William Henry Gates III nie jest kolejnym wcieleniem amerykańskiego mitu o pucybucie, który został milionerem. Nie pochodzi z biednej rodziny, nie musiał od najmłodszych lat pracować i odkładać każdego dolara. Wręcz przeciwnie, jego ojciec – zamożny adwokat z Seattle i matka – członkini Rady Zarządzającej Uniwersytetu stanu Waszyngton zapewnili mu dostatnie, spokojne dzieciństwo. Dodatkową gwarancję bezpieczeństwa stanowił dziadek – prezes National City Bank. Jeśli Bill w wieku 13 lat zaczął zarabiać, to tylko dlatego, że chciał i potrafił.

Cudowne dzieci

Rodzice posłali go do dobrej szkoły Lakeside School. Dobrej, czyli dostrzegającej zmiany zachodzące w świecie i zapoznającej z nimi uczniów. Za pieniądze zebrane na kiermaszu staroci dyrekcja kupiła cud ówczesnej techniki – terminal łączący się z komputerem udostępnionym przez General Electric. Był 1967 r., w Polsce dzieci uczyły się jeszcze matematyki na liczydłach, w Lakeside starano się już zapoznawać je z maszynami liczącymi. Komputery w tym czasie miały gabaryty szaf, ich obsługa wymagała specjalistycznej wiedzy, terminal miał więc tylko oswoić z nimi uczniów. Stało się inaczej. Bill Gates i starszy o dwa lata Paul Allen nie zadowolili się ogólną prezentacją, spędzali przy urządzeniu całe dnie. Szybko rozgryźli mechanizm działania komputera, opanowali języki programowania i zaczęli buszować po miejscach zastrzeżonych dla informatyków GE. Nie tylko złamali zasady umowy, ale naruszyli prawo. Co w tej sytuacji powinni zrobić nauczyciele? Wezwać na dywanik, obniżyć ocenę ze sprawowania, zakazać korzystania z terminalu? W marnej szkole pewnie tak by postąpiono, lecz w Lakeside doceniono zdolności Gatesa i Allena. Zamiast karać, zwolniono ich z lekcji matematyki, by mogli doskonalić swoje umiejętności. Oczywiście pod warunkiem, że będą się uczyć, a nie łamać kody zabezpieczające.

Gdy skończyła się umowa z GE, chłopcy na własną rękę załatwili sobie dostęp do innych komputerów. Rezolutnych nastolatków dopuściła do swoich maszyn m.in. firma Computer Center Corporation. Odwdzięczyli się, znajdując błędy w systemie operacyjnym jej głównego komputera.Wieść o tym osiągnięciu szybko się rozeszła i chłopcy zaczęli otrzymywać zlecenia. Nauczyli się pisać programy i opracowali system odczytujący karty z komputerów, monitorujących natężenie ruchu ulicznego. Zainkasowali 20 tys. dolarów. Zleceniodawca – władze miejskie były zadowolone do czasu, gdy dowiedziały się, że jeden z kontrahentów ma niespełna 14 lat.

Nie wiemy, o co chodzi, ale zrobimy to

Podpisywanie dalszych umów z dziećmi nie wchodziło w grę. Gates ujawnił wtedy kolejny talent: niezwykłe zdolności organizacyjne. Mimo chwilowej utraty zleceń założył z Paulem Allenem firmę Traf-O-Data i kontynuował działalność biznesową. Przerwał ją na krótko, by podjąć studia na Harvardzie. Zgodnie z rodzinną tradycją wybrał prawo, egzaminy zdawał bez trudu, ale jak napisze w autobiografii „jedyną korzyścią z pobytu na uniwersytecie było poznanie Stevena Ballmera”. Kolega ze studiów zostanie w przyszłości dyrektorem generalnym i następcą Gatesa w fotelu prezesa największego koncernu informatycznego. Bill męczył się z paragrafami i kodeksami przez półtora roku. Do stycznia 1975 r., gdy w magazynie „Popular Electronic” przeczytał tekst o nowym komputerze Altair firmy MITS. Zastosowane w nim rozwiązania zapowiadały początek ery minikomputerów, jednak Gates dostrzegł dużo więcej.

Pomysłem podzielił się z Allenem. Przekonał go i zagrali va banque. Zgłosili się do kierownictwa MITS z propozycją opracowania nowej wersji języka BASIC, dostosowanej do Altaira. Najogólniej mówiąc, chodziło o program, który będzie „tłumaczył” systemowi operacyjnemu komputera polecenia użytkownika. Gates i Allen nigdy się czymś podobnym nie zajmowali, a Altaira widzieli jedynie na zdjęciach. Mimo to przedstawili się jako doświadczeni programiści. Prezesi MITS dali się nabrać i wyrazili gotowość współpracy. Oczywiście nie działali w ciemno, zażądali prezentacji projektu. Gates zręcznie zagrał na zwłokę, umówił się za kilka tygodni. Jeśli miał osiągnąć sukces – nie mógł się dłużej rozpraszać, dzieląc czas między informatykę i prawo. Złożył podanie o urlop dziekański, z którego już nigdy na uczelnię nie wrócił.

Zmienić świat i zbić fortunę

 

Połączenie tupetu ze zdolnościami przyniosło efekty. Młodzi informatycy uporali się z zadaniem i udali się do siedziby MITS w Albuquerque ze wstępną wersją BASIC-a. Zadziałała, więc otrzymali ofertę stałej współpracy. Gates wynegocjował tak wysokie honorarium, że szybciej niż prawa jazdy dorobił się nowego porsche. Za brawurowe przejażdżki bez dokumentów trafił do policyjnej kartoteki. Prawie dwa lata później, 26 listopada 1976 r., wraz z Paulem Allenem zarejestrował nową firmę. Jej nazwę utworzyli od skrótu angielskich słów microcomputer i software. Tak narodził się koncern, który już wkrótce miał zawojować świat – Microsoft. Obaj założyciele pochodzili z Seattle w stanie Waszyngton, więc gdy mocniej stanęli na nogach, wrócili w rodzinne strony. Najpierw do Bellevue, potem do Redmond, gdzie do dziś znajduje się główna siedziba koncernu. Na zdjęciach z tych czasów zarząd Microsoftu bardziej przypomina zespół rockowy lub grupę hippisów niż elitę biznesu. Długie włosy, brody, dżinsy, rozpięte koszule… Gates starannie pielęgnował wizerunek wyluzowanego pasjonata, który robi to, co lubi, i nie przejmuje się konwenansami. „Faceci z Wall Street chcą jedynie zarabiać wielkie pieniądze” – mówił w wywiadzie dla „International Herald Tribune”. „Faceci z Microsoft chcą zmieniać świat”. Brzmiało to pięknie, ale rzeczywistość wyglądała nieco inaczej. Zmienianie świata także im miało przynieść wielkie pieniądze. I to od samego początku.

Pierwsi użytkownicy minikomputerów uważali się za hobbystów, nikt z nich nie myślał o wykonywaniu na Altairze prac przynoszących dochód. Zresztą moc obliczeniowa urządzenia była tak niewielka, że nie pozwoliłaby na zapisanie nawet jednego zdjęcia wykonanego współczesnym aparatem cyfrowym. Jak przystało na amatorów, bezinteresownie wymieniali się doświadczeniami i programami, w tym opracowanym przez Gatesa językiem BASIC. Dlatego w zdumienie wprawił ich ogłoszony 2 lutego 1976 r. „List otwarty do hobbystów” (Open Letter to Hobbystis), w którym Bill Gates krytykował darmową wymianę oprogramowania i apelował o płacenie za nie. Microsoft dopiero raczkował, a już pojawiła się zapowiedź konfliktu między zwolennikami powszechnego dostępu do zdobyczy rewolucji informatycznej i jej twórcami zainteresowanymi zyskiem. Gates nigdy nie zmienił zdania, za wszystkie swoje usługi żądał zapłaty. Dzięki takiemu podejściu został najbogatszym człowiekiem świata.

Kontrakt z wyobraźnią

Decydujące wydarzenia rozegrały się na początku lat 80. minionego wieku. Koncern IBM, największy producent komputerów, zwrócił się do Microsoftu z propozycją napisania programu operacyjnego dla nowego modelu komputera osobistego. Gates początkowo odmówił, ale po kilkumiesięcznych negocjacjach podjął wyzwanie. System operacyjny steruje wszystkimi czynnościami komputera, wyświetlaniem informacji na monitorze,zapisywaniem plików na dysku, drukowaniem, uruchamianiem innych programów. Bez niego komputer jest jedynie martwą skrzynką. Opracowanie całkowicie nowego systemu przekraczało możliwości Gatesa i niezbyt licznego zespołu informatyków Microsoftu. Dlatego tak się wzbraniał przed przyjęciem oferty IBM. Zgodził się, gdy znalazł sposób na pominięcie wstępnego etapu prac. Od firmy Seattle Computer Products kupił system DOS, który zamierzał zmodyfikować i dostosować do potrzeb zleceniodawcy. Zapłacił 50 tys. dolarów. Była to jedna z najbardziej opłacalnych inwestycji w historii – po dwóch latach przyniosła 2000 proc. zysku, po dwóch następnych wprowadziła Gatesa i Allena do klubu miliarderów.

Pracowali po 16 godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu. Powstał produkt, o którym słyszał każdy użytkownik komputerów – MS-DOS. Trudno orzec, czy bardziej godne podziwu było to dzieło, czy wyobraźnia Gatesa, która kazała mu zawrzeć w umowie z IBM klauzulę o zachowaniu przez Microsoft praw autorskich do nowego systemu. Kierownictwo IBM zaakceptowało jego żądania, uznając, że pecet nadal pozostanie „zabawką”. Zapisy kontraktu oznaczały, że Microsoft będzie otrzymywał tantiemy od każdego sprzedanego komputera z systemem MS-DOS. Planiści IBM nie przewidywali nadmiernego wzrostu popytu, bo niby po co ludzie mieliby masowo kupować maszyny do liczenia. Uważali więc umowę z Gatesem za bardzo korzystną dla swojej firmy. Szybko okazało się, kto miał rację.

10 tysięcy milionerów

Na konta Microsoftu zaczął płynąć nie strumień, lecz rzeka pieniędzy. Komputery osobiste podbijały świat, sprzedaż liczono już w milionach egzemplarzy. Ponad 90 proc. z nich było wyposażonych w system MS-DOS. Gates nie spoczął na laurach. Wiedział dobrze, że jeśli nie będzie udoskonalał swoich produktów, nie utrzyma długo pozycji lidera. Z całych Stanów, potem również z zagranicy,sprowadzał najzdolniejszych informatyków i programistów. Oferował im doskonałe warunki – mieszkania dla rodziny, elitarne szkoły dla dzieci, nienormowany czas pracy. Kto chciał, mógł wykonywać zlecone zadania w domu, kto nie miał prawa jazdy, mógł na koszt Microsoftu korzystać z taksówek. Liczyły się tylko dwie rzeczy – efektywność i całodobowa dyspozycyjność. Zdarzało się, że dzwonił do podwładnych po północy, by uzyskać informacje niezbędne do rozwiązania problemu, nad którym się głowił. O świcie zjawiał się w firmie rześki i tryskający energią.

Wbrew medialnym legendom nie był jednak sympatycznym szefem. Gdy coś nie szło po jego myśli, potrafił publicznie sponiewierać podwładnego. Obawiano się jego wybuchów złości i szyderczych komentarzy. Jednak ci, którzy zdołali wytrzymać narzucony przez niego morderczy reżim, nie żałowali. Dla Gatesa powiedzonko przedsiębiorców, że „największym kapitałem firmy są ludzie”, nie było frazesem, lecz fundamentalną zasadą. Wyciskał z ludzi, ile się dało, ale nie wyzyskiwał ich. Co najmniej 10 tys. pracowników Microsoftu zostało milionerami, główni programiści – miliarderami. Perspektywa takich zarobków stanowiła najlepszą motywację. Bill mógł więc postawić przed załogą najambitniejsze w historii firmy zadanie i być pewnym, że je wykona.

Magiczne okna

Celem było takie uproszczenie obsługi komputera, by mógł to robić każdy. Gates wiedział, że przeciętny użytkownik telewizora czy magnetowidu nie ma pojęcia o zasadach działania tych urządzeń, ale potrafi z nich korzystać. I tak wyobrażał sobie przyszłość pecetów. Efektem pracy kilku tysięcy programistów był system Windows (Okna). Dzięki niemu obsługa komputera osobistego stała się prosta. Wystarczyło naprowadzić myszką kursor na wybraną ikonę, czyli microsoftowe „okno”, i nacisnąć Enter, pozostałe komendy system wykonywał automatycznie. W tym czasie Gates zajmował się już głównie sprawami organizacyjnymi i finansowymi. Robił to perfekcyjnie, dzięki czemu zatrudniająca już 20 tys. pracowników machina działała bardzo sprawnie. Na reklamę systemu Windows 95 przeznaczył sumę 300 mln dol. Firmowymi barwami udekorowano nowojorski Empire State Building, w Anglii logo systemu pojawiło się nawet na murawach stadionów, dziennikarzy zabierano na rejsy łodziami podwodnymi, by pokazać im „Świat bez Okien”.Oficjalną premierę systemu uświetnił występ zespołu The Rolling Stones. Takiej promocji nie sposób było nie zauważyć. O Windows 95 pisały wszystkie gazety. Przed sklepami ustawiały się gigantyczne kolejki. Pieniądze wydane na reklamę zwróciły się w ciągu kilku dni, Gates został najbogatszym człowiekiem świata; w pierwszej dziesiątce krezusów znaleźli się jeszcze dwaj ludzie Microsoftu – Paul Allen (po zdiagnozowaniu raka układu limfatycznego odszedł z koncernu, ale zachował duży pakiet akcji) i Steven Ballmer.

Zatrzymać Microsoft

 

Koncern szedł za ciosem i przejmował kolejne segmenty rynku – edytorów tekstów (Microsoft Word), pakietów biurowych (Office), arkuszy kalkulacyjnych (Excel), programów do prezentacji (Power Point), odtwarzaczy multimediów (Windows Media Player), przeglądarek internetowych (Explorer)i dziesiątki innych. Wydawało się, że nic nie jest w stanie go powstrzymać, ale z jednej strony atakowali go rzecznicy otwartego, niekomercyjnego e-świata, z drugiej – prawnicy i politycy. Pierwsi udostępniali za darmo konkurencyjne produkty, m.in. system operacyjny Linux i przeglądarkę Firefox. Drudzy oskarżyli koncern o nielegalne praktyki monopolistyczne i wnieśli pozew do sądu. Gates pokazał wówczas zupełnie inną twarz. Reporter „The New York Times” policzył, że tylko podczas jednego przesłuchania 14 razy odpowiedział: „Nie pamiętam”, 6 – „Nie przypominam sobie”, 22 – „Nie wiem”. Takim zachowaniem, porównywanym do „niemających o niczym pojęcia” członków mafii, nie zyskał ani sympatii opinii publicznej, ani zrozumienia u sędziego. Na mocy wyroku wydanego 27 sierpnia 1998 Microsoft miał zostać podzielony na mniejsze firmy. Gates nie pogodził się z orzeczeniem – procesował się przez trzy lata i jak zwykle postawił na swoim – wyrok uchylono. Był to jednak jego ostatni wielki sukces w barwach Microsoftu.

Utracona wizja?

Stopniowo odsuwał się od kierowania działalnością koncernu, w 2001 r. zapowiedział rezygnację z funkcji prezesa. Uzasadniał to pragnieniem poświęcenia się filantropii. Jednak zdaniem wielu analityków wycofywał się, by odejść w glorii niepokonanego. „Był najlepszym rozgrywającym w świecie,w którym oprogramowanie sprzedawano w pudełkach z logo Microsoftu. Gdy okazało, że można je dostać za darmo i pojawili się tak agresywni konkurenci jak Google, stracił wizję” – napisał George F. Colony, prezes instytutu badawczego Forrester Research. Gates zbywa takie komentarze wzruszeniem ramion. Ma nową pasję – prowadzą wraz z żoną Melindą fundację. Nie jest to zwykła organizacja charytatywna, lecz potężna instytucja zarządzana jak koncern. Na finansowanie badań naukowych, edukację, walkę z malarią i AIDS wydała już ponad 21 miliardów dol., a dysponuje kapitałem o wiele wyższym. „W naturę każdego człowieka, nawet największego egoisty, wpisane są zasady, które sprawiają, że los innych nie jest mu obojętny. Pomaganie potrzebującym nie daje nic prócz satysfakcji, jaką sprawia oglądanie ich radości. Ale właśnie tego potrzebujemy najbardziej” – mówił Bill Gates 27 czerwca 2008 r. podczas uroczystego pożegnania z Microsoftem.

Jak robić interesy dające duże pieniądze – radzi Bill Gates

1. Wyzyskuj siebie, bądź pracowity. Wymagaj od innych, ale bądź dla nich dobrym i hojnym pracodawcą. Jeśli dobrze zapłacisz, możesz wymagać od pracownika dużo więcej, niż mu zapłaciłeś.

2. Pozwól sobie na rozwój – ucz się, doskonal umiejętności, próbuj, dociekaj. Nie przechodź obojętnie, interesuj się tym, co się wokół ciebie dzieje. Tylko gdy żyjesz bieżącymi sprawami, możesz znaleźć najważniejsze problemy, których rozwiązanie może być twoim sukcesem.

3. Nie poddawaj się obyczajom, zastanemu porządkowi, rutynowej praktyce. Jeśli trzeba ukryć niekonwencjonalne metody twojego działania, zrób to. Lepiej być oryginalnym, niż ulegać presji otoczenia, które takich odmieńców nie lubi.

4. Wymyślaj ciągle coś nowego, ale nie bądź niewolnikiem własnych pomysłów. Albo ciągle weryfikuj swoje najlepsze koncepcje, krytycznie je oceniaj i modyfikuj, albo szukaj ludzi, którzy będą twoim „hamulcem bezpieczeństwa”.

5. Nie bój się wydawać pieniędzy. Nakłady na kadry, reklamę, badania nigdy nie przepadają, kiedyś mogą przynieść zyski. Czy można to zagwarantować? Można. Jak? Patrz wszystkie inne punkty.

6. Jeśli czegoś nie potrafisz, nie musisz o tym mówić głośno. Możesz to kupić od innych i sprzedać z zyskiem.

7. Nie bój się pieniędzy! Nie miej żadnych skrupułów – za to, co zrobiłeś dobrze, należy się zapłata. Wystawiaj rachunki za własne umiejętności