Jak zwykle na początku lutego grubo ponad setka poubieranych w trykoty śmiałków z całego świata stanęła przed drzwiami słynnego Empire State Building. Na dany sygnał ludzka szarańcza wpadła na klatkę schodową, by ile sił w nogach (i rękach – poręcze!) wbiec na 86. piętro budynku. Między nimi, tak jak w kilku ostatnich latach, wystartowali Tomasz Klisz i Jarosław Kazarowicz. Żaden nasz rodak nie pobił jeszcze rewelacyjnego Paula Crake’a z Australii, który wbiega na nowojorski wieżowiec w dziewięć i pół minuty, ale obaj wspomniani panowie mają już na koncie sukcesy w swoich kategoriach wiekowych, rozsławiając w świecie chwałę polskiego sportu. Sportu?

PUDZIAN RZĄDZI


Polacy mistrzami świata w grillowaniu; Polacy mistrzami w serwisie opon samochodów ciężarowych; Polak mistrzem Europy w grach planszowych; Polak mistrzem świata didżejów; Polak mistrzem mechaników; Polak mistrzem informatyków; Polak najsilniejszy; Polak mistrzem w konkursie wiedzy biznesowej; Polak mistrzem gier komputerowych.... Można odnieść wrażenie, że Polacy grają pierwsze skrzypce we wszelkiej międzynarodowej rywalizacji. Kłopot jednak w tym, że – oprócz boksera Tomasza Adamka, który w grudniu 2008 roku pokonał Steve’a Cunninghama, zdobywając tytuł mistrza świata w wadze juniorciężkiej – trudno na liście ostatnich mistrzów znaleźć przedstawiciela jakiejkolwiek popularnej dyscypliny sportowej.

W latach 70. polscy piłkarze, bokserzy, sprinterzy, siatkarze oraz hokeiści to była potęga. Lato, Szarmach, Szewińska, Woronin, Wszoła, Malinowski – sportowcy najbardziej medialnych, najczęściej oglądanych dyscyplin należeli do światowej czołówki, budząc u rywali słuszny respekt. A 30 lat później? Coraz bardziej zrezygnowani liczymy na Adama Małysza, Otylię Jędrzejczak, Monikę Pyrek, szermierzy, wioślarzy, siatkarzy i siatkarki, a w telewizji często oglądamy Mariusza Pudzianowskiego. O medalowych miejscach w piłce nożnej, koszykówce, hokeju na lodzie czy koronnych konkurencjach lekkoatletycznych od dawna nie ma mowy.

Jak bardzo brakuje nam sukcesów, pokazał kilka lat temu fenomen Roberta Korzeniowskiego. Trzykrotny mistrz świata i czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie długo był gwiazdą mediów, choć jego dyscyplinę można uznać za dość dziwaczną i najmniej naturalną w lekkoatletyce. Gdyby nie sukcesy Korzeniowskiego, pewnie niewiele osób zdawałoby sobie sprawę, że za chodzenie można dostać medal olimpijski.

NA KŁOPOTY RZUT MŁOTKIEM


Tymczasem koło Olsztyna odbyły się już osiemnaste mistrzostwa świata w rzucie młotkiem do telewizora. Na podium stanęli wyłącznie Polacy. Kłopot w tym, że poza garstką zainteresowanych, powiadomionych pocztą pantoflową, nikt w zasadzie o tej imprezie nie wie. Tym bardziej że organizatorzy konsekwentnie nie wpuszczają do siebie telewizji, nie ma więc co liczyć na zainteresowanie sponsorów.

Podobnie jest z rozgrywanymi od 1996 roku w Krotoszynie mistrzostwami świata w rzucie beretem. Dyscyplina nie jest zbyt popularna na świecie i nie w każdym kraju beret ma takie konotacje jak u nas – chyba tylko w języku polskim rzut beretem funkcjonuje jako miara odległości (Wąchock leży trzy rzuty beretem od Starachowic). Pewnie mało kto zdaje sobie sprawę z istnienia Polskiego Związku Sportu Psich Zaprzęgów. A właśnie w wyścigach zaprzęgów – zresztą w odmianie bezśnieżnej – nie mamy sobie równych. W zawodach startują zapaleńcy, dla których medialność nie ma żadnego znaczenia.

Czy zwycięskie laury zdobywamy dlatego, że jesteśmy gospodarzami konkursów – tylko z nazwy międzynarodowych – o których niemal nikt nie wie? Czy sekret zwycięstw tkwi nie tyle w nadzwyczajnych zdolnościach narodu, ile wyobraźni w wymyślaniu kolejnych absurdalnych dyscyplin?

Zdaniem profesora Zbigniewa Dziubińskiego z Katedry Nauk Społecznych warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, nie do końca tak jest. Za wizerunek Polaka „sportowca dziwaka” odpowiada kontrastujący brak tradycyjnych sukcesów. – Wydaje się, że brak autentycznych sukcesów, czyli w dyscyplinach mających wyższą pozycję społeczną, powoduje, że te „drugorzędne” sukcesy przebijają się jako znaczące, a następnie stają się elementem naszej świadomości. Eksponujemy i gloryfikujemy to, co w innych okolicznościach nie miałoby żadnego znaczenia.

DYZMOWIE POLSKIEJ PIŁKI

 


Zresztą z tego samego powodu dopatrujemy się sukcesów tam, gdzie w rzeczywistości ich nie ma, czego przykładem jest królowa wszelkiej rywalizacji – piłka nożna. Sytuacja w naszej piłce jest bowiem jeszcze gorsza, niż się wydaje. W styczniu polska drużyna zajmowała 34. miejsce w rankingu FIFA. Biorąc pod uwagę nasze tradycje, popularność piłki i liczbę mieszkańców – jest to pozycja skandalicznie niska. Za nami w rankingu nie ma już żadnego kraju z tradycjami piłkarskimi o porównywalnej liczbie mieszkańców. Można powiedzieć, że (wśród tych, którzy się liczą) jesteśmy po prostu najgorsi.

Rok temu media triumfalnie trąbiły o pierwszym w historii awansie naszych piłkarzy do mistrzostw Europy. Prawda jednak jest bardziej skomplikowana. W tej chwili w imprezie gra aż 16 drużyn – tyle, ile kiedyś w mistrzostwach świata. Aż do 1976 roku trudno było mówić o mistrzostwach. W turnieju finałowym grały ledwie cztery najlepsze drużyny, a wcześniejsze szczeble rywalizacji należały do eliminacji rozgrywanych na zasadzie mecz u nas/mecz na wyjeździe. W 1976 roku polska drużyna nie zakwalifikowała się do turnieju, ale statystycznie zajęła w eliminacjach dziesiąte miejsce w swojej grupie, wyprzedzając Włochów po przegranej z Holandią tylko nieznaczną różnicą bramek. Teraz, gdy o awans jest bez porównania łatwiej, polska drużyna nie wychodzi z grupy i też nie kwalifikuje się do pierwszej ósemki, ale w znacznie gorszym stylu.

To samo dotyczy mundialu – niby pojechaliśmy na dwa ostatnie, ale też nie wyszliśmy z grupy, a zatem nie awansowaliśmy do pierwszej szesnastki. Znacznie lepiej nam szło w czasach, gdy w całej imprezie grało właśnie szesnaście drużyn. Niemal wszyscy nasi piłkarze byli klasyfikowani przez fachową prasę zagraniczną w pierwszej trójce czy piątce najlepszych graczy na danej pozycji, a piąte miejsce w 1978 roku w Argentynie uznano za sromotną porażkę. Przy czym sport tamtych czasów kojarzy nam się dużo bardziej ze spontanicznością, romantyczną wiarą, ułańską fantazją niż z zawodowstwem i wielkimi pieniędzmi.

– Wtedy sport nie był jeszcze przemysłem – opowiada nasz słynny bramkarz Jan Tomaszewski. – Piłkarze, bokserzy, lekkoatleci czy żużlowcy dorównywali wtedy Zachodowi, bo możliwości były praktycznie równe. Decydował talent, spontaniczność, mieliśmy motywację, bo mogliśmy wyjeżdżać za granicę. A kiedy zauważono, że sport przynosi ogromne zyski, stworzono przemysł sportowy, który na siebie zarabia. Na Zachodzie zajęli się tym fachowcy, tylko u nas pozostali działacze z teczek, Dyzmowie polskiego sportu, bez pojęcia o marketingu; ludzie, którzy niewiele wiedzą o zawodowym sporcie. Większość nie była nawet w szatni zawodowego zespołu, bez względu na dyscyplinę – tłumaczy Jan Tomaszewski.

HOMO TRANSGREDITUS


Wygląda na to, że gdy startujemy z tego samego poziomu co zagraniczni konkurenci, dobrze sobie radzimy. W konkursie Toyoty to mechanik z Polski okazał się najlepszy, bo poziom szkolenia wewnątrz jednej firmy z założenia musi być zbliżony, niezależnie od rynku. Wygrywamy tam, gdzie decyduje przede wszystkim talent – jak np. w mistrzostwach didżejów albo gier komputerowych.

Uderza jednak zamiłowanie do wynajdywania kuriozalnych rodzajów rywalizacji. To, zdaniem socjologów, wynik zmian w sferze kultury i sposobu spędzania wolnego czasu. – Współczesna kultura uchyla się od banalnego pytania „jak żyć?” na rzecz refleksji „jak przeżyć?” – mówi dr Mariusz Gwozda z Instytutu Socjologii lubelskiego UMCS. – Wynika to przede wszystkim z przyspieszenia tempa naszego życia po 1989 roku. Narzekamy na ostry deficyt wolnego czasu. Prawdopodobnie z tego powodu większego znaczenia nabiera jakość i intensywność jego spędzania. Przewidywalność i powtarzalność stały się czymś w rodzaju grzechu ciężkiego. Koniecznością stała się zmiana paradygmatu na: „dalej, wyżej, szybciej, ciekawiej, oryginalniej”. W takiej atmosferze kształtuje się nowy typ człowieka, tzw. homo transgreditus, czyli człowiek przekraczający granice. Sięgający po to, co dotychczas wydawało się nieosiągalne, a nawet niegodne – tłumaczy Mariusz Gwozda. Stąd, jego zdaniem, biorą się liczne pomysły „niesportowe”. W końcu rzut młotkiem do telewizora ma więcej wspólnego z artystycznym performance’em niż normalnym sportem. – Kierunki wytycza nie tylko księga Guinnessa czy media, choćby przez upowszechnianie szaleństw w stylu Jakcass, ale i chęć zrzucenia z siebie ciężaru anonimowości i nudy. Ci, którym nie starcza umiejętności, samozaparcia, talentu na rywalizację w sporcie kwalifikowanym, poszukują niszy w postaci sportów nietypowych – jak rzut beretem, bieg po błocie czy plucie pestkami.

– My, Polacy, jesteśmy bardzo zdolni, ambitni, spontaniczni i, walcząc tymi cechami, wygrywamy, ale jeśli dojdzie menedżer, przemysł, a za rekordy będzie się płacić milion dolarów, to koniec. Bo my jesteśmy w piaskownicy, co widać po rozmiarze korupcji w PZPN – dodaje Jan Tomaszewski.

Ale nie tylko pieniądze źle działają na polskie morale sportowe. Mariusz Gwozda w jednym z wywiadów zwracał uwagę na nasz potężny piłkarski kompleks o nazwie Niemcy. Socjolog zauważa, że może tu być winna historia. Wszak od najmłodszych lat uczymy się, że Niemcy są źli, ale silni i spuszczają nam manto zdecydowanie częściej niż my im. Jeden Grunwald sprzed 600 lat nie wystarczy za wspomnienie zaborów, kampanii wrześniowej i przewagi mercedesa nad syrenką. Piłkarska reprezentacja Niemiec, a wcześniej RFN, jest jedyną drużyną światowego formatu, z którą nigdy nie wygraliśmy meczu (z NRD, czyli z „dobrymi” Niemcami, nie mieliśmy podobnych problemów). Przypuszczenie o istnieniu swoistego niemieckiego hamulca tkwiącego w psychice naszych piłkarzy nie jest chyba pozbawione podstaw. Z drugiej strony niewykluczone, że z podobnych niemierzalnych przyczyn udawało się nam w istotnych momentach wygrać z ZSRR (czy raczej: dokopać Sowietom).

Póki kiepsko nam idzie w piłce i w biegu na sto metrów, jesteśmy skazani na popularność dziwnych sportów. – Decydujemy się na banał, byleby dobrze nagłośniony i opakowany – mówi Mariusz Gwozda. – Przecież w razie ośmieszenia zawsze można wytłumaczyć, że to był tylko żart.