W nocy z 28 na 29 kwietnia 1789 roku na brytyjskiej fregacie Bounty, która od prawie dwóch lat pływała po Morzach Południowych – jak nazywano wtedy Ocean Spokojny – zapanowało poruszenie. Niespokojna załoga szeptała nerwowo, a niektórzy z marynarzy kręcili się w napięciu po pokładzie. O czwartej nad ranem zmieniano wachtę. Wtedy pierwszy oficer Fletcher Christian wtargnął wraz z 12 uzbrojonymi marynarzami do kapitańskiej kajuty. Zaskoczony William Bligh, dowódca jednostki i weteran wypraw odkrywczych kapitana Cooka, został związany i wyprowadzony na pokład. Ostatecznie Bligh wraz z 18 marynarzami, którzy pozostali mu wierni, został umieszczony w szalupie. Buntownicy dali im jedynie skromne zapasy żywności i wody pitnej, kieszonkowy zegarek, mający ułatwić ustalanie położenia łodzi, oraz sekstant. Christian i jego zwolennicy nie mieli już odwrotu.

Bunt na Bounty – choć najsłynniejszy – był tylko jednym z wielu. Częste wystąpienia przeciwko okrętowym oficerom wynikały z drastycznie złych warunków życia marynarzy. Angielskie statki uzyskały dominację w Europie w wieku XVIII, zastępując holenderską marynarkę handlową i wojenną. Obie floty były jednak podobne, szczególnie pod względem traktowania okrętowych załóg.

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO BITKI

Głównym utrapieniem marynarzy była żywność – często nieświeża bądź wręcz zepsuta, niemalże zawsze niskiej jakości. Nie-dobory kalorii w przypadku floty niderlandzkiej miały wypełniać duże przydziały piwa. Według uśrednionych danych holenderscy marynarze w XVII–XVIII wieku mogli liczyć na ok. 7,9 l piwa dziennie, angielscy dostawali zaledwie ok. 4,5 l. Choć teraz ilość ta wydaje się spora, należy pamiętać, że piwo przed wiekami miało mniejszą zawartość alkoholu niż dziś. Pożywny napój nie mógł jednak zaspokoić zapotrzebowania na witaminy. Brak dobrego systemu przechowywania (nie znano wtedy ani konserwantów, ani lodówek, żywność trzymano zasoloną w beczkach, a te w wilgotnych spiżarniach pod pokładem statku), monotonia posiłków, a także ich niska jakość, często spowodowana nadużyciami szyprów (którzy niekiedy kradli żywność, aby ją sprzedać w egzotycznych krajach), były zmorą pracujących na okrętach.

Jadano skromnie. Na dzienny posiłek angielskiego marynarza składały się głównie: suchary, masło, groch, bekon, ser oraz sztokfisz, czyli solona ryba, najczęściej dorsz. Przy dłuższych rejsach dzienny przydział żywności mógł jeszcze ubożeć. W 1768 roku u wybrzeży Madery kapitan Cook ukarał 12 uderzeniami Henry’ego Stevensa i Thomasa Dunstera, ponieważ odmówili przyjęcia porcji wołowiny – prawdopodobnie ze względu na jej niską jakość. Słynny kapitan nie podaje, w jaki sposób „sprawcy” uzasadniali swoje wątpliwości. Możemy się jednak domyślać, że dostali albo porcje mniejsze niż inni, albo z gorszej części. 

Zapasy żywności starano się uzupełniać w portach, a także łowiąc ryby. Nie wszystkie zdobyte w ten sposób frykasy przypadały załogom do gustu. Niektórzy marynarze od-mawiali spożywania rekinów, ponieważ – jak twierdzili – rekiny jedzą ludzi, więc konsumpcja ich mięsa jest… kanibalizmem.

Kapitanowie okrętów nie mogli jednak przystać na niesubordynację tego typu. Wszak poławiane ryby, w tym rekiny, były jedyną szansą na dostarczenie załodze porcji świeżej pełnowartościowej żywności.

Nie wszystkim podobały się również klasowe różnice w posiłkach. Jakość i rodzaj posiłków zależały bowiem od społecznego po-chodzenia marynarzy i hierarchii okrętowej. Wygłodniali marynarze harujący na pokładzie, żywieni wyłącznie podgniłymi warzywami i owocami, często musieli patrzeć na przełożonych, którzy jedli świeże mięso, popijając przy tym wytrawne wino. Problem ten Royal Navy rozwiązała w 2. połowie XVIII wieku – od tej pory o statusie, a tym samym racjach żywieniowych marynarza decydowało doświadczenie. Również posiłki marynarskie i oficerskie przestały się drastycznie różnić. Co prawda kadra dowodząca wciąż dostawała przydziały lepszego jasnego pieczywa oraz peklowane mięso z osobnych zapasów, ale większość dań – podobnie jak marynarskie – opierała się na kaszy, skrawkach mięsa i suszonych rybach.

B[RAK]H[IGIENY]P[RACY]

Atmosfery na statkach nie poprawiała sytuacja sanitarna... Marynarze nie mieli możliwości kąpieli ze względu na reglamentowanie słodkiej wody (choć akurat z tego powodu nie płakali, gdyż w XVII i XVIII wieku ludzie wcale nie uznawali mycia się za czynność sprzyjającą dobremu zdrowiu) ani zmiany ubrań. Permanentna wilgoć, pleśń i stęchlizna, duchota pomieszczeń mieszkalnych wpływały na wysoką zachorowalność, między innymi na biegunkę.