Masoneria to dziedzina, którą zajmuje się pan od lat. Czy pan sam jest masonem?

Znawcą masonerii w Polsce był nieżyjący Ludwik Hass, a i tak mówiono o nim, że co prawda dużo wie, ale niewiele rozumie. Jeśli chodzi o mnie: nie jestem masonem i jest to w pełni świadoma decyzja. Przynależność do masonerii byłaby pewnie pomocna w jej badaniu, lecz zakładałaby fundamentalną nieuczciwość wobec ludzi, z którymi miałbym się bratać.

Poza tym wiadomo, że taka obserwacja uczestnicząca nie gwarantowałaby zdobycia pełnej wiedzy, bo zawsze nad badaczem może być jeszcze jakaś kopuła. Z historii chociażby XVIII-wiecznej masonerii wiemy, że takie kopuły były. Pewne informacje były zarezerwowane dla najwyżej wtajemniczonych. Takim sekretem było np. czy król Stanisław August Poniatowski należy do masonerii, czy nie. Tak więc kwestia: kto należy z osób wysoko postawionych może być informacją reglamentowaną, co dla badacza masonerii jako ruchu społecznego nie jest informacją bez znaczenia. Choć z drugiej strony personalia nie są aż tak ważne, jak zwykło się sądzić.

Gdyby pan jednak był masonem, to czy mógłby pan zaprzeczyć i być w zgodzie z sumieniem masona?

Ja na szczęście takich problemów nie mam. Natomiast, gwoli prawdy, należałoby przywołać szyicką zasadę „mądrej ostrożności”, po arabsku znaną jako „takiya”, a po persku, bardziej znajomo – „ketman”. Jest to szyicka zasada etyczna, która sankcjonuje coś, co można nazwać „ograniczoną szczerością”. Jeśli ktoś z szyickiej konspiracji jest we wrogim środowisku, to ma prawo nie tylko zataić swoją przynależność, ale także wprowadzać w błąd. Co tu dużo mówić, ta zasada jest zasadą obecną we wszystkich tajnych stowarzyszeniach. Ja zgadzam się z komentarzem do tej sprawy, który znajdujemy w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego: „Jeżeli człowiek ukrywa swoje nazwisko, uczynki lub zamiary, niedługo będzie musiał taić się z całym swoim życiem”. Pytanie, czy w czasach takich jak obecne, kiedy nie ma ku temu żadnych realnych powodów, warto dla czystej zabawy konstruować sobie podwójne życie.

Z kolei w praktyce dzisiejszej masonerii, o której sami zainteresowani mówią otwarcie, jest taki obyczaj, że to, czy pan powie, że jest masonem, czy nie, to pana sprawa. Natomiast nie należy wypowiadać się za innych.

Czy świat szeroki dowiedział się o zaistnieniu masonów od razu po ich powstaniu
?

To zależy od tego, w jakim czasie ulokujemy początki masonerii i jak odpowiemy na pytanie, czy masoneria jest kolejnym ogniwem w łańcuchu sukcesji tajnych stowarzyszeń, czy jest odrębną instytucją, która dorobiła sobie genealogię. To pierwsze wyobrażenie jest zgodne z tym, co myślą o tym sami masoni, to drugie bardziej odpowiada wyobrażeniom historyków. Odwołując się do zdrowego rozsądku, należy powiedzieć, że rzadko zdarza się, żeby jakaś konspiracja mogła długo funkcjonować w całkowitym cieniu i ujawnić się dopiero wtedy, kiedy uzna to za stosowne.

Masoni stali się bohaterami takich dzieł literackich jak: „Wojna i pokój”, „Czarodziejska góra”, „Popioły”. Czy dziś wolnomularze zajmują wyobraźnię twórców?

Każdy, kto odwiedza większą księgarnię, może odpowiedzieć na to pytanie, widząc pryzmy książek wykorzystujących wątek masoński. Po sukcesie „Kodu Leonarda da Vinci” jest na Zachodzie ewidentna moda na „brownizm”. Niestety wyobraźnia, która współcześnie się tym karmi, nie jest najwyższych lotów. Można się o tym przekonać, porównując niedawno wydaną u nas hiszpańską powieść „Tajemnica loży” z „Rękopisem znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego. Obie książki łączy wiele. Jest tam i osiemnastowieczna Hiszpania, i Cyganie, i tajne stowarzyszenie, i inkwizycja. A jednak książki te dzieli wszystko. Potocki jest oryginalnym myślicielem, który na kartach swej powieści dokonuje pewnego intelektualnego eksperymentu. Zastanawia się, jak powinna wyglądać organizacja typu masońskiego, by miała sens. Współczesny hiszpański pisarz zmierza w stronę naiwnej apologii masonerii. Nawiązuje, podobnie jak pozostali naśladowcy Dana Browna, do XIX-wiecznego folkloru wolnomularskiego. Proponuje on prostą wizję dziejów. Kościół katolicki jest zły i krwiożerczy, a wolnomularze to męczennicy. Folklor ten jest udokumentowany pokaźną liczbą publikacji znajdujących się w bibliotece w Ciążeniu pod Poznaniem. Widziałem tam amerykańskie książki, które wręcz przedstawiają żywoty masońskich „świętych”. Wiąże się to też z problemem natury ogólniejszej. Ciągle istnieje wyraźny podział historyczny na kraje protestanckie i katolickie. Pewne urazy i fobie z czasów wojen religijnych istnieją dalej. Stąd, moim zdaniem, bierze się ten cały „brownizm”, który powraca do historycznych animozji, ale już w wymiarze popkulturowym.

Nieco inaczej bywa w filmach. Tam też sporo jest masonów, ale przedstawianych już nie tak koturnowo. Od „Królestwa” Larsa von Triera po angielskie seriale telewizyjne. Monty Python miał świetny skecz o masonach. Z kolei np. detektyw Bergerac z wyspy Jersey wyjaśnia przestępstwo, w które zamieszana jest grupa wolnomularzy bardzo charakterystycznie pokazana. Mianowicie jest tam jeden naiwniak, ideowiec, bardzo przejęty swoją przynależnością, który nie ma o niczym pojęcia, oraz reszta braci, którzy tworzą lokalny układ zamieszany w przestępstwo. Innym przykładem może być kapitalny motyw w odcinku „Cienkiej niebieskiej linii” Rowana Atkinsona, znanego głównie z roli Jasia Fasoli. Otóż rywal Atkinsona na posterunku policji w małym miasteczku marzy o karierze i chce zapisać się do masonów, ale nie ma na wpisowe, więc przystępuje do „tańszej” organizacji paramasońskiej i tam w trakcie przerwanej ceremonii pada zdanie: „złóżcie nogi ptaka, indyk nie będzie całowany”. My niestety nie potrafimy ani mówić o masonerii serio, ani z niej żartować.

Co dawniej czyniło sprawę wolnomularstwa tak wszechobecną np. w polemikach politycznych? Czy to nie Kościół katolicki robił im największą i najgorszą reklamę?

Nie demonizujmy roli Kościoła. Trzeba powiedzieć jasno, że Kościół i masoneria od dawna były na kursie kolizyjnym. Dlaczego więc miałyby się lubić? Trafne było rozpoznanie Kościoła, że wolnomularstwo jest organizacją konkurencyjną. A to z tego prostego względu, że nie podlega jego zwierzchnictwu i zajmuje się podobną problematyką, czyli szeroko rozumianą duchowością.

Czy można powiedzieć, że masoneria ma światopogląd sprzeczny ze światopoglądem Kościoła? Jakie są cele masonerii?

W pewnym sensie masoneria jest formą poszukującą treści, a czasem można odnieść wrażenie, że ta forma nie do końca chce tę treść znaleźć. Masoni niechętnie odnoszą się do ludzi, którzy – czy to będąc w jej szeregach, czy to będąc de facto na jej obrzeżach jak Jan Potocki – zastanawiają się, co to by miała być za treść i próbują coś zaproponować. Takich osób było zresztą wiele. Na przykład książę Adam Jerzy Czartoryski – mason, którego traktat „O rycerstwie” był niewątpliwie taką propozycją. To był pomysł stworzenia alternatywnej organizacji, nieodwołującej się do ezoteryki, lecz czerpiącej z mitologii rycerskiej, choć z wyłączeniem – modnych wtedy i dziś – templariuszy i innych zakonów rycerskich. Ludzie – wedle księcia – stali się chłodni i egoistyczni, rzecz w tym, żeby uczynić ich na powrót zaangażowanymi społecznie. Po co jednak powoływać „Związek Rycerstwa Polskiego”, kładąc nacisk na jego tajność, skoro istnieje wolnomularstwo? Czy dlatego, że ono księcia rozczarowało? W każdym razie historia dowodzi, że masoni się takich wizjonerów obawiają.

Środowiska wolnomularskie w XIX w. – mówiąc w dużym uproszczeniu – kojarzone są ze środowiskami liberalnymi czy – jak we Francji – ze środowiskami jawnie antyklerykalnymi. Tymczasem wtedy papiestwo jest zepchnięte na margines. W epoce nowożytnej było ciągle wielkim graczem polityki międzynarodowej. Od początku XIX w. następuje dramatyczne załamanie tej pozycji. Trzeba pamiętać, że wiek XIX jest wiekiem triumfu państw protestanckich. Dawne potęgi katolickie przegrywają rywalizację. A Francja od czasu rewolucji mocno oddaliła się od Kościoła. Papiestwo przeżywa regres, z dzisiejszej perspektywy trudny do wyobrażenia, ponieważ dzięki wysiłkom kilku ostatnich papieży Watykan w pewnej mierze odzyskał pozycję, może już nie gracza, ale liczącego się głosu na arenie międzynarodowej. W XIX w. sekwencja encyklik antymasońskich jest próbą wytłumaczenia przyczyn słabości Kościoła i ukazania masonów jako winowajców i głównych inspiratorów niekorzystnej – z perspektywy katolickiej – tendencji historycznej.

Zwracano uwagę na podobieństwo propagandy antymasońskiej do propagandy antyjezuickiej, czy pan też tak uważa?

Byli nawet tacy antyklerykałowie w XVIII w., którzy, nie przepadając za masonami, mówili, że kryją się za nimi jezuici. Jeżeli ktoś chciał się przypodobać np. Katarzynie II, mógł pisać jak pewien lizus, oskarżając ich o chęć rozpalenia na nowo wojen religijnych. Ten straszak stanowił zresztą swoistą obsesję oświeceniowców francuskich. Różne tajne stowarzyszenia o protestanckim rysie czy rodowodzie powstają z chęci dorównania jezuitom. Zakon jezuitów zawsze wywoływał dwuznaczną fascynację. W XX w. też mamy człowieka zafascynowanego potęgą Towarzystwa Jezusowego w osobie Adolfa Hitlera, który – zakładając SS – powiedział, że założył swoich jezuitów, co nie przeszkadzało mu nienawidzić tego towarzystwa i całego chrześcijaństwa.

Prof. Tazbir pisał o podobieństwie wyobrażeń na temat masonów do obrazu Żydów z bestsellerowej do dziś fałszywki carskiej ochrany „Protokołów Mędrców Syjonu”. Skąd zbitka językowa: „Żydzi i masoni”?

Zawinił tutaj bodaj w największym stopniu Napoleon. Pisała o tym ostatnio prof. Maria Janion w książce „Bohater, spisek, śmierć”. Żydzi zwrócili na siebie uwagę, kiedy Napoleon powodowany tyleż wyrachowaniem, co snobizmem, powołał w 1806 r. Wielki Sanhedryn, czyli zwołał gremium żydowskich elit. Nazwa jest megalomańska, jak wszystko w państwie Napoleona. To wywołuje piorunujące wrażenie, ponieważ Żydzi dotąd z oczywistych względów nie przykuwali szczególnej uwagi wyznawców spiskowej teorii dziejów. Ale stało się też coś wcześniej. Otóż Napoleon podczas kampanii syryjskiej w 1799 r. odwołał się do mesjanistycznych tęsknot Żydów i rozegrał kartę żydowską – podobnie jak później będzie rozgrywać kartę polską – i mgliście obiecał, że zwróci Jerozolimę Żydom z Azji i Afryki. Potem chciał wmontować francuskich Żydów w nowy porządek swojego państwa i uczynić z nich Francuzów wyznania mojżeszowego. A że samego Napoleona już wcześniej uważano za masona i antychrysta, droga do histerycznego olśnienia, że Żydzi kierują masonami, była już otwarta.

Niezmiennie tajemny charakter uprawiania „sztuki królewskiej” – jak sami masoni mówią o swojej działalności – podnieca wyobraźnię. Proszę powiedzieć, czy wolnomularze rzeczywiście mają jakieś ważne sekrety i czy istotnie są one straszne?

Czy straszne to rzecz gustu. To, co dla katolika będzie straszne, dla newage’owca będzie ekscytujące albo banalne i rozczarowujące. Taki Aleister Crowley – kontrowersyjny brytyjski mag i wizjoner – był bardzo rozczarowany sekretami masońskimi. W autohagiografii umieścił wiele kąśliwych uwag na temat rytu szkockiego, w którym zresztą bardzo szybko osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia. Mówił, że masoni mają same sztubackie śmiesznostki do zaoferowania. Narzekał, że inicjacje często odbywają się hurtowo i przeskakuje się stopnie wtajemniczeń. On tak mówił, ponieważ jego interesowała ezoteryka rozumiana dosłownie, czyli jako posiadanie pewnych nadnaturalnych zdolności. Rzeczywiste niebezpieczeństwo związane z ezoterycznością pewnych doktryn polega na czymś innym. Utajnione przestają być przedmiotem swobodnej dyskusji, a więc weryfikacji i oceny. Choć trzeba dodać, że dzisiaj każdy, kto chce zapoznać się z naukami masonów, ma duży wybór książek również przez masonów pisanych.

Czy przynależność do loży pomaga w karierze, czy to jakiś absurdalny wymysł?

Pomaga tam, gdzie masoneria jest silna i wpływowa, np. w Anglii czy we Francji. Ale czy warto się tym ekscytować? Wszelkie organizacje formacyjne, które proponują nam umeblowanie głowy, zarazem obiecują – rozmaicie rozumianą – pomoc w codziennym życiu. W krajach, gdzie wolnomularstwo jest efemeryczne, jak np. w Polsce, są pewnie mniejsze możliwości takich działań. Ilustruje to zabawny przykład: został wydany blok korespondencji Kantorberego Tymowskiego – trzeciorzędnego poety, pracownika ministerstwa z czasów Królestwa Polskiego. Otóż jeden z nielicznych listów podpisany znaczkami masońskimi jest podaniem, w którym ten jegomość prosi ministra o przedłużenie urlopu.

A jak to było z wolnomularstwem w Polsce?

U nas wolnomularstwo było fragmentem mody na cudzoziemszczyznę. W XVIII w. przynależność do masonerii jest tak powszechna, że właściwie nie znaczy nic. Na początku XIX w. pojawia się pomysł zaadaptowania formuły masońskiej do działań konspiracji niepodległościowej, której bohaterem stał się Walerian Łukasiński. W międzywojniu mamy z jednej strony piłsudczykowskich pułkowników, którym Marszałek kazał zapisać się do masonerii, ponieważ miał nadzieję dzięki temu nawiązać nieformalne kontakty z Francją, zakładając, że masoni są tam silni. Drugą grupę stanowią ideowcy i społecznicy, którzy myślą o szklanych domach, niepodległościowym socjalizmie i są skrajnie antyendeccy oraz wyraźnie antyklerykalni. Zazwyczaj reprezentują średni szczebel urzędniczy. Ich przywódca Stanisław Stempowski był urzędnikiem w Ministerstwie Rolnictwa. Ten epizod przedwojenny został zakończony niesłychanie spektakularnie, ponieważ Leon Kozłowski – były premier i mason w jednej osobie – ogłosił w prasie listę wysoko postawionych masonów, oskarżając ich o działalność niekorzystną dla państwa. Tuż przed II wojną wolnomularstwo zdelegalizowano. Po II wojnie, tak jak dla oenerowców i endeków PAX, tak dla niedobitków masonów formą przetrwalnikową stało się Stronnictwo Demokratyczne, które zresztą przed wojną zakładali.

Zgadza się pan z tym, że „kwestia masońska” osłabła, ponieważ w Europie i USA większość postulatów „braci w fartuszkach” została osiągnięta?

Nie jestem pewien, czy istnieje coś takiego jak masońskie postulaty. Ponadto mówienie o ich realizacji zakłada, że masoneria w historii cywilizacji zachodniej odgrywa jakąś opatrznościową rolę, a nie jest tylko jej produktem. Jeśli jednak uznamy, że współczesna liberalna demokracja oraz sam Kościół katolicki po Soborze Watykańskim II jest realizacją jakichś dawnych masońskich tęsknot, chociażby zawartych w hasłach: wolności, równości, braterstwa, tolerancji itp., to nie widzę powodu, dla którego miałoby to oznaczać wygaszanie kwestii masońskiej. Teoretycznie rzecz biorąc, spór wokół wolnomularstwa może dalej trwać. Powiedziałbym raczej, że postępująca laicyzacja Zachodu uderza także w masonerię jako strukturę formacyjną opartą na rozbudowanej rytualistyce i przenosi samą kwestię masońską do popkultury jako jeszcze jeden jej rekwizyt.

Szkoda. W końcu może można widzieć wolnomularstwo po prostu jako płaszczyznę spotkania i komunikowania się ludzi z różnych bajek: geograficznych, religijnych, społecznych, politycznych po to, by sami stawali się lepsi i by świat był znośniejszy do życia.

Tu jest pies pogrzebany. Załóżmy, czysto teoretycznie, że tworzymy przestrzeń, gdzie ludzie różnej proweniencji, ludzie – mówiąc ogólnie – różnych opcji mogą sobie porozmawiać poza protokołem. Nieuchronne jest – moim zdaniem – to, że w pewnym momencie osoby, które korzystają z tej przestrzeni, stworzą nową opcję towarzysko-światopoglądową. Przekonanie, że masoneria jest neutralnym miejscem spotkania różnych jakości, jest poglądem – według mnie – nie do utrzymania. Nawet jeśli na początku tak by było, to po chwili musiało się stać nową, odrębną jakością, która ma swoje doraźne cele w przestrzeni publicznej. Naturalnie to nie oznacza, że wpływ wolnomularstwa na świat jest tak wielki, że może ono zrealizować swoje partykularne interesy. Możemy przypisywać różnym odłamom masonerii swoiste cele i ambicje, nie popadając w przekonanie, że rządzi ona światem, i nie dając się sprowadzić do poziomu paranoika-konspiracjonisty. Zarazem unikamy powtarzania tego, co sami masoni chcą, żeby o nich myślano i mówiono. Ktoś, kto zajmuje się masonologią, staje między dwoma środowiskami: masońskim i antymasońskim. Obie strony chcą badacza przeciągnąć na swoją stronę lub zdyskredytować jako reprezentanta przeciwnika. Najlepiej byłoby, gdyby badacz naraził się na niezadowolenie jednych i drugich.