
Dzięki żmudnej analicie danych z satelitów monitorujących niebo, astronomom udało się wychwycić dwa wyjątkowe zdarzenia. Obiekty, które spłonęły w ziemskiej atmosferze, poruszały się z tak ogromnymi prędkościami, że ich pochodzenie z naszego Układu Słonecznego było praktycznie wykluczone. To detekcja, która każe nam na nowo przemyśleć, co tak naprawdę znajduje się w naszym najbliższym kosmicznym otoczeniu i jakie to niesie konsekwencje.
Dwa meteoryty z głębokiego kosmosu przemknęły przez nasze niebo
Avi Loeb i Richard Cloete z Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics dotarli do fascynujących wniosków po przeanalizowaniu katalogu zdarzeń CNEOS. Wykryli w nim dwa obiekty, których trajektorie i prędkości jednoznacznie wskazują na międzygwiezdne pochodzenie. Pierwszy z nich, oznaczony jako CNEOS-22, zaobserwowano 28 lipca 2022 roku nad tropikalnymi wodami Pacyfiku. Drugi, CNEOS-25, pojawił się później, 12 lutego 2025 roku, rozświetlając niebo nad Arktycznym Morzem Barentsa.
Co czyni je tak wyjątkowymi? Przede wszystkim ich niesamowita prędkość. CNEOS-22 przekroczył tzw. prędkość ucieczki z Układu Słonecznego o wartości sięgające 8,7 odchyleń standardowych, co w świecie statystyki oznacza niemal pewność. Dla CNEOS-25 wartość ta wyniosła 5,5 odchylenia. Szansa, że są to lokalne skały z naszego systemu planetarnego, jest znikomo mała. Co ciekawe, są to obiekty o relatywnie niewielkich rozmiarach – pierwszy miał około 1,8 metra średnicy, drugi zaś 1,2 metra. Wykrycie tak małych, a przy tym tak szybkich gości jest sporym wyczynem współczesnej techniki monitorowania nieba.
Tu przydaje się jednak zdrowy sceptycyzm: baza CNEOS to zbiór zdarzeń wyznaczanych na podstawie detekcji satelitarnych, a pełne surowe dane i ich dokładności nie zawsze są jawne. To oznacza, że nawet jeśli sygnał wygląda międzygwiezdnie, kluczowe staje się pytanie o margines błędu prędkości i kierunku. Sama NASA/JPL udostępnia te rekordy w ramach Fireball Data, ale to wciąż dane zdarzeniowe, a nie komplet telemetryczny do niezależnej rekonstrukcji całej geometrii przelotu.

Miliony niewidzialnych sąsiadów przemierzają przestrzeń wokół Słońca
Te dwie detekcje to jedynie wierzchołek góry lodowej, a właściwie kosmicznej asteroidy. Naukowcy wykorzystali je jako podstawę do oszacowania całej populacji podobnych obiektów w naszej okolicy. Wyniki są trudne do wyobrażenia. Okazuje się, że częstość zderzeń metrowych międzygwiezdnych wędrowców z naszą atmosferą wynosi około jednego na trzy lata. Gęstość ich występowania w przestrzeni to aż 8,4 miliona obiektów na tak zwaną jednostkę astronomiczną sześcienną, czyli kostkę o boku długości 150 milionów kilometrów (odległość Ziemia-Słońce).
Proste przeliczenia prowadzą do zdumiewającej konkluzji: wewnątrz orbity Ziemi, w dowolnym momencie, może znajdować się nawet 35 milionów międzygwiezdnych obiektów o rozmiarach rzędu metra. Łączna masa tego materiału dryfującego wokół Słońca sięga niewyobrażalnej wartości stu bilionów ton. Co intrygujące, rozkład masy sugeruje, że mniejsze, metrowe fragmenty mogą być powiązane z większymi, kilometrowymi ciałami, być może będąc efektem ich rozpadu podczas długiej podróży przez galaktykę.
I tu zaczyna się część naprawdę kosmicznie ciekawa: jeżeli takie obiekty faktycznie są częstsze, niż podpowiada nam intuicja, to znaczy, że my nie tyle czasem mamy gościa, co pływamy w słabym, ale stałym prądzie materii z innych układów gwiezdnych. A atmosfera jest w tym obrazie czymś w rodzaju sitka: większość drobin spala się i znika, ale zostawia po sobie ślad w danych, które dopiero uczymy się czytać.
Nowe wyzwania dla obrony planetarnej i przyszłych badań
Odkrycie to rzuca nowe światło na koncepcję tzw. planetary defense, czyli obrony naszej planety przed zagrożeniami z kosmosu. Dotychczasowe systemy i strategie skupiały się głównie na asteroidach i kometach związanych grawitacyjnie z naszym Układem Słonecznym. Teraz okazuje się, że musimy brać pod uwagę także obiekty nadlatujące z zewnątrz, które mogą podróżować po zupełnie innych, nieprzewidywalnych trajektoriach i z dużo większymi prędkościami.
Avi Loeb, znany z kontrowersyjnych, ale zawsze pobudzających wyobraźnię teorii, nie poprzestaje na samych obliczeniach. Planuje on organizację ekspedycji, których celem byłoby wydobycie z oceanicznych głębin potencjalnych fragmentów zidentyfikowanych obiektów. Analiza takiego materiału byłaby bezcennym oknem na skład chemiczny materii z innych systemów gwiezdnych. Pomysł jest niezwykle ambitny, choć jego realizacja wiąże się z ogromnymi wyzwaniami technicznymi i finansowymi.
Na horyzoncie pojawiają się też propozycje rozwoju nowej infrastruktury badawczej. Mowa o obserwatoriach nowej generacji, takich jak Vera C. Rubin czy projekt Argus, a nawet o kosmicznych przechwytywcach – sondach zdolnych do dogonienia i zbadania międzygwiezdnego intruza w locie. Takie misje, choć kosztowne, mogłyby diametralnie poszerzyć naszą wiedzę.
Obecność dziesiątek milionów kosmicznych wędrowców w naszym bezpośrednim sąsiedztwie to informacja, która zmienia perspektywę. Ziemia nie jest samotną wyspą w pustce, lecz częścią dynamicznego, galaktycznego ekosystemu, przez który nieustannie przemywa strumień materii z odległych gwiazd. To odkrycie, nawet jeśli niektóre szacunki wymagają jeszcze potwierdzenia, otwiera zupełnie nowy rozdział w rozumieniu naszego miejsca we wszechświecie i wyznacza kierunki dla przyszłych badań kosmosu.