Długo uważałem, że muszę pokonać smoka, zrobić coś niezwykłego, by być szczęśliwym. Biegun geograficzny był najlepszą metaforą i zarazem ucieleśnieniem tych pragnień. Zdobycie go odmieniło moje życie. Może nie od razu i nie tak, jak chciałbym, ale dzięki niemu wszedłem na ścieżkę, która już nie prowadzi do czterech ścian bezpiecznego domu. Zresztą sam nie wiem, dokąd prowadzi.

Od kilkunastu lat myślałem o przejściu pradawnego pielgrzymiego szlaku Camino de Santiago – do grobu św. Jakuba Apostoła Chrystusa. Myślałem najpierw o tradycyjnej drodze, która zaczyna się w Saint Jean Pied De Port we Francji i wiedzie przez Pireneje, Burgos, Leon, ewentualnie o drodze północnej, wzdłuż Zatoki Biskajskiej, a także o drodze wiodącej przez Nagą Górę na Pomorzu. Potem jednak zetknąłem się z medytacją, ćwiczeniami duchowymi Ignacego Loyoli i zacząłem obserwować swój umysł i starać się znaleźć harmonię w tym szybko zmieniającym się świecie.

Dostrzegłem, że na drodze do Santiago jestem cały czas.  Ona nie zacznie się w momencie spakowania plecaka, włożenia butów czy po pierwszym stemplu w paszporcie pielgrzyma, ale być może zaczęła się już, zanim jeszcze pomyślałem o wędrówce. Jeżeli słowa mają moc, to Camino jest wpisane w nazwisko Kamiński, ale żeby to dostrzec (a stało się to niedawno), potrzebowałem spojrzenia innych ludzi, a mówiąc konkretnie – Bractwa Świętego Jaku-ba. Sam być może nigdy bym na to nie wpadł.

Myślałem, że to ja stwarzam drogę, ale teraz widzę, że to ona mnie tworzy. Odnalazłem bieguny mojej podróży: z jednej strony grób św. Jakuba w Santiago – biegun Wiary, a z drugiej – grób Immanuela Kanta – biegun Rozumu w Kaliningradzie (dawnym Królewcu). Stąd już łatwo mi było znaleźć trasę wędrówki: od Rozumu do Wiary, czyli z Kaliningradu do Santiago – ponad 4 tys. km wędrówki przez Rosję, Polskę, Niemcy, Belgię, Francję i Hiszpanię.

Chciałbym poznać rytuały związane z tą drogą. To doświadczenie płynące z historii może oświetlić teraźniejszość. Łatwo odcięliśmy się od naszych duchowych korzeni, a tygodnik „Time” w połowie XX wieku ogłosił, że Bóg umarł. Okazuje się jednak, że tę pustkę niełatwo wypełnić. Chciałbym pytać ludzi spotykanych po drodze o sens ich życia, o to, co jest dla nich ważne, jak widzą przyszłość, a także o Boga, o to, kim dla nich jest. Pouczyłem się języków, w których trzeba będzie rozmawiać: rosyjski, francuski i hiszpański. Nie było to wcale łatwe i to też była podróż.