Chodziłam na zajęcia do wybitnego badacza historii getta warszawskiego dr. Jacka Leociaka. To właśnie on zwracał uwagę na możliwość pozyskania informacji dzięki „innemu” czytaniu źródeł. Ponieważ zajmuję się również dziennikarstwem, zasugerował, abym przyjrzała się prasie wychodzącej w getcie. W ten sposób zaczęłam studiować „Gazetę Żydowską”, tygodnik wydawany od 23 lipca 1940 do 30 sierpnia 1942 roku, najpierw w Krakowie, a potem w Warszawie. „Gazeta” miała tak zwany „dział informacji ogólnej”, gdzie opisywano sytuację polityczną, militarną, relacjonowano zarządzenia okupanta, zamieszczano komunikaty gminy, informacje bieżące i lokalne, publicystykę, felieton i reportaż.

Dział ten, stanowiący główną oś tygodnika, był najbardziej „zainfekowany” propagandą, strategicznymi kłamstwami i manipulacją dezinformacyjną. Głównym przedmiotem zainteresowań była działalność Gminy Żydowskiej. Gazeta, mogąca uchodzić za nieoficjalny organ Judenratów, starała się przedstawić tę działalność w świetle pozytywnym. Ale były także działy, w których autorzy mogli sobie pozwolić na więcej swobody w posługiwaniu się słowem i na zamieszczanie informacji, które faktycznie próbowały stać się uczciwym komentarzem do życia w gettach Guberni czy też próbą podtrzymania na duchu mieszkańców.

Przeglądając kolejne numery, natknęłam się na rubrykę „Poradnik gospodyni”, która była stylizowana na porady z „Przyjaciółki” czy „Ewy”, przedwojennych pism dla kobiet. Rubryka filuterna, lekka w tonie, ale też bardzo precyzyjna i praktyczna – traktowała o tym, jak prowadzić dom w trudnych czasach. Trochę o kuchni, trochę o modzie właśnie, o prowadzeniu domu. O tym, jak się w tym piekle po prostu nie dać. Mnie zainteresowały rady na temat pielęgnacji wyglądu zewnętrznego i dbania o ubiór. Jak informuje jeden z pierwszych odcinków: „Choćby wojna trwała ze 100 lat, choćby świat został przewrócony do góry nogami – nic nie zmieni »lepszej połowy ludzkości« – kobiet.

My, płoche istoty nie zważamy nigdy na wypadki odbywające się na szerokim świecie, a jesteśmy o wiele bardziej zainteresowane, jaką suknię nosiła Hela na herbatce u pani Zosi i czy w kolorze rdzawym będzie nam do twarzy. Nawet dziś, kiedy warunki zmuszają nas do odmawiania sobie nawet najbardziej koniecznych rzeczy – krawcowe i krawcy damscy nie mogą sobie dać rady z nawałem pracy. Wojna wojną, a kaprysy Pani Mody trwają nadal”.

Wojna jest bagatelizowana jako nieistotny epizod w historii mody. Kobiety dawały odpór chaosowi i cierpieniom wojny swoją „kobiecą próżnością”. Język używany w rubryce nie dyskryminuje kobiet – wręcz przeciwnie, jak pisał Roland Barthes – język mody ma ochraniać kobiety, zabierać je w krainę baśni. Żydówki nie oddawały się jednak pustym marzeniom. Realnie szyły, cerowały, łatały, naprawiały ubrania, żeby dalej „jakoś wyglądać”. Rubryka podpowiadała, jak łączyć kolory i materiały, aby to do siebie pasowało i było w dobrym guście. Jak z filcu wycinać kwiatki i naklejać na chodaki. Jak uszyć suknię z płaszcza. Jak doszywać łatki, aby stare ubranie nadal było w dobrym tonie. Autorką rubryki była prawdopodobnie kobieta ukrywająca się pod pseudonimem Ina. Na razie nie wiadomo, kim była. Porady  prowadzono w tonie uspokajającym – pełny profesjonalizm. Główny komunikat sugerował, że nasz kobiecy kaprys jest ważniejszy niż to, co dzieje się dookoła. Autor tego poradnika był – jak byśmy dziś powiedzieli – krytykiem mody getta.

 Dbanie o modny wygląd w getcie – to brzmi szokująco. Jak można dbać o wygląd, gdy dookoła ludzie umierają z głodu?

Właśnie dlatego trzeba dbać o wygląd. Nie zapominać, że nawet w najmroczniejszy czas zawsze musimy dbać o „bycie sobą”, nie „odpuszczać sobie”. Ta rubryka nie wprowadza kobiet w stan jakiegoś fałszywego samozadowolenia. Nie jest czarodziejską różdżką, która skłaniać ma do radosnego przyjmowania codzienności za dobrą monetę i biernego pogodzenia się. Wręcz przeciwnie: autor tej rubryki namawiał do kultywowania rytuałów codzienności, bo to pozwalało łatwiej przeżyć w piekle. Ja to nazywam prowadzeniem kobiecej partyzantki.

Czy dbanie o własny wygląd można zaklasyfikować jako rodzaj ruchu oporu?

- Uważam, że tak. Bo stereotyp jest taki: to mężczyzna walczy, dokonuje heroicznych czynów w imię idei, co wszyscy widzą i potrafią docenić. Kobieta zaś znajduje się w cieniu, w tle, robi to, czego nie widać i co jest „nieważne”. Uważam, że pora  inaczej spojrzeć na rolę kobiet w okresie wojny, zrehabilitować modele kobiecych zachowań i stworzyć język, którym byśmy to opisali. Moim zdaniem te codzienne czynności kobiet, czyli walka o jedzenie w okresie permanentnego niedoboru, prace krawieckie czy robienie sobie burakiem kolorów na policzkach są tak samo ważne jak męskie „strzelanie”. Nie tylko patriotyczny czyn i martyrologiczny heroizm nadaje się na pomniki. Ważny jest również cykl codziennych rytuałów, które pozwalają przeżyć, nie załamać się. To one sprawiają, że mamy motywację do działania, również do tego z bronią w ręku.

Kobieta zadbana i świadoma swojej kobiecości daje jasny komunikat: nie jestem niewolnikiem, nie jestem zwierzęciem prowadzonym na rzeź, nie jestem tym „czymś”, za „co” biorą mnie Niemcy. Jestem człowiekiem, jestem jednostką i to jest forma mojego oporu.

W czyich wspomnieniach znalazła pani świadectwa istnienia mody?

Tego jest naprawdę mnóstwo, żeby przywołać kilka: Janina Bauman „Zima o poranku, opowieść dziewczynki z warszawskiego getta”, Alina Margolis „Tego, co mówili, nie powtórzę”, Mary Berg „Dziennik z getta warszawskiego”.

Poza tym we wszystkich wspomnieniach są fragmenty poświęcone tej sferze życia, którą zwykle się pomija – sferze tła, codzienności, którą wszyscy dzielimy ze sobą jako ludzie, z którą możemy empatyzować. Wiele jej jest zwłaszcza we wspomnieniach ówczesnych nastolatek, dziewcząt, które stawały się kobietami i fascynował je ten proces. Janina Bauman zapisała na przykład taką anegdotę. Błagała mamę, aby ta dała jej swoją szarą sukienkę, ponieważ uważała, że właśnie w niej będzie wyglądała wystarczająco kobieco.