Niektórych zadeptano słoniami, innych rozdarto na kawałki galerami, kolejnych pogrzebano żywcem. Tak Turcy karali piratów, którzy atakowali Stambuł. A właściwie… Kozaków złapanych w bitwie morskiej! Była to zemsta sułtana Osmana II za to, że w kwietniu 1620 r. „widząc ognie od pożarów z okien pałacu, omalże ze strachu nie umarł”. Tureckiemu władcy pod nosem palono jego ziemię, najbliższą okolicę stolicy jego imperium, a on był bezradny! Nic więc dziwnego, że gdy strach minął, Osman II tak się rozjuszył, że każdego pojmanego Kozaka traktował jak wściekłego psa.

Na Stambuł!

Pierwsze dekady XVII w. to fascynujący okres w dziejach Polski. To złoty okres husarii, która szarżami rozbijała wielokrotnie liczniejszych nieprzyjaciół („FH” nr 3/2011). To rakiety, które siały strach i zniszczenie na polach bitew („FH” nr 11/2011). To także polska załoga na moskiewskim Kremlu (lata 1610–1612), rosyjski car składający hołd polskiemu królowi (1611), polski królewicz obrany carem Rosji (1610) i gigantyczna bitwa pod Chocimiem (1621), która swoją skalą przerosła wszystko, co do tej pory widziano w Rzeczypospolitej. To w końcu olbrzymie wyprawy łupieżcze poddanych sułtana (Tatarów) na ziemie koronne i poddanych króla polskiego (Kozaków) na ziemie sułtana. Najazdy angażujące po kilkadziesiąt tysięcy ludzi! 

Wyprawy Kozaków docierały do wszystkich ważniejszych portów nad brzegami Morza Czarnego. Już to samo mogło przyprawić kolejnych sułtanów o ból głowy. Prawdziwą jednak porażką Turków było dopuszczenie nieprzyjaciela do najbliższych  okolic Stambułu. Najcięższe najazdy przyniósł mieszkańcom stolicy ówczesnego supermocarstwa rok 1624. Atak z 9 lipca tak opisał angielski dyplomata Thomas Roe: „Między 70 a 80 łodzi Kozaków, z 50 ludźmi w każdej z nich, wioślarzy i żołnierzy, korzystając z okazji, że Kapitan basza był zajęty w Tatarstanie [na Krymie], o samym świcie wpłynęło do Bosforu [cieśnina łącząca Morze Czarne z morzem Marmara; nad nią leży Stambuł], gdzie rozproszywszy się, złupiły i spaliły wszystkie niemal okoliczne wsie i rezydencje, po obu stronach rzeki [cieśniny], tak daleko jak [stoją] zamki, w obrębie 4 mil od tego miasta [Stambułu]. Główniejszymi [zrabowanymi] miejscami były: Baiukdery [Büyükdere] i Jenichoie [Yeniköy] na greckim [europejskim] i Stenia [Istinye] na azjatyckim wybrzeżu, gdzie wziąwszy wielkie i kosztowne łupy, pozostały [na Bosforze] do 9 przed południem”.

SAMI PRZECIW  „STRASZLIWEMU MIASTU” 

Roe opisuje trwogę w całym mieście: „Sułtan udał się na brzeg morza, a kajmakan [namiestnik wezyra] do portu. Halil basza uczynił się generałem w tym tumulcie. A nie mając nawet jednej galery gotowej do obrony, [mieszkańcy Stambułu] obsadzili i uzbroili wszystkie łodzie okrętowe, barki i inne małe statki, w liczbie do 4 [setek] lub 500, takimi ludźmi, którzy by mogli albo złapać za wiosło, albo próbować walczyć. Wysłano też całą kawalerię i piechotę będącą w mieście, w liczbie do 10 000, aby broniła brzegów przed dalszą grabieżą”. 

Wbrew panującemu strachowi i zamieszaniu, Turcy spodziewali się, że łatwo przepłoszą Kozaków. Nic podobnego: „Oczekiwaliśmy, że ci biedni rabusie [Kozacy] wycofają się, lecz oni widząc zbliżające się ku nim tureckie łodzie, skupili się na środku kanału [Bosforu], niedaleko zamków, pewni siebie, wiosłując uszykowali się w batalion, na kształt [pół]księżyca, oczekując ataku; wiatr i prąd mając przeciwko sobie. Halil basza kazał dać ognia z daleka, ale ci nie odpowiedzieli nawet jednym wystrzałem z muszkietu, tylko krążyli od jednego do drugiego wybrzeża, bez żadnej oznaki cofania się” – opisywał angielski dyplomata przebywający w Stambule.

W tej sytuacji „generał [Halil basza], widząc ich szyk i odwagę, osądził za niestosowne atakować ich takimi łodziami, jakie posiadał. Ale uznał, że będzie wystarczająco rozważnym, jeśli powstrzyma ich dalsze próby [łupienia okolicy], obawiając się, że jeśli [Kozacy] złamią jego flotę łodzi, co mogło być łatwo uczynione, to odważą się wtargnąć do Konstantynopola [Stambułu], który w tym momencie był pozbawiony jakiejkolwiek obrony. W ten sposób, te kilkadziesiąt łodzi, zdobywając wpierw wielki łup, pozostało [na Bosforze] cały dzień, aż do zachodu słońca, stawiając czoła wielkiemu i straszliwemu miastu świata i całej jego sile, na którą je tylko było stać. W końcu, z łupami swymi, przy rozwiniętych chorągwiach, niezwalczone, a niemal i bez dania im oporu, odpłynęły”. Stambuł odetchnął. Ale nie na długo. 

700 CZAJEK POLSKIEGO KRÓLA

Dwa tygodnie później Kozacy powrócili... już w liczbie 150 czajek! Tym razem pozostali na Bosforze aż 3 dni, paląc okolice. Stambuł ponownie zadrżał przed najeźdźcami. Ale ci, po zagarnięciu łupów – mimo odgrażania się, że zaatakują sam arsenał – spokojnie odpłynęli. 

W końcu Turcy sprowadzili do stolicy swoją flotę. Pomogło to o tyle, że trzeci najazd w 1624 r. – wrześniowy – ograniczył się do plądrowania nie wybrzeży samego Bosforu, ale europejskich okolic jego ujścia. I tym razem wzięło w nim udział 150 czajek. 

 

W następnych latach kozackie rajdy zelżały, choć mieszkańcy stolicy wciąż z przerażeniem wsłuchiwali się w wieści płynące z Rzeczypospolitej, gdzie od czasu do czasu zbierały się potężne flotylle kozackich łodzi. Na przykład w 1626 r. w Stambule pojawiły się pogłoski, że 700 czajek uzbrojonych przez polskiego króla szykuje się na wyprawę przeciwko Turkom, i Kozacy grożą, że będą walczyć z całą turecką flotą. Przerażenie było tym większe, że po imperium krążyła przepowiednia, że państwu zostanie zadany potężny cios przez lud północy. Przepowiednia się sprawdziła, ale dopiero w 1683 r. 

WIKINGOWIE MORZA CZARNEGO 

W morskich wyprawach Kozaków zdumiewa wiele rzeczy. Nie tylko skala – do 600 łodzi, zabierających po kilkadziesiąt osób każda. Nie tylko cele wypraw – wśród nich znalazła się nawet stolica imperium, czyli Stambuł. Zdumiewa fakt, że tego wszystkiego podejmowali się ludzie żyjący na stepach, z dala od wybrzeża Morza Czarnego. 

Kozacy, w przeciwieństwie do sławnych wikingów, nie byli ludźmi morza. A jednak okazali się zawołanymi szkutnikami i marynarzami. Potrafili w ciągu zaledwie dwóch, trzech tygodni od podstaw zbudować flotę, złożoną ze stu łodzi, zwanych czajkami. Zawdzięczali to zręcznym rzemieślnikom i znakomitej organizacji pracy. Wykonanie jednej łodzi zabierało kilkudziesięciu Kozakom zaledwie 15 dni.

Jak budowano czajki? Opisał to m.in. polski senator bp Paweł Piasecki: „Ściąwszy wydatniejszą z miąższości lipę, z przyrodzenia swego wszechstronnemu gięciu powolną, wydrążają jej pień i tenże sztucznie parą rozgrzany na szerokość i wklęsłość rozwodząc, przekształcają go w łódź, od 30 do 40 ludzi zbrojnych pomieścić w sobie mogącą. Tę wewnątrz obszywają skórami, a u krawędzi burt zawieszają snopy sitowia ściśle powiązane, które natarczywość fal morskich z wolna odbijając, tak moc ich szturmu łagodzą, że takowe statki czajkami po rusku zwane pośród najgwałtowniejszych nawałnic całe Morze Czarne bez najmniejszego uszkodzenia przebiegają”.

Dokładniejszy opis pozostawił francuski inżynier służący w wojsku polskim Guillaume Beauplan. Wynika z tego opisu, że drążony pień lipy lub wierzby stanowił tylko podstawę łodzi. Do niej, w górę, tworząc burty, mocowano deski.

Czajki były rozmaitej wielkości. Największe z nich osiągały 24 m długości, do 4 m szerokości, a zanurzały się na maksimum 1,8 m. Zabierały 70–90 ludzi. Mniejsze czajki, na 25–30 osób, zanurzały się nawet płycej, bo tylko do ok. 0,75 m. Ten parametr był szczególnie istotny. Niewielkie zanurzenie pozwalało na bliskie podpłynięcie do brzegu i niespodziewany dla mieszkańców wybrzeża desant. Pozwalało także na ucieczkę na płytkie wody przed ścigającymi większymi i cięższymi tureckimi galerami. Równie istotne było to, że burty kozackich łodzi niewiele wystawały nad powierzchnię wody, bo ledwie około 0,7–0,9 m. Dzięki temu czajki były trudne do dostrzeżenia, co oczywiście sprzyjało zaskoczeniu nieprzyjaciela.

JAK DOTRZEĆ DO MORZA

Czajki, choć zaopatrzone w żagle, zazwyczaj napędzane były wiosłami. Pozwalało im to rozwijać prędkość od 8 do 9 węzłów. Ładowano na nie zapasy żywności i wody, latarnie, liny, kotwice, kompasy, czasami także małe działka, kule i proch. Na ich pokład wchodziły uzbrojone załogi, będące jednocześnie wioślarzami. Tak przygotowana czajka wychodziła w morze. Tylko jak, skoro budowano ją z dala od wybrzeża, które na dodatek znajdowało się w rękach wroga? 

Jeden ze sposobów to spłynięcie Dnieprem do morza. Ujście tej rzeki opanowali Turcy i patrolowała je osmańska flota, a samą rzekę w poprzek przecinała przegroda łańcuchowa, jednak Kozacy potrafili sobie poradzić z tymi trudnościami. Na pełne morze wychodzili nocą lub przy bardzo słabej widoczności. Przegrodę łańcuchową zrywali, spławiając przodem potężne konary drzew. Rozpędzali łodzie i z pełną prędkością wypływali w morze. Zaskoczone załogi tureckich galer często nie nadążały za uchodzącymi. Zwłaszcza że z powodu złej widoczności nie zawsze wiedziały, w którą stronę ich ścigać.

Czasami Kozacy musieli jednak przebijać się przez flotę nieprzyjaciela. Wtedy dochodziło do walki. Przy czym Kozacy nie próbowali pokonać wroga, lecz szybko go wyminąć. Gdy im się to udało, rozpraszali się na morzu, utrudniając w ten sposób pogoń. 

Istniały jeszcze inne sposoby wyjścia w morze. Na przykład, jeśli flota czajek była niewielka, a ujścia Dniepru pilnowała zbyt liczna eskadra turecka, wybierano drogę okrężną – prowadzącą Dnieprem, Samarą i Wilczą Wodą, skąd lądem przetaczano łodzie ok. 7 km do rzeki Mius i stamtąd wypływano na Morze Azowskie. Było to uciążliwe, ale pozwalało uniknąć kontaktu z wrogiem. 

W WALCE ZE SZWEDAMI

Gdy flota Kozaków znalazła się już na pełnym morzu, mieszkańcy Imperium Osmańskiego mieli powody do obaw. Ale nie tylko oni. To prawda, że Morze Czarne było naturalnym akwenem dla operujących po nim kozackich czajek. Jednak nie jedynym. W 1635 r. sprowadzono 1500 Kozaków nad Bałtyk, aby w razie wznowienia wojny ze Szwecją starli się na morzu z potomkami prawdziwych wikingów. 

Przygotowano dla nich 15 czajek, a kolejne 15 adaptowano z zarekwirowanych w Królewcu jednomasztowych batów. Wojna jednak nie wybuchła, zawarto bowiem rozejm w Sztumskiej Wsi. Zanim do rozejmu doszło, flota czajek zdążyła wejść do akcji w pobliżu Piławy, gdzie – jak relacjonował litewski kanclerz – Kozacy „na okręt szwedzki rzuciwszy się, wzięli go, ładowny, pełen amunicji i prowiantu żołnierskiego, czym wielce Szwedów przestraszyli”.

PLUSY I MINUSY

Wyprawy morskie Kozaków miały dla Rzeczypospolitej i dobre, i złe strony. Można nimi było szantażować sułtana i jego poddanych, ale jeśli tych wypraw nie kontrolowano, sprowadzały na nas kłopoty. Dlatego politycy i szlachta mieli do tego rodzaju najazdów ambiwalentny stosunek. 

 

Z jednej strony podziwiano Kozaków, starając się ich wprzęgnąć w politykę morską Rzeczypospolitej. Z morskich ataków ciągnięto przecież niemałe zyski. Nie gardzili nimi nawet najbogatsi magnaci, inwestując pieniądze w organizację wypraw (np. w 1619 r. książę Janusz Ostrogski pożyczył kozackiej starszyźnie 1000 zł, a ta zagwarantowała mu przekazanie przyszłych łupów o wartości aż 2000 zł). Ponadto dużym plusem takich wypraw było uwalnianie chrześcijańskich jeńców z tureckiej niewoli. Bywało, jak na przykład podczas najazdu na Kaffę w 1616 r., że Kozacy palili część łupów, aby w ich miejsce zabrać ze sobą uwolnionych chrześcijan...

Z drugiej jednak strony władze Rzeczypospolitej próbowały zapobiegać kozackim rajdom, oskarżając ich organizatorów o prowokowanie wojen i odwetowych najazdów. Polityczna ocena tego zjawiska nie będzie więc jednoznaczna. A tym bardziej moralna, gdyż ataki te niosły ze sobą przede wszystkim cierpienie napadanych. Bez wątpienia można jednak podziwiać odwagę i umiejętności ludzi, którzy w niewielkich, budowanych naprędce łodziach przemierzali niebezpieczne wody Morza Czarnego, niejednokrotnie ścierając się z regularną flotą Imperium Osmańskiego. Zwłaszcza że Kozacy doskonale zdawali sobie sprawę z okrutnego losu tych nieszczęśników, którzy żywcem dali się pojmać wrogowi.