Ulepszona genetycznie jałówka rasy Holstein przyszła na świat w wyniku eksperymentu przeprowadzonego na Uniwersytecie Mongolii Wewnętrznej. Ma wszczepione (na etapie zarodka) geny mikroorganizów zwanych archebakteriami. Powodują one rozkład laktozy – głównego typu cukru zawartego w mleku – na inne cukry, łatwiej przyswajane przez ludzki organizm. Wiosną chińska superkrowa skończy dwa lata i zacznie dawać biały pożywny napój.

Czytaj także: GMO TO NIE ZŁO

Zgodnie z planem będzie się on mocno różnił od tego, który na co dzień pijemy. Bowiem cel, do jakiego dążą uczeni, to hipoalergiczne, bezlaktozowe łaciate i jego przetwory, zdatne do spożycia przez tych, którzy dotąd ich nie tolerowali. A takich osób jest w Chinach sporo. Według szacunków nietolerancję laktozy wykazuje dziś nawet 90 proc. Azjatów. Nowe mleko ma być dostępne w sprzedaży za 5–10 lat. Jałówka rodem z uniwersyteckiego laboratorium to tylko jeden z przykładów supertrzody, nad którą pracują Chińczycy.

Państwo Środka wyrasta obecnie na lidera w badaniach nad genetycznymi modyfikacjami zwierząt hodowlanych. Z danych Chińskiego Uniwersytetu Rolniczego (CAU) wynika, że między 2008 a 2012 r. Chiny przeznaczyły blisko 800 mln dol. na opracowanie nowych typów organizmów GMO. – Mają pieniądze i motywację, ale wiele projektów ściągają po prostu z Zachodu – zastrzega Núria Vàzquez- Salat, biolog z King's College w Londynie. – Są w tym bardzo dobrzy. Europejscy uczeni nieraz dziwili się, jak szybko, w ciągu 3–4 lat, ich osiągnięcia replikowano w Chinach.

Dziś, jak podaje CAU, Pekin prowadzi prace nad co najmniej 20 rodzajami modyfikowanego genetycznie inwentarza. Są to m.in. wspomniane już krowy, owce, których mięso i mleko obfituje w kwasy tłuszczowe omega-3, czy turbokarpie rosnące jak na drożdżach. Co ciekawe, hodowla nowych odmian organizmów zmodyfikowanych genetycznie jest także kwestią wielkiej polityki. Znalazła się w grupie 16 tzw. megaprojektów, na których opiera się zakrojony na wielką skalę program rozwoju nauki i techniki Chin. Do 2050 r. ma on uczynić z Państwa Środka technologiczną potęgę.

Warany na talerzu

Na razie, według danych Business Monitor International, ulubionym mięsem Chińczyków jest wieprzowina. W ich żołądkach znika połowa jej światowej produkcji. Chińczycy są jednak znani z dość dziwacznych upodobań kulinarnych – dlatego zapewne nie obawiają się dań sporządzonych z laboratoryjnie udziwnionych zwierząt. W chińskim tradycyjnym menu znajdziemy przecież takie osobliwości jak gonady jeżowców, kulistych i kolczastych zwierząt morskich, końskie czy psie penisy (ponoć dobre na libido), podawane w słynnej restauracji Guo Li Zhuang w Pekinie, albo cykady – średniej wielkości pluskwiaki wydające charakterystyczny dźwięk. W garnkach lądują nawet gatunki zagrożone, jak warany (duże jaszczurki) czy pangoliny (pazurzaste, pokryte łuskami stwory).

„Smok, tygrys, feniks” (Long hu feng) to z kolei przysmak mieszkańców prowincji Guangdong, czyli potrawka z węża, kota i kurczaka. Według Núrii Vàzquez-Salat Azjaci są znani z takiego utylitarnego podejścia do świata zwierząt: – Oni naprawdę wierzą, że inne gatunki istnieją wyłącznie dla naszej korzyści – podsumowuje biolog z King's College w Londynie. Nic więc dziwnego, że Chińczycy entuzjastycznie odnoszą się do możliwości, jakie stwarza współczesna nauka.

– Za pomocą inżynierii genetycznej mogę zmienić fenotyp docelowego zwierzęcia w sposób nieosiągalny dla innych technik – przekonuje Ma Runlin z Chińskiej Akademii Nauk, pracujący nad owcami wzbogaconymi o kwasy omega- 3. Takie eksperymenty kuszą zresztą nie tylko Chińczyków.

– Zastosowanie procesu transgenezy pozwala przeprowadzić modyfikacje genetyczne zwierząt hodowlanych tak, aby ich mięso czy mleko stało się źródłem dodatkowych, pożądanych składników naszej diety – przyznaje dr Jacek Jura z Instytutu Zootechniki Państwowego Instytutu Badawczego w Krakowie. Ponieważ da się dziś powiązać konkretną cechę z konkretnym genem, można też znacznie szybciej, niż pozwala na to klasyczne krzyżowanie gatunków, tworzyć organizmy o wybranej charakterystyce: mniej cholesterolu w mięsie, mniej uczulającej β-laktoglobuliny w mleku, inny skład kwasów tłuszczowych w jednym i drugim.

 

Genetyczne przetwory

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że genetyczna inżynieria przyniesie Chińczykom same korzyści. Produkt udoju superkrów ma być alternatywą dla karmienia piersią. Ma być również podawany małym dzieciom zamiast uboższych mlecznych substytutów. Innymi słowy, chodzi o picie mleka, które jest co prawda krowie, ale właściwościami nie odbiega od mleka matki, bo wzbogacono je o ludzkie białko zwane lizozymem (hLZ). Choć lizozym znajduje się w mleku wszystkich ssaków, pokarm produkowany przez człowieka zawiera go nawet do 3 tys. razy więcej niż ten zwierzęcy. hLZ pomaga chronić dzieci przed infekcjami bakteryjnymi we wczesnym stadium życia. Gotowy produkt zawierający lizozym – w postaci sproszkowanej – Chińczycy planują wprowadzić do obrotu w ciągu następnej dekady.

Niektóre badania wskazują, że mógłby przyczynić się do wzrostu wyleczalności chorób biegunkowych wywoływanych głównie przez bakterie E. coli. Choroby te są rocznie przyczyną śmierci ponad miliona dzieci. Zmodyfikowane mięso to także potencjalna przysługa wyświadczona środowisku. Hodowlane bydło i trzodę da się np. wyposażyć w enzym zwiększający strawność pokarmu i zmniejszający ilość wydalanego fosforu, zanieczyszczającego wodę. Modyfikacje mogą wreszcie przysłużyć się samym zwierzętom, uodporniając je na określone choroby, a co za tym idzie, zapobiec przenoszeniu tych chorób na ludzi.

– Nie ma fundamentalnego powodu, dla którego zmodyfikowane zwierzęta, np. kury, miałyby szkodzić ludzkiemu zdrowiu. Przeciwnie, mogą je chronić, jeśli same nie będą zapadać na ptasią grypę – mówi Louis-Marie Houdebine, genetyk z francuskiego Narodowego Instytutu Badań Rolniczych (INRA).

Nie brakuje jednak badaczy, według których zmodyfikowana genetycznie trzoda stanowi zagrożenie. Helen Wallace, dyrektor brytyjskiej organizacji Genewatch, monitorującej działania w zakresie GMO na świecie, jest sceptyczna: – Odporność na choroby stwarza obawy o to, czy zakażone, ale niewykazujące objawów schorzenia zwierzęta, nie staną się rezerwuarem wirusów i czy wirusy te nie zyskają na zjadliwości.

Niebezpieczne mogą być same manipulacje genetyczne. W Chinach urodziły się 42 krowy dające ludzkie mleko, ale przeżyło tylko 26, z czego dziesięć padło tuż po urodzeniu na infekcje układu pokarmowego. Jeszcze mniejszą przeżywalność miały świnie, którym ponad 10 lat temu wszczepiono w Japonii gen szpinaku, by miały zdrowsze mięso (projekt nie wyszedł poza laboratorium) – wynosiła ona 1 proc. Holenderski Ośrodek Badawczy Wageningen co roku publikuje raport na temat zwierząt GMO. W tym opublikowanym w zeszłym roku (2013 RED) znalazł się m.in. przykład transgenicznego łososia, u którego wystąpiły morfologiczne anomalie. Efektem zastosowania genów hormonu wzrostu były deformacje czaszki, szczęk czy pokrywy skrzelowej, a w rezultacie większa śmiertelność hodowlanej ryby.

– Efektywność, bez względu na rodzaj zastosowanej technologii, jest nadal rzeczywiście niewspółmiernie niska w porównaniu z nakładami pracy i kosztami – przyznaje dr Jacek Jura.

Więcej niż miska ryżu

Genetyczna modyfikacja zwierząt hodowanych na mięso na nowo rozpala również dyskusję na temat bezpieczeństwa GMO, które dotyczy przecież dużych i skomplikowanych organizmów.

We wrześniu chiński wiceminister rolnictwa Niu Dun zapowiedział opracowanie standardów prowadzenia takich eksperymentów. Własne wytyczne dla firm i instytucji w kwestii oceny ryzyka hodowli zwierząt GMO ma już od tego roku Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), który zaleca, by każdy przypadek rozpatrywać indywidualnie, w zależności od typu zwierzęcia, jego pożądanych cech i celu, jakiemu ma służyć.

W Chinach ten cel jest oczywisty. Najnowszy raport Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) pokazuje, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat konsumpcja mięsa w Państwie Środka wzrosła czterokrotnie. Chińczycy bogacą się i zmieniają przy tym swoje nawyki żywieniowe: popyt na białko zwierzęce rośnie wraz ze wzrostem jakości życia. Produkcja żywca jest dziś najszybciej rozwijającą się gałęzią chińskiego rolnictwa. Roczna produkcja mięsa wynosi ponad 81 mln ton, czyli więcej niż 65 proc. wszystkich udek, kotletów czy kiełbas wytwarzanych na kontynencie azjatyckim.

Szacunki CAU mówią, że zapotrzebowanie Azjatów na mięso, jajka i mleko będzie w skali roku rosło do 3,5 razy szybciej niż w przypadku reszty świata. Władze chińskie zakładają, że w ciągu najbliższych 5–10 lat popyt na produkty zwierzęce może zostać zaspokojony pod warunkiem zastosowania nowych technologii w sektorze rolniczym. Chodzi nie tylko o rzucenie na stoły więcej jedzenia, ale też o uczynienie go tańszym i zdrowszym, bo choroby cywilizacyjne coraz mocniej dają się Chińczykom we znaki. Otyłość w niektórych rejonach kraju dotyczy 20 proc. mieszkańców, a ponad 11 proc. (to więcej niż w USA) dokucza cukrzyca.

Na razie, jak mówi Ma Runlin z Chińskiej Akademii Nauk, nigdzie na świecie nie można kupić żadnego produktu żywnościowego, który pochodziłby od genetycznie zmodyfikowanego zwierzęcia. Choć wysiłki na rzecz stworzenia takiego produktu podejmowane są na różnych szerokościach geograficznych, to właśnie w Państwie Środka ma on szansę pojawić się najwcześniej.

 

Zachód nie chce GMO

Być może wkrótce chińscy smakosze będą mogli raczyć się nową wołowiną własnej produkcji. Ma ona być równie delikatna jak ta pochodząca od najcenniejszych na świecie japońskich krów Wagyu (cena za kg: 2500 zł), a przy tym znacznie tańsza. Jak to możliwe? Dzięki wyposażaniu cieląt w dodatkowy gen odpowiedzialny za produkcję białka wiążącego kwasy tłuszczowe. Tworzy ono liczne, cienkie pasemka tłuszczu pomiędzy mięśniami, a w rezultacie zwiększa jego ilość w mięsie. Autorzy projektu z Pekińskiego Uniwersytetu Rolniczego (BUA) podkreślają, że ma to kluczowe znaczenie dla jakości wołowiny. Osiąga ona w ten sposób tzw. marmurkowatość, czyli widoczne po nacięciu wysycenie mięśnia tłuszczem, a to decyduje o kruchości i soczystości steków.

Chińczycy nie mają – w porównaniu z innymi nacjami – dużych oporów przed smakołykami GMO. Według danych Ośrodka Badawczego Wageningen za jedzeniem modyfikowanej żywności jest tam 46-67 procent respondentów. Zupełnie inaczej wygląda to Piotr Ślusarski w Europie, gdzie droga udoskonalonych zwierząt gospodarskich z laboratoriów na obiadowe talerze jest kręta. – Jeśli porównać zachodni i wschodni stosunek do natury, to przy Chińczykach wychodzimy na hipisów – mówi Núria Vàzquez-Salat.

Z najnowszych badań brytyjskich na temat poziomu akceptacji Europejczyków dla mięsa i nabiału GMO wynika, że aby nas do nich przekonać, trzeba spełnić kilka warunków. – Po pierwsze dać jasną korzyść przewyższającą ryzyko – np. bydło, które nie zachoruje na BSE. Po drugie na każdym etapie rozwoju pilnować kwestii etycznych. Po trzecie wdrożyć przejrzyste zasady chroniące zwierzęta, ludzi i ich otoczenie. Po czwarte zaoferować alternatywę wolną od GMO – wylicza Lynn Frewer z Uniwersytetu w Newcastle, koordynatorka badań, pokazujących jaką rolę odgrywają u nas świadomi konsumenci.

Chiny z kolei wciąż nie mają dojrzałych ruchów konsumenckich. Pamięć powszechnego głodu jest tam ciągle żywa – niedobory żywności zlikwidowano dopiero pod koniec XX w. Nic więc dziwnego, że podobnie jak w wielu innych dziedzinach, także w GMO Chiny staną się prawdziwą potęgą. Albo – jak wolą przeciwnicy manipulacji genetycznych w żywności – imperium mutantów.

WARTO WIEDZIEĆ:

ENVIROPIG { KANADA }

Na Zachodzie niełatwo jest prowadzić eksperymenty z trzodą hodowlaną, nawet tak przyjazną dla środowiska jak kanadyjska świnka - Enviropig. Mieszkańcy Zachodu obawiają się żywności GMO. Pierwsza Enviropig narodziła się w 1999 r. i od tego czasu wniosek do Health Canada o możliwość handlu ekowieprzowiną nie doczekał się rozpatrzenia. Tymczasem w śliniankach Enviropig gromadzi się fitaza – enzym umożliwiający lepsze trawienie fosforu występującego w paszach i zmniejszający jego wydalanie o 2/3, co zapobiega np. zakwitowi glonów w zbiornikach wodnych i śnięciu ryb wskutek niedoboru tlenu. Niechęć Kanadyjczyków wykorzystali Chińczycy, którzy rozpoczęli już import kanadyjskich świń do własnych testów. Wyhodowanie zwierząt, które nie zanieczyszczałyby środowiska fosforem, miałoby sens, bo według NBS, chińskiego GUS-u, na farmach najludniejszego państwa świata żyje 700-milionowe stado świń.

AQUADVANTAGE { USA }

Amerykanie już w 1989 r. wyhodowali szybko rosnącego łososia AquAdvantage: osiąga rozmiary typowe dla swojego gatunku w półtora roku zamiast w trzy lata. Tej transgenicznej rybie wprowadzono „pożyczoną” od czawyczy (odmiana łososia pacyficznego) dodatkową kopię genu kodującego hormon wzrostu oraz „włącznik” genu białka przeciwzamarzaniowego – AFP – z węgorzycy amerykańskiej. Dzięki temu u AquAdvantage hormon ten produkowany jest cały rok, a nie jak u zwykłego łososia – tylko latem.

Dziś, 18 lat po wpłynięciu wniosku do amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) o zezwolenie na wejście z nową rybą na rynek, wciąż nie ma decyzji urzędu w tej sprawie, mimo jego wstępnego stanowiska, że produkty z Aqu- Advantage są równie bezpieczne jak te ze „zwykłego” łososia atlantyckiego.

Batalia, która pochłonęła już 60 mln dolarów i doprowadziła wnioskodawców na skraj bankructwa, nie kończy się na poziomie urzędniczym. Na początku tego roku organizacja aktywistów internetowych Avaaz zebrała blisko milion podpisów pod petycją do FDA („Powstrzymaj atak ryby-Frankensteina”) o niedopuszczenie AquAdvantage do obrotu. A gdyby ją jednak dopuszczono, niektóre sieci sklepów – jak Whole Foods czy Trader Joe's – już zapowiedziały, że nie będą jej sprzedawać.