Trzysta lat temu Polskę nawiedziła po raz kolejny epidemia dżumy, nękająca wówczas całą Europę. Choroba dziesiątkowała ludność w zastraszającym tempie. Nie wiedząc, skąd się bierze „czarna śmierć”, ludzie próbowali wszelkich sposobów, by jej uniknąć lub się wyleczyć. Nie pomagały jednak ani modlitwy, ani zabobony. Reakcje na zarazę były różne: bezsilność, depresja, zniechęcenie, w końcu nieufność i  szaleństwo wzajemnych podejrzeń. Próbowano znaleźć kozła ofiarnego, którego ukaranie zatrzymałoby śmiertelny marsz dżumy i przywróciło normalne życie...

CZARNA LISTA: ŻYDZI, WŁÓCZĘDZY, LEKARZE


Na tej fali często dochodziło do procesów sądowych tzw. mazaczy. Tak określano ludzi podejrzewanych o celowe rozprzestrzenianie moru i zarażanie ludzi. Zapadały wyroki śmierci: przez poćwiartowanie, włóczenie końmi, spalenie żywcem. Zawsze też poprzedzano je okrutnymi torturami, aby wydobyć „całą prawdę”. Uniewinnienia raczej się nie zdarzały. Oskarżonym zarzucano zatruwanie wody pitnej, rozpylanie śmiercionośnego proszku lub smarowanie drzwi domów ropą z dymienic dżumowych, ewentualnie mózgami wydobytymi ze zwłok ofiar „czarnej śmierci”. O umyślne szerzenie zarazy oskarżano Żydów (mieli to robić, zatruwając studnie), ludzi upośledzonych fizycznie i umysłowo, włóczęgów, żebraków, grabarzy „morowych” (bo to oni, wykonując swój ponury zawód, mieli styczność z ciałami zmarłych) oraz lekarzy. Ci ostatni nie dość, że bezpośrednio stykali się z chorymi, to jeszcze nosili „podejrzane” ochronne maski na twarzy przypominające ptasie dzioby (poupychane w nie szmaty, nasączone olejkami i octem, chroniły przed wonią gnijących ciał). Ogólna psychoza strachu udzielała się nie tylko pospólstwu i biedocie, ale nawet przedstawicielom elit społecznych i naukowych. Prof. Andrzej Karpiński podaje przykład wybitnego francuskiego chirurga Ambrożego Paré, który wierzył w istnienie i wrogie działanie „mazaczy”, choć jednocześnie był zdecydowanym przeciwnikiem podejrzeń o czary.

ŚWIADKOWIE WSKAZUJĄ NA GRABARZY

W Rzeczypospolitej zachowała się pełna dokumentacja jednego z procesów „mazaczy”. Odbył się w Lublinie w 1711 r.  6 lutego przed tamtejszym sądem stanęło trzech grabarzy „morowych”: Marcin Morawski, Jakub Szumilas i Stanisław Kromczak. Oskarżono ich o to, że kierując się pragnieniem zysku, specjalnie szerzyli zarazę. Używali do tego maści przyrządzonej z mózgów i jelit ludzi zmarłych na dżumę. Substancją tą smarowali klamki i drzwi domów zdrowych ludzi, aby zachorowali. Dzięki temu mieliby stałe zajęcie i zarobek. Oskarżeni początkowo wszystkiemu zaprzeczyli, ale poddani torturom – przyznali się do winy. Jakub Szumilas zapewniał, że słyszał jedynie o tym, iż aby „powietrze uspokoić, trzeba dół wykopać i trupią głowę na tem miejscu zakopać, a potem na tem miejscu kół wbić osowy” [z drewna osikowego – przyp.red]. Jednak nic mu nie wiadomo na temat smarowania klamek.