Mikroskopijne skamieniałości zdradziły, co schłodziło planetę po dinozaurach

Zwykle, gdy mówi się o tym, jak Ziemia wyszła z epoki cieplarnianej po wyginięciu dinozaurów, padają te same hasła: spadek CO₂, zmiany w cyrkulacji oceanów, wietrzenie skał. Tyle że od dekad w tej układance brakowało jednego solidnego pokrętła, które potrafiłoby wytłumaczyć, dlaczego w skali dziesiątek milionów lat planeta tak wyraźnie przestawiła się z tropikalnego trybu na świat z czapami lodowymi.
...

Teraz coraz więcej wskazuje na to, że klucz mógł leżeć w czymś zaskakująco prozaicznym – w ilości wapnia rozpuszczonego w oceanach. Nowa rekonstrukcja chemii wód morskich sugeruje, że przez ostatnie 66 milionów lat stężenie wapnia w oceanie spadło o ponad połowę, a to mogło pociągnąć za sobą długoterminowe wysysanie CO₂ z atmosfery i w konsekwencji globalne ochłodzenie.

Wapń jako termostat planety, o którym rzadko myślimy

Wapń w oceanie nie jest tylko składnikiem wody. To jedna z walut, którą rozlicza się cały system węglanowy: to, ile węgla zostaje w wodzie, ile trafia do atmosfery i ile zostaje zakopane w osadach w postaci węglanu wapnia. Kiedy ten układ działa inaczej, klimat może dostawać sygnał nie przez jedną spektakularną katastrofę, tylko przez powolne, konsekwentne przestawianie równowagi.

W badaniu pokazano, że na początku ery kenozoicznej (tuż po dinozaurach) poziom rozpuszczonego wapnia w oceanach mógł być około dwukrotnie wyższy niż dziś. W takim wapniowym świecie ocean miał mieć mniejszą skłonność do długotrwałego magazynowania węgla w wodzie, co sprzyjało wyższemu CO₂ w atmosferze. Gdy wapnia zaczęło ubywać, równowaga mogła przesunąć się w stronę wiązania większej ilości CO₂ i stopniowego chłodzenia klimatu – w modelach nawet rzędu 15–20°C w porównaniu z warunkami cieplarnianymi na starcie kenozoiku.

Ważne jest tu jedno: to nie jest teza, że wapń sam z siebie zrobił epokę lodową. To raczej propozycja, że chemia oceanu była aktywnym elementem układu sterowania klimatem, a nie tylko biernym skutkiem innych procesów. I to zmienia optykę, bo każe traktować ocean jak maszynę, która nie tylko reaguje na CO₂, ale też potrafi go długofalowo regulować.

Mikroskopijne skamieniałości, które przechowują historię oceanu

Najmocniejszą stroną tej pracy jest to, jak zbudowano archiwum dawnej chemii morskiej. Zamiast opierać się na pojedynczych wskaźnikach, naukowcy sięgnęli po skamieniałości otwornic – mikroskopijnych organizmów morskich, których wapienne skorupki potrafią zapisać w swoim składzie chemicznym warunki panujące w wodzie w momencie ich życia.

To trochę jak odczytanie historii klimatu z twardego dysku, który leżał na dnie oceanu przez dziesiątki milionów lat. Z takich próbek da się wyciągać wnioski o zmianach w składzie wód morskich, a następnie zestawiać je z rekonstrukcjami dawnego CO₂ i temperatur. W tej pracy właśnie to zestawienie ma dawać szczególnie wyraźny obraz: zmiany wapnia w oceanie idą w rytmie długoterminowych zmian w atmosferycznym CO₂.

Co istotne, autorzy nie zatrzymują się na korelacji. Dokładają modelowanie obiegu węgla, które ma sprawdzać, czy taki mechanizm w ogóle ma sens fizykochemiczny i czy jest w stanie wygenerować obserwowane trendy. W samym opisie badania pada też uczciwe zastrzeżenie: rekonstrukcja nie przesądza stuprocentowo o kierunku przyczynowości, ale pokazuje, że w realistycznych ramach modelowych wapń mógł być jednym z czynników zdolnych do pociągnięcia CO₂ w dół.

Skąd ten wapń znikał i dlaczego to prowadzi do chłodu?

W tle pojawia się geologiczny metronom: tempo powstawania nowej skorupy oceanicznej. Gdy grzbiety śródoceaniczne pracują szybciej, rośnie strumień procesów wymiany chemicznej między skałami a wodą morską. Kiedy ten silnik zwalnia, zmienia się bilans dopływu i odpływu jonów w oceanie, a w długim horyzoncie może to wpływać na poziom rozpuszczonego wapnia.

W badaniu zwrócono uwagę, że spadek wapnia w oceanach dobrze pokrywa się w czasie ze spowolnieniem rozprzestrzeniania dna oceanicznego. To ciekawy most między głęboką geologią a klimatem: procesy, których nie widać z powierzchni, mogą ustawiać warunki brzegowe dla całego systemu węglowego – powoli, ale konsekwentnie.

Dalej wchodzą organizmy morskie budujące szkielety z węglanu wapnia: plankton, koralowce i wiele innych fabryk osadów. To one w praktyce decydują, ile węgla zostanie zamknięte w skałach osadowych. Jeśli chemia oceanu zmienia to, jak łatwo powstaje i jak skutecznie jest grzebany węglan wapnia, zmienia się też tempo usuwania węgla z obiegu atmosfera–ocean. A to właśnie jest przepis na długoterminowe obniżanie CO₂, bez potrzeby jednej wielkiej katastrofy co kilka milionów lat.

Lodowce Arktyki są wypełnione życiem – trzeba je tylko umieć znaleźć /Fot. Pixabay

Co to robi z klasyczną opowieścią o klimacie kenozoiku?

W popularnej narracji przejście od gorącej Ziemi do świata z lodem na biegunach bywa przedstawiane jako historia o CO₂, wietrzeniu krzemianów i konfiguracji kontynentów. To wszystko nadal jest ważne. Ale ta praca dokłada brakujący wymiar: zmienność składu podstawowych jonów w wodzie morskiej (tzw. chemii głównych jonów), którą zwykle traktowano jako tło.

To jest o tyle atrakcyjne, że pomaga spiąć w jedną ramę różne obserwacje paleoklimatyczne z ostatnich 66 mln lat. Wiemy, że CO₂ w tym okresie generalnie malał, a klimat przechodził od bardzo ciepłych warunków wczesnego kenozoiku do chłodniejszych epok z rozwojem zlodowaceń, w tym m.in. antarktycznego. W samej historii CO₂ w kenozoiku nadal jest sporo rozrzutu i niepewności, ale kierunek trendu jest jasny – i właśnie w taki trend wpisuje się hipoteza o wapniu.

Co ciekawe, to też ostrzeżenie przed zbyt prostą interpretacją oceanu jako gąbki na CO₂, która działa zawsze tak samo. Ocean ma swoje tryby pracy i swoje parametry sterujące. A jeśli jednym z nich jest poziom wapnia (i szerzej: skład głównych jonów), to w skali geologicznej klimat może być wrażliwy na czynniki, które dziś rzadko pojawiają się w codziennych rozmowach o globalnym ociepleniu.

Najmocniej uderza mnie to, jak bardzo nasza intuicja o klimacie jest krótkodystansowa. Patrzymy na dekady, czasem na stulecia. Tymczasem Ziemia ma regulatory, które działają jak wolne pokrętła – i one potrafią przestawiać temperaturę świata bez jednego spektakularnego wydarzenia. Wapń w oceanach brzmi mało filmowo, ale jeśli rzeczywiście wpływał na to, ile CO₂ zostaje na dłużej wyciągnięte z atmosfery, to mówimy o mechanizmie, który pracuje ciszej niż wulkany i wolniej niż epoki lodowe, a mimo to robi robotę.