Czy nie zechciałby pan przeprowadzić restrukturyzacji naszego banku?” – słyszy w słuchawce Lachowski.

Mission impossible? Lachowski nie myśli o tym w ten sposób. Przeciwnie: jest przekonany, że dostał szansę życia. Ofertę przyjmuje, nie waha się ani chwili. „W ten sposób, jak w baśni o Kopciuszku, z dnia na dzień stałem się najmłodszym w Polsce członkiem zarządu dużego banku komercyjnego” – wspomina. „Po raz pierwszy miałem nieodparte wrażenie, że znalazłem się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie, z wymaganymi umiejętnościami i doświadczeniem”.

W PBG pierwszy raz pojawia się słowo „zakon”. To pejoratywne określenie grupy kilkudziesięciu najbliższych współpracowników Lachowskiego. Ludziom z zewnątrz nie podoba się bezgraniczne zaufanie, jakim członkowie „zakonu” darzą swojego szefa. Niektórzy mówią wręcz o sekcie. „Bo praca z nim to aktywność 24 godziny na dobę. Tyle że nie ma w tym żadnego przymusu, lecz pasja” –  mówi Szymon Midera, który pracował z Lachowskim w BRE Banku.

Tomasz Gubała, który do ekipy Lachowskiego dołączył w mBanku, przyznaje, że już pierwszy kontakt z zespołem spowodował u niego szok mentalny. Swoje odczucia opisał w książce Lachowskiego „Droga innowacji”. Jego zdaniem, jego były szef stworzył nie tyle kulturę korporacyjną, ile prawdziwe poczucie więzi między ludźmi skupionymi wokół celu, z którym się identyfikują. „Nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś, co można określić funem w pracy. Do tego dochodzi ekscytacja z wyników, trudno się więc dziwić, że osoby stojące z boku mogły to postrzegać jako swego rodzaju sektę” – twierdzi.

Sam Lachowski do określenia „zakon” zdążył się przyzwyczaić. Kto wie, może je nawet trochę polubił? „Ludzie, którzy go używają, chcą być zapewne uszczypliwi. Dla mnie to dosadne, ale trafne nazwanie postawy, którą zawsze staram się przekazywać współpracownikom: wierności wobec zasad i wartości w biznesie” – wyjaśnia. Jego współpracownicy nie kryją, że bywa bardzo wymagający, nawet wybuchowy. Ale też umie sprawić, że każdy członek zespołu ma poczucie współuczestniczenia w projekcie. On sam nie wyobraża sobie, że mogłoby być inaczej. „Jeśli lider nie umie się podzielić sukcesem, to nigdy nie zdobędzie zaufania i pełnego zaangażowania, koniecznych do osiągania dalszych sukcesów” – wyjaśnia. „W pojedynkę nie można zrealizować nawet najgenialniejszej idei. Dlatego wiele doskonałych pomysłów pozostaje w  głowach twórców lub w najlepszym wypadku na papierze”.

Przełamując schemat

Chrztem bojowym dla ludzi Lachowskiego staje się decyzja o powstaniu mBanku. Lachowski jest już wiceprezesem BRE Banku, musi podjąć ryzykowną decyzję o zawieszeniu zaawansowanych prac nad utworzeniem nowoczesnego banku oddziałowego – MultiBanku. Jest wtedy zafascynowany historią Amazonu, światowego pioniera sprzedaży internetowej. Marzy, by tak jak Jeff Bezos, twórca Amazon.com, stworzyć coś z niczego. Pamięta o jego zasadzie: work hard, have fun, make history (pracuj ciężko, baw się i zmieniaj  historię). „Chciałem to powtórzyć” – przyznaje. 

Pewnego dnia oświadcza swoim ludziom: „Zaczynamy nowy projekt. Budujemy bank bez oddziałów, istniejący wyłącznie w internecie”. Pomysł wydaje się szalony, takiej instytucji nie ma nie tylko w Polsce, ale nawet w całej Europie. „Musiałem stawić czoło emocjom ponad stu moich najbliższych współpracowników, którzy od kilku miesięcy angażowali wszystkie swoje siły w realizację projektu, który właśnie odłożyliśmy” – wspomina Lachowski. „Byliśmy pionierami, więc na poparcie swoich decyzji nie miałem twardych dowodów. Uzasadniając decyzję, w znacznej mierze odwoływałem się do intuicji”. Część pracowników, słysząc, że trzeba się będzie zaangażować w nowe przedsięwzięcie, odchodzi. Ale ci, którzy zostali, mieli szansę wziąć udział w jednej z najbardziej niezwykłych przygód życia, jaką jest stworzenie wspólnie z klientami banku nowej generacji. 

W siedzibie firmy Lachowski każe powiesić napis „Droga”. Wraz z zespołem hasło wypełniają treścią. Ustalają, że „D” to dążenie do doskonałości. „R” – realizacja. „O” – odpowiedzialność. „G” – gotowość do wyzwań. Wreszcie „A” – angażowanie się. W 2004 r. Lachowski zostaje prezesem BRE Banku. „Gazeta Wyborcza” nazywa go „największym skarbem Łodzi”. On i jego zespół triumfują. Nikt nie ma wątpliwości, że pójście pod prąd przyniosło efekt. 

„Innowacje rodzą się zawsze z przełamywania rutyny, spojrzenia na świat z nowej perspektywy. To oznacza, że trzeba mieć odwagę skonfrontowania własnej wizji z poglądami większości” – twierdzi Lachowski. I podkreśla, że poszukiwanie przełomowej innowacji to proces ciągłych prób, z których większość kończy się niepowodzeniem. „Porażki są wpisane w każde działanie i trzeba się z tym pogodzić. W żadnym razie nie wolno się ich bać. Kiedy porażka się przydarzy, należy jak najszybciej dokonać prawidłowej oceny, pracować nad ulepszeniem prototypu lub odrzucić projekt i szukać dalej” – tłumaczy.

Mimo że ma opinię guru zarządzania, nie uważa, że w tej dziedzinie zjadł wszystkie rozumy. We wrześniu 2002 r. zaprasza do mBanku sir Johna Whitmore’a, żeby poprowadził warsztaty coachingowe dla kadry zarządzającej. Ten były mistrz wyścigów samochodowych i trener gry w golfa stał się pionierem i „ojcem chrzestnym” coachingu zorientowanego na efektywność. Do dziś przypisuje mu się największy wpływ na rozwój tej dziedziny jako narzędzia zarządzania. „Jego koncepcja GROW, opisana w książce »Coaching for performance«, znakomicie wpisywała się w kulturę mBanku, gdyż stawiała na świadomy proces uczenia się poprzez doświadczenia, na podstawie autoref leksji i analizy sytuacji. Odwoływała się poza tym do poczucia odpowiedzialności za wybory i była mocno osadzona w takich wartościach jak autonomia, doskonalenie się, otwartość” – opowiada Lachowski. 

Przyznaje, że coaching okazał się ważnym i skutecznym narzędziem zarządzania i kształtowania  kultury organizacyjnej opartej na wartościach. „W mBanku realizowaliśmy też koncepcję peer-to-peer coaching, w której coachami są dla siebie nawzajem pracownicy. 

Było to narzędzie na tyle elastyczne, że mogliśmy wykorzystywać je do rozwiązywania problemów, planowania, delegowania zadań, oceniania pracowników, uczenia nowych umiejętności, budowania zespołów” – dodaje.

Zmienić historię

W marcu 2008 r. rynki finansowe obiega szokująca informacja: Lachowski rozstaje się z BRE Bankiem! Mimo że ma zaawansowany plan rozszerzenia działalności bankowej na całą Europę, że w trakcie swojej czteroletniej prezesury wyciągnął firmę ze strat i że za jego rządów cena akcji banku wzrosła pięciokrotnie. Panuje opinia, że stał się ofiarą własnego sukcesu. On sam nie kryje rozczarowania. „Ustrzelono mnie w połowie lotu” – mówi w jednym z wywiadów.

Tego samego dnia dostaje telefon od syna Filipa, który w wieku 26 lat zrobił doktorat na Oksfordzie. „Tato, nawet gdybyś już nic istotnego nie dokonał, to i tak będziesz miał o czym opowiadać wnukom przy kominku. I tak już przeszedłeś do historii” – słyszy w słuchawce. Dziś twierdzi, że te słowa przywróciły go do pionu. Odejście Lachowskiego krytycznie ocenia giełda – wartość banku spada prawie o miliard złotych. „Przerwanie realizacji projektu, który mógł zmienić krajobraz bankowości detalicznej w Europie, było bolesnym przeżyciem. Liderzy biznesu codziennie podejmują decyzje operacyjne, ale co jakiś czas stają przed koniecznością wyboru drogi, która ma wpływ na wszystkich podążających za nimi. Wtedy liczą się przede wszystkim wartości, które nadają sens działaniu. Dziś wiem, że nie była to przegrana, ale kolejny trudny wybór” – mówi. „Zajmowanie się utraconymi szansami to strata czasu. Lepiej poszukać nowych wyzwań”.  

Dla Lachowskiego zresztą wyzwaniem nie jest tylko biznes. Od lat uprawia sporty ekstremalne – biega maratony (trzy w roku, w tym nowojorski), wspiął się m.in. na Aconcaguę (6962 m), Elbrus (5642 m) i Mont Blanc (4810 m). Jego wyprawa na ośmiotysięcznik Czo Oju w Himalajach okryta była tajemnicą, z obawy że ryzykowne przedsięwzięcie mogłoby zaszkodzić notowaniom banku, którym wówczas kierował. „Sama ciężka praca nie zapewnia efektywności. Podstawą sukcesu jest równowaga między działalnością zawodową, życiem rodzinnym i pasją” – tłumaczy. Ale sport to dla niego nie tylko odskocznia, lecz również element rozwoju. „Sportowa pasja jest wartością samą w sobie, ale ma też ogromny wpływ na życie osobiste i pracę. Przez wiele lat pracowałem kilkanaście godzin dziennie. Aby podołać takim obciążeniom, a przy okazji nie popaść w pracoholizm, należy organizm poddać określonym rygorom. Sport się do tego doskonale nadaje” – tłumaczy Lachowski.

Na swojej stronie internetowej umieścił chińskie przysłowie: szczęście to ktoś do kochania, coś do zrobienia i nadzieja na coś. „Ktoś do kochania to rodzina, dla mnie niezwykle ważna. Coś do zrobienia – praca zawodowa i sportowa pasja” – tłumaczy. A nadzieja? Lachowski nie zastanawia się długo: „Wierzę, że zrobię jeszcze projekt, który zmieni świat na lepsze”.

Efektywny trening według lachowskiego - droga do sukcesu w biznesie ma wiele wspólnego z maratonem 

1. naucz się chcieć

Jeśli nie masz w sobie silnego pragnienia dotarcia do celu, nigdy nie osiągniesz mety. Zawsze też znajdziesz usprawiedliwienie dla swojej porażki. Tak na trasie maratonu, jak i w biznesie, w ostatecznym rozrachunku decyduje głowa. To w niej mieszka kategoryczny imperatyw celu. Zaangażowanie i pasja w biznesie są dopalaczem, który pozwala wyprzedzić konkurencję.

2. nie zaniedbuj treningu

Maraton nigdy ie zaczyna się na starcie, lecz już w czasie przygotowań. Dlatego nie można odpuścić żadnego treningu, bo potem właśnie tej odrobiny energii może ci zabraknąć. W sporcie to podstawa sukcesu. W biznesie ten sam wymiar ma ustawiczna nauka.

3. nie popadaj w triumfalizm

Nie daj się ponieść adrenalinie na starcie, bo później będziesz gorzko żałował tych chwil uniesienia, kiedy kwas mlekowy zatruje ci mięśnie w drugiej połowie dystansu. W zarządzaniu pomysł to zaledwie początek drogi, w równej mierze liczy się konsekwencja. Wizjonerzy niemający cierpliwości, determinacji w pokonywaniu trudności oraz szacunku dla procedur ciągną firmy na dno. Świadomość tego daje niezbędny ładunek energii, by przezwyciężyć nudę koniecznej biurokracji i sprostać wymaganiom uporządkowanego działania.   

4. bądź  skoncentrowany

W czasie maratonu koncentracja pozwala zwracać uwagę na to, co najważniejsze, świadomie unikać niebezpieczeństw i umiejętnie reagować na niespodzianki. Dobre przygotowanie w biznesie ma podobny charakter. Można zmarnować najlepszy pomysł, jeśli jego realizacji nie poprzedza proces planowania i gromadzenia zasobów.

5. Pamiętaj, że nie jesteś sam

na starcie maratonu stają zawodowcy i amatorzy, każdy jest częścią wielkiego zbiorowego wydarzenia. Rozmowy i wymiana doświadczeń z innymi biegaczami są nieocenionym źródłem wiedzy, można się uczyć na błędach innych, można czerpać z ich sukcesów. Pomocne są też uśmiech i okrzyki wsparcia ze strony publiczności. W moich uszach wciąż jeszcze brzmią: „run, sławek, run!” z trasy na Manhattanie albo „napieraj! napieraj! już niedaleko!” z ulic łodzi. W biznesie współpraca w zespole oraz wsparcie ze strony przełożonych i podwładnych mają takie samo znaczenie. szczególnie w chwilach kryzysu.

6. nie bój się kryzysu

zarówno doświadczony maratończyk, jak i menedżer ma już niejeden kryzys za sobą. Wie, że jego nadejście jest nieuchronne, ale też umie się do niego przygotować tak, by nie stał się zaskoczeniem w najmniej oczekiwanym momencie i przebiegł w miarę delikatnie.

7. naucz się zwalniać, by móc przyspieszyć

dobry maratończyk biega drugą połowę dystansu szybciej. Czasem trzeba zwolnić, by przetrwać kryzys, chociaż należy się wystrzegać zatrzymywania na odpoczynek, bo potem niezwykle trudno znów rozpocząć bieg. Także organizacje nie mogą ciągle podążać tempem sprintera, od czasu do czasu potrzebują czasu na złapanie oddechu, refleksję, przegrupowanie. 

8. bądź wytrwały

najtrudniej jest wtedy, gdy wydaje ci się, że meta już blisko. W maratonie najwięcej zejść z trasy zdarza się pomiędzy 35. a 38. kilometrem. W biznesie podobnie – rzetelnie wykonana praca na etapie rozpoznania i przygotowania projektu daje pewność, że chwilowe załamania da się przezwyciężyć  i w razie konieczności zareagować szybko  na niespodziewane zmiany.

9. doceń doświadczenie

Po przebiegnięciu kilkunastu maratonów wydaje się, że w kolejnym nic już człowieka nie powinno zaskoczyć. A jednak zaskakuje. Wtedy trzeba się odwołać do podobnych (choć nigdy takich samych) przeżyć z przeszłości. Podobnie w biznesie – oparta na pozytywnym doświadczeniu determinacja pomaga przezwyciężyć trudne chwile zniechęcenia.

10. zachowaj pokorę

tyle razy przebiegałem linię mety, dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Takie myślenie bywa zgubne. W chwili triumfu potrzebna jest refleksja, a w chwilach załamania nadzieja, że będzie lepiej. Taka myśl chroni przed arogancją, pozwala też podnieść się po upadku w biegu i w biznesie.