Franciszka Gajowniczka spotkał prawdziwy cud: zostało mu darowane drugie życie. I nie zmarnował go – przeżył w sumie 94 lata, choć wyglądało na to, że pierwsze dni sierpnia 1941 roku – miał wówczas niespełna 40 lat – będą jego ostatnimi. Gajowniczek nie był nikim wyjątkowym. Urodził się na początku XX w. w małej wsi koło Mińska Mazowieckiego. Będąc dorosłym człowiekiem, przeniósł się do Warszawy, wstąpił do wojska i ożenił się. Gdy wybuchła wojna, był zawodowym sierżantem Wojska Polskiego. Jako szef batalionu otrzymał skierowanie do Wielunia. Jeszcze we wrześniu jego oddział został zdziesiątkowany. Gajowniczek przedarł się do Modlina i tu po kapitulacji twierdzy trafił do niewoli. Nie zamierzał trwać w niej biernie, dlatego wraz z kilkoma kolegami zbiegł, usiłując przedostać się na Węgry. Przez jakiś czas ukrywał się na Podhalu; zadenuncjowany przez słowacką góralkę trafił do więzienia w Zakopanem i Tarnowie, a po roku do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Jako więzień z nr 5659 zajmował się rozładowywaniem wagonów z materiałami budowlanymi. Najdziwniejszy i najbardziej dramatyczny dzień w swoim życiu przeżył na przełomie lipca i sierpnia 1941 roku. Po udanej ucieczce z obozu więźnia Kłosa, piekarza z Warszawy, Niemcy postanowili wziąć odstraszający odwet na pozostałych. Losowo wyznaczyli dziesięciu mężczyzn, skazując ich na okrutną powolną śmierć w celi bloku 11. Wrzuceni do pomieszczenia bez okien mieli konać z głodu i pragnienia. Gajowniczek był jednym z nich.

To, co się wówczas wydarzyło, najlepiej oddali naoczni świadkowie: „Wszyscy więźniowie stali nadal na baczność w szeregach poszczególnych bloków. Nagle zauważyłem, że z tylnych szeregów naszego bloku wyszedł jakiś nieznany mi więzień i wolnym krokiem podążył w kierunku grupy SS. Nikt nie zareagował na jego wystąpienie. Blokowy odpowiedzialny za dyscyplinę podległego mu bloku, inni blockführerzy nie usiłowali przeszkadzać więźniowi. Złamanie żelaznej dyscypliny porządku obowiązującego w obozie było dla wszystkich tak olbrzymim zaskoczeniem, że zarówno więźniowie, jak i esesmani patrzyli na to, co się dzieje, nie wierząc własnym oczom, śledząc powolny marsz więźnia. Podszedł do komendanta, stanął w przepisowej odległości przed nim, zdjął czapkę i coś do niego mówił. Imponowało nam to, że w obecności tylu esesmanów i więźniów funkcyjnych złamał dyscyplinę, że odważył się wystąpić”. (Adam Jurkiewicz, numer obozowy 476) „Kolbe zdjął czapkę i stanął na baczność przed kierownikiem obozu Fritzschem. Fritzsch odezwał się do ojca Kolbe tymi słowami: »Was will das polnische Schwein?«, tzn. »Czego chce ta polska świnia?«. Ojciec Kolbe wskazał ręką na wybranego na śmierć Franciszka Gajowniczka i odpowiedział Fritzschowi »Ich bin ein polnischer katholischer Priester, ich bin alt und will für ihn sterben, denn er hat Frau und Kinder «, tzn. »Jestem księdzem katolickim, jestem stary, chcę umrzeć za niego, on ma żonę i dzieci«. Fritzsch chwilę się zastanowił”. (Nicet Włodarski, numer obozowy 1982) „Usłyszałem wówczas urywki zdań: »Ach so, du bist ein Pfaffe. Na, gut, da bitte rein und du ab« (Ach, tak, jesteś klechą. No dobrze, ty do środka, a ty spieprzaj)”. (Józef Polak, numer obozowy 3288). Tak doszło do tego, że Maksymilian Maria Kolbe, franciszkanin, dobrowolnie skazał się na śmierć. I tak został świętym męczennikiem.
 

Wszystko na maksa

 

Ojciec Kolbe (ur. 1894 r.) na chrzcie otrzymał imię Rajmund. Wstępując do zakonu franciszkanów jako 16-letni chłopak, wybrał dla siebie imię Maksymilian, które okazało się jego najtrafniejszą charakterystyką i kwintesencją jego życia (maximus, łac. największy). Wszystko, czego się podejmował w życiu, robił w największym możliwym formacie, z wielkim rozmachem, bez żadnych kompromisów. Pochodził z ubogiej rodziny tkaczy, niezwykle religijnej, i być może droga zakonna była dla niego jedyną szansą na zdobycie wykształcenia. Zaczynał w małym seminarium franciszkanów konwentualnych we Lwowie. Gdy skończył gimnazjum, przełożeni zakonni (był już wówczas klerykiem) wysłali go do szkoły do Krakowa. Wystarczyło kilka miesięcy, by wyruszył dalej, do Międzynarodowego Kolegium Serafickiego w Rzymie. Przez pierwsze trzy lata studiował na Uniwersytecie Jezuickim Gregorianum, gdzie oprócz filozofii słuchał wykładów z matematyki, fizyki, chemii, biologii, astronomii i psychologii doświadczalnej. Kolejnym etapem jego edukacji były studia teologiczne, zakończone dyplomem doktorskim w 1919 roku.

Uczelnia papieska, którą ukończył, cieszyła się opinią placówki „antymodernistycznej”, innymi słowy – niezwykle konserwatywnej. W czasie pobytu Kolbego w Rzymie dwa wydarzenia zaważyły na całej jego późniejszej działalności w strukturach kościelnych. W 1917 r., w 200. rocznicę spalenia na stosie Giordano Bruno, przez miasto przetoczyła się demonstracja masońska, która na młodym Maksymilianie wywarła piorunujące wrażenie. Wielokrotnie w swoich wystąpieniach wracał do niej wspomnieniami. Jeszcze w 1939 roku, w czerwcu, tak mówił w Niepokalanowie: „W latach poprzedzających wojnę, w stolicy chrześcijaństwa, w Rzymie, masońska mafia, nieustannie potępiana przez papieży, panoszyła się bezczelnie. Nie zrezygnowała z obnoszenia po ulicach miasta, podczas obchodów ku czci Giordano Bruno, czarnej chorągwi z postacią świętego Michała Archanioła pod stopami Lucyfera i pokazywania się ze znakami masońskimi przed oknami Watykanu”. Nie mógł zapomnieć rozdawanych wówczas ulotek, które głosiły, że policja powinna wkroczyć do Watykanu i że „Diabeł będzie rządził na Watykanie, a papież będzie jego gwardią szwajcarską”.

Wieczorem 17 października 1917 r. w celi Kolegium Braci Mniejszych Konwentualnych przy ulicy San Teodoro w Rzymie doszło do spotkania siedmiu młodych zakonników, którzy za zgodą rektora założyli kościelną organizację pod nazwą Rycerstwo Niepokalanej (zwaną też Milicją Niepokalanej). Jej celem miało być „zaangażowanie w dzieło nawrócenia grzeszników, heretyków, schizmatyków, Żydów itd., lecz przede wszystkim masonów, oraz w dzieło uświęcenia wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Niepokalanej” – tak pisał jej założyciel ojciec Kolbe w liście z 1940 roku.
 

Powrót do kraju

Po ukończeniu studiów przełożeni pozostawili Kolbemu wybór: może pozostać w Rzymie lub wracać do wolnej Polski. Decyzja nie była łatwa, szczególnie że rozwinęła się u zakonnika gruźlica, ostatecznie jednak wsiadł w Asyżu do pociągu Czerwonego Krzyża i ruszył w drogę powrotną do Krakowa. Na miejscu natychmiast zajął się propagowaniem założonej przez siebie Milicji Niepokalanej i wcielaniem jej ideałów w życie.Najpierw założył gazetę. Pierwsze numery „Rycerza Niepokalanej” wypełnił niemal w całości sam, z trudem zdobywając fundusze na druk. Z obawy przed długami przełożony zakonu wysłał Kolbego do Grodna, ale niepokorny franciszkanin nie tylko nie porzucił swoich planów, lecz natychmiast założył w tym mieście drukarnię. Odtąd każdy kolejny rok znaczył się wzrostem wpływów Rycerstwa, które stało się najważniejszą organizacją maryjną w Polsce. W 1927 roku jego pismo wychodziło już w nakładzie 70 000 egzemplarzy, a liczba członków wzrosła do 126 000. W tym samym roku Kolbe stworzył w Niepokalanowie siedzibę organizacji i klasztor, który w niedalekiej przyszłości miał stać się największym klasztorem na świecie. W 1939 r. liczył 13 ojców, 18 nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 uczniów w małym seminarium. Nieustannie rósł też nakład „Rycerza Niepokalanej” (doszedł do 750 000 egz.) i powstawały kolejne periodyki: „Rycerzyk Niepokalanej” dla dzieci (221 000 egz.), „Mały Dziennik” (137 000 egz., wydanie niedzielne – 225 000 egz.). Niejeden współczesny koncern prasowy mógłby pozazdrościć o. Maksymilianowi Kolbemu tych wyników. Szczególnie że nie poprzestał na mediach papierowych. Niedługo po uruchomieniu Polskiego Radia także Niepokalanów zyskał własną radiostację.

W 1930 roku ojciec Kolbe wyruszył ze swoją misją w świat, a konkretnie do Japonii. W Nagasaki założył Niepokalanów bis, otworzył tam nowicjat oraz małe seminarium. Już po kilku miesiącach działalności „Rycerz Niepokalanej" wydawany po japońsku osiągnął nakład 65 000 egzemplarzy!
 

Ostatnie akordy

Gdy wybuchła wojna, Kolbe od trzech lat był z powrotem w Polsce. Niemcy już we wrześniu przystąpili do likwidacji Niepokalanowa, aresztując pozostałych w klasztorze zakonników. Zesłani do obozów jenieckich – po trzech miesiącach zostali uwolnieni. Kolbe nie potrafił jednak ani siedzieć bezczynnie, ani porzucić swojego Niepokalanowa. Zorganizował w nim schronienie dla osób wysiedlonych z Wielkopolski, założył warsztaty naprawy zegarków i rowerów, kuźnię, blacharnię, pracownię krawiecką. Ta z pozoru niewinna działalność dużo go kosztowała. Ponownie został aresztowany przez Niemców, następnie osadzony na Pawiaku, a 25 maja 1941 roku wywieziony do obozu w Auschwitz, gdzie otrzymał numer 16 670. O jego ostatnich dniach w bunkrze głodowym opowiedział więzień nr 1192, tłumacz w bloku śmierci Bruno Borgowiec: „Przed blokiem kazano im się najpierw rozebrać do naga, a następnie wpychano biedne ofiary do ciemnic... Od tego dnia nieszczęśliwi nie otrzymywali już żadnej strawy....

Z celi słyszano codziennie głośne odprawianie modlitw różańca św. i śpiew, do których się też więźniowie z sąsiednich cel przyłączali... Gorące modlitwy i pieśni do Matki Najświętszej nieszczęśliwych rozlegały się po wszystkich gankach bunkra... Przewodniczył Ojciec Maksymilian Kolbe, a następnie chórem odpowiadali więźniowie. Ojciec Maksymilian Kolbe trzymał się dzielnie, nie prosił i nie narzekał, dodawał otuchy innym... Przy każdej inspekcji widziano Ojca Maksymiliana Kolbego, gdy już prawie wszyscy inni leżeli na posadzce, jak stojąc lub klęcząc w środku z pogodnym wzrokiem wpatrywał się w przybyszów (esesmanów).

Tak upłynęły dwa tygodnie. W międzyczasie zmarł jeden po drugim, aż... pozostało tylko jeszcze czterech, wśród nich także Ojciec Maksymilian Kolbe. Wydawało się to władzy za długo, cela była potrzebna dla nowych ofiar, toteż pewnego dnia przyprowadzili kierownika izby chorych, Niemca, przestępcę kryminalnego nazwiskiem Bock, który każdemu po kolei dawał zastrzyki kwasu karbolowego w żyły lewej ręki. Ojciec Maksymilian z modlitwą na ustach podał sam ramię katowi”. O ofierze z życia złożonej przez franciszkanina głośno było w obozie jeszcze przez kilka dni. Tylko przez kilka dni, ponieważ życie obozowe biegło swoim torem, a śmierć – niczyja – nie była tam wydarzeniem nadzwyczajnym. Po wojnie jednak sprawa ojca Kolbego ponownie nabrała rozgłosu – 17 października 1971 roku został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a Jan Paweł II w czwartym roku swojego pontyfikatu, 10 października 1982 r., ogłosił go świętym Kościoła katolickiego.
 

Jazda bez hamulców

 

Tak jak bezkompromisowa była śmierć Maksymiliana Kolbego, tak również w całym swoim życiu nie uznawał on kompromisów. Wyznawane poglądy – nie tylko religijne – głosił w wydawanych przez siebie organach Niepokalanej bez najmniejszych zahamowań. Nie należy zapominać, że polityczna poprawność lokowała się wówczas w innych rejonach, a jego słowa padały na niezwykle podatny grunt. Pisał więc m.in. „(...) doprawdy słusznie powiedział Napoleon, jeszcze przed laty stu, kiedy niewielu jeszcze umiało czytać: »prasa jest piątą potęgą świata«. Zrozumieli to też zaraz żydzi i niech mi będzie wolno jaśniej powiedzieć masoni, którzy z żelazną konsekwencją dążą do zrealizowania dewizy uchwalonej jeszcze w 1717 r.: »zniszczyć wszelką religię, a zwłaszcza chrześcijańską«.

Żyd francuski Cremieux, założyciel wszechświatowego związku żydowskiego, na zjeździe masonów nie wahał się jeszcze przed 60 laty mówić: »Miejcie sobie wszystko za nic, za nic pieniądze, za nic poważanie, prasa jest wszystkim. Mając prasę, będziemy mieli wszystko«. A na międzynarodowym zjeździe rabinów w Krakowie w roku 1848 rabin angielski Mojżesz Montefiore głosił: »Jak długo gazety świata nie będą w naszych rękach, wszystko na nic się nie przyda. Bądźmy pomni przykazania XI: Nie będziesz cierpiał nad sobą żadnej obcej prasy, abyś długo panował nad gojami. Zapanujmy nad prasą a wnet będziemy rządzić i kierować losami całej Europy«. W myśl tych haseł zabrali się oni intensywnie do pracy i, niestety, dokonali już bardzo wiele. Znaczna część, jeżeli nie większość najpoczytniejszych dzienników, znajduje się w ich rękach. Dość powiedzieć, że w takiej »katolickiej « Austrii już w początku bieżącego stulecia w samym języku niemieckim 360 czasopism walczyło przeciw Kościołowi, a 83 z nich wychodziło nawet codziennie”.

W Żydach widział Kolbe zagrożenie nie tylko dla religii katolickiej, lecz także dla niezależności gospodarczej Polski. O ile początkowo swoją misję upatrywał w tym, by żydów nawracać na chrześcijaństwo, o tyle w latach późniejszych uważał, że najlepszym rozwiązaniem „sprawy żydowskiej” będzie ich masowa emigracja. Ultrakatolicyzm i ewidentny antysemityzm sprawił, że kanonizacja Kolbego wywołała na świecie wiele protestów. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesel po pierwszej wizycie Jana Pawła II w Polsce, jeszcze przed kanonizacją, pisał: „Ojciec Kolbe był nacjonalistą o wielkiej żarliwości. Jego sprzeciw wobec nazizmu był typu nacjonalistycznego, a nie moralnego (...). Znany antysemita, choć sam wpadł w maszynerię uśmiercającą Żydów, z trudem może być uważany za kandydata na świętego, zwłaszcza przez Żydów. Urządzając pielgrzymkę do obozu i zaznaczając śmierć o. Kolbego, Papież zdaje się jeszcze raz umniejszać śmierć wszystkich bezimiennych Żydów, którzy tam umarli”.

Oskarżenia pod adresem Kolbego w najlepszym przypadku zarzucają mu naiwność, bezkrytyczne szerzenie spiskowych teorii, według których Żydzi, masoni, liberałowie, socjaliści i komuniści knują wspólnie, by przejąć kontrolę nad światem. Pewien żydowski wydawca zapytał natomiast: „Jeżeli tak wygląda święty, kto potrzebuje grzeszników?”. Życie dopisało po poglądów franciszkanina dramatyczną pointę. Po przyjeździe do Auschwitz przydzielony został do specjalnego komanda, w którym Niemcy umieszczali Żydów obok katolickich księży i wysyłali do najcięższych robót.