Gdy MDMA jest podawane przez terapeutów posiadających kwalifikacje do pracy z tą substancją, rezultaty są zdumiewająco pozytywne. Osoby uczestniczące w pierwszym szeroko nagłośnionym eksperymencie dotyczącym tego zagadnienia nie tylko cierpiały na zespół stresu pourazowego, ale na dodatek nie pomagały im żadne leki ani terapie. Od wielu lat były psychicznie okaleczone. Po sesji z użyciem MDMA większość z nich była jednak w stanie powrócić do normalnego funkcjonowania. Po części wynikało to z wpływu substancji, a po części z obecności wykwalifikowanych przewodników. Moją uwagę zwróciło także to, że media na całym świecie natychmiast zaczęły w pozytywny sposób relacjonować wyniki wszystkich badań dotyczących MDMA. Artykuły na ten temat ukazały się w bardzo różnych czasopismach – począwszy od „Wall Street Journal”, a skończywszy na „Scottish Sporting News”. Dlaczego tak wiele środków przekazu miałoby interesować się psychodelikami? Z tego rodzaju substancjami eksperymentują przedstawiciele bardzo różnych profesji. Przypuszczam, że wielu dziennikarzy również ma za sobą doświadczenia psychodeliczne, które dużo zmieniły w ich życiu osobistym. Kiedy więc pojawiała się możliwość napisania pozytywnego artykułu na temat badań nad MDMA, z ochotą się tego podjęli.

Prowadzenie tego rodzaju eksperymentów w dalszym ciągu jest niezwykle trudne, ale dotychczasowe wyniki zostały bardzo nagłośnione. Z tego względu można również założyć, że wzrasta liczba ludzi, którzy pomimo ryzyka utraty wolności odczuwają moralny imperatyw prowadzenia psychodelicznej terapii i mają nadzieję, że zostanie ona kiedyś zalegalizowana. Te osoby tworzą coś w rodzaju undergroundu terapeutycznego.

Większość słuchaczy moich wykładów posiada zaskakująco dużą wiedzę na temat psychodelików i chce korzystać z nich w coraz mądrzejszy sposób. Osobiście nie mam wątpliwości co do tego, jak będzie wyglądać przyszłość. W dalszym ciągu będziemy zwiększać legalność, dostępność i przydatność psychodelików – substancja za substancją, kraj za krajem. Bardzo się cieszę, że po czterdziestoletniej przerwie ponownie mogę płynąć na nowej fali zainteresowania tymi substancjami.

Jaki wpływ na pana światopogląd miał sufizm?

- W świat sufizmu wszedłem tylnymi drzwiami. Zetknąłem się z nim wiele lat temu podczas konferencji, która została zorganizowana w przykościelnym ośrodku wczasowym położonym w środkowo-zachodniej części USA i dotyczyła odmiennych stanów świadomości. Nocowaliśmy w pokoikach zapełnionych łóżkami piętrowymi, a po zapadnięciu zmroku leżeliśmy na swoich materacach i prowadziliśmy długie rozmowy. Zachowywaliśmy się jak dzieci, które nie chcą iść spać. Jednym z uczestników tej konferencji był Robert Ornstein, który pewnej nocy przeczytał nam fragmenty prac Idries Shaha. Zainteresowałem się jego twórczością i w jednej z jego książek znalazłem naprawdę niesamowity fragment, którzy przykuł moją uwagę. Shah pisał o bardzo niskim poziomie świadomości, którego doświadczają osoby początkujące. Zacząłem czytać jego książki, a następnie natrafiłem na założone przez niego grupy. W pierwszych latach istnienia Institute of Transpersonal Psychology wraz z Kathleen Speeth prowadziłem zajęcia poświęcone sufizmowi i zdałem sobie sprawę, że pisma związane z tą tradycją duchową mogą skutecznie rozbudzać ludzką świadomość.

W dalszym ciągu lubię opowiadać o tych zagadnieniach – w szczególności o poezji Rumiego. Nie zmienia to jednak faktu, że w bardzo niewielkim stopniu wpłynęły one na mój światopogląd. Rumi jest oczywiście jednym z najwybitniejszych poetów transcendentnych znanych światowi zachodniemu. Czytanie jego dzieł było dla mnie wzbogacające, ale nie pomogło mi doznać zbyt wielu nowych objawień. Po prostu potwierdziło moje własne doświadczenia. Religia islamska nigdy mnie nie pociągała, ponieważ moje podróże psychodeliczne rozbudziły we mnie silne przeświadczenie, że wszystkie duże systemy duchowe zostały stworzone przez ludzi, którzy mieli przeżycia podobne do moich. Zauważyłem, że ezoteryczny islam, chrześcijaństwo, buddyzm i judaizm są do siebie uderzająco podobne, a na dodatek udzielają niemal tych samych wskazówek dotyczących postępowania. Nie jestem wyznawcą sufizmu, ale uważam się za przyjaciela sufich. 

Od ponad pięćdziesięciu lat wydaje się pan być szczęśliwie żonaty. Czy pańskim zdaniem psychodeliki wywarły jakikolwiek wpływ na pana relację z żoną i na sposób, w jaki komunikujecie się ze sobą nawzajem?

- Bardzo podoba mi się to pytanie. Czy psychodeliki miały wpływ na moje małżeństwo, które trwa już ponad pięćdziesiąt lat? Moją żonę Dorothy poznałem przez Kena Keseya, a okoliczności towarzyszące naszemu pierwszemu spotkaniu opisałem w mojej książce Przewodnik psychodelicznego podróżnika. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że nasze osobowości są zaledwie częścią całego niesionego przez nas bagażu życiowego. Decyzja o zawarciu małżeństwa była raczej wynikiem obustronnego wyboru podjętego przez nasze wyższe jaźnie aniżeli ukoronowaniem intensywnego podniecenia i wszystkich cudownych rzeczy, które są z nim związane.