Motyl nie jest metaforą. Tak rośnie błąd w złożonych układach kwantowych

Kwantowy efekt motyla brzmi jak chwytliwe hasło, ale stoi za nim bardzo konkretne pytanie. Jak szybko w złożonym układzie rośnie różnica wywołana drobną perturbacją? W fizyce klasycznej taki mechanizm znamy od dawna, bo chaos potrafi rozjechać nawet najlepsze modele pogody czy dynamiki płynów. W świecie kwantowym przez lata sprawa była bardziej drażliwa, bo równania są formalnie odwracalne, a mimo to praktyka laboratoryjna pokazuje, że powrót do początku bywa równie trudny, jak cofnięcie rozsypanego piasku do pierwotnego stosu.
...
Motyl – zdjęcie poglądowe /Fot. Unsplash

Tym razem istotne nie jest samo stwierdzenie, że chaos istnieje również w mechanice kwantowej. Najciekawsze jest to, że udało się go potraktować jak zjawisko mierzalne wprost, z parametrem, który można porównywać między różnymi układami i protokołami sterowania. To przesuwa temat z poziomu efektownej metafory na poziom narzędzia. Czegoś, co da się wpiąć w inżynierię układów kwantowych i realnie użyć.

Kwantowy chaos

W klasycznym chaosie kluczowa jest wrażliwość na warunki początkowe. Układ może być deterministyczny, a mimo to minimalna różnica na starcie rośnie w czasie tak szybko, że po chwili nie ma sensu mówić o przewidywaniu. W kwantach nie śledzi się pojedynczej trajektorii, ale ewolucję stanów, superpozycji i korelacji między wieloma składnikami układu. To nie jest prostsze, zapewnia po prostu inny rodzaj gęstości informacji.

W praktyce kwantowy chaos często oznacza tempo, w jakim informacja o stanie początkowym przestaje być dostępna lokalnie, bo rozlewa się po całym układzie i chowa w korelacjach. Mówiąc prościej: układ nie tyle zapomina, co rozprasza pamięć w taki sposób, że odzyskanie jej staje się astronomicznie trudne. To właśnie daje wrażenie nieodwracalności, nawet jeśli równania w tle nie zakazują odwrócenia czasu.

Największa pułapka polega na tym, że formalna odwracalność nie gwarantuje odwracalności w laboratorium. Jeśli najmniejszy błąd w sterowaniu zaczyna się zachowywać jak iskrzący kabel, który podpala całą instalację, to cofanie ewolucji robi się testem odporności układu i aparatury na wzmacnianie niedoskonałości.

Odwracanie czasu jako test stresowy

Żeby mówić o efekcie motyla, trzeba wykonać coś więcej niż zwykły pomiar w czasie. Potrzebny jest scenariusz, w którym układ najpierw ewoluuje do przodu, potem dostaje niewielką perturbację, a następnie próbuje się odtworzyć ewolucję wstecz, tak aby wrócić do punktu startu. Jeśli wszystko byłoby idealne, końcowy stan pokryłby się z początkowym. Jeśli nie jest, różnica staje się miarą tego, jak bardzo układ rozdmuchuje małe zaburzenia.

Brzmi prosto, ale taki eksperyment potrafi być bezlitosny. Odwrócenie ewolucji wymaga precyzyjnego sterowania oddziaływaniami w układzie, a w złożonych systemach wielociałowych te oddziaływania tworzą skomplikowaną sieć zależności. Wystarczy drobna niedoskonałość impulsów sterujących, aby zamiast testu chaosu wyszedł test tego, jak bardzo nieidealne jest sterowanie.

Właśnie dlatego istotą tej pracy stało się rozdzielenie dwóch rzeczy: tego, co wynika z natury badanego układu, oraz tego, co jest skutkiem niedoskonałości cofania czasu. Dopiero po takim rozdzieleniu można mówić o kwantowym chaosie jako o czymś, co daje się policzyć i porównać, a nie tylko zaobserwować w formie rozmytego efektu.

fot. X.-L. Qi/Stanford University; APS/Carin Cain

NMR i spiny jako makroskopowe laboratorium kwantowe

Do takiej demonstracji wykorzystano techniki rezonansu magnetycznego w ciele stałym, gdzie rolę elementów układu pełnią spiny jąder atomowych. To jeden z tych obszarów fizyki, który nie wygląda widowiskowo na zdjęciach, ale daje ogromną kontrolę nad tym, jak układ jest popychany w czasie. Spinowe sieci w stałym materiale potrafią zachowywać się jak gęsty, wielociałowy układ kwantowy, w którym informacja bardzo szybko zaczyna krążyć między wieloma stopniami swobody.

Ważny jest tu też wymiar skali. To nie jest pojedynczy kubit odizolowany od świata. Mówimy o środowisku, które z definicji sprzyja splątaniu i mieszaniu informacji. Dzięki temu można sprawdzić, jak chaos kwantowy wygląda w warunkach bliższych temu, z czym mierzą się technologie kwantowe, gdy próbują wyjść poza laboratoryjny komfort i stać się narzędziem pracy.

Najbardziej techniczny, ale kluczowy element dotyczy korekcji błędów odwracania. Gdy protokół sterowania nie jest idealny, pojawia się pokusa, żeby uznać cały rozjazd za chaos. Tymczasem część rozjazdu bywa po prostu rachunkiem za niedoskonałą kontrolę. W tej demonstracji właśnie ten rachunek potraktowano serio i zbudowano opis, który pozwala go odfiltrować, zamiast zamiatać pod dywan.

Liczba, która streszcza chaos

W fizyce chaosu marzeniem jest parametr, który streszcza tempo rozjazdu w jednej liczbie. W klasycznym świecie taką rolę pełnią wykładniki Lapunowa. W świecie kwantowym analogiczna ambicja długo rozbijała się o to, że nie da się po prostu śledzić trajektorii, a pomiar sam w sobie potrafi zmieniać zachowanie układu. Dlatego potrzeba było sprytnego wskaźnika, który da się zmierzyć bez wpychania w eksperyment dodatkowej destrukcji.

Tu wchodzi do gry miara wrażliwości oparta o korelacje między operacjami wykonywanymi w różnych momentach ewolucji, czyli obserwowanie, jak bardzo wczesne działanie rozlewa się po układzie i wpływa na późniejsze wielkości. W praktyce to sposób na uchwycenie rozpraszania informacji, które jest sercem kwantowego chaosu.

Najważniejsze wnioski biorą się z tego, że po uwzględnieniu niedoskonałości odwracania ewolucji widać oczekiwany, bardzo charakterystyczny wzrost wrażliwości na perturbacje. Z takiego przebiegu da się wydobyć parametry, które pełnią rolę kwantowego odpowiednika tempa chaosu. To jest moment, w którym motyl przestaje być metaforą, a staje się miarą.

Znaczenie dla technologii kwantowych

W laboratoriach na całym świecie rośnie apetyt na symulatory kwantowe, które mają odtwarzać zachowanie trudnych układów fizycznych tam, gdzie klasyczne komputery się duszą. Jednak każda symulacja jest tyle warta, na ile da się ją zweryfikować i powtórzyć. Jeśli układ z natury wzmacnia drobne różnice w sterowaniu, to nawet najlepszy protokół może w pewnym momencie wejść w obszar, gdzie wynik przestaje być wiarygodny, bo nie da się oddzielić dynamiki układu od rozjeżdżających się błędów.

Dlatego możliwość mierzenia tempa kwantowego chaosu działa jak test jakości dla całej inżynierii sterowania. Pozwala ocenić, jak długo można utrzymać układ w reżimie, w którym symulacja albo obliczenie mają sens. Pozwala też porównywać materiały i architektury nie tylko pod kątem tego, czy działają, ale jak szybko uciekają w niekontrolowaną złożoność.

W dłuższej perspektywie to również narzędzie do projektowania. Jeśli wiadomo, jak szybko rośnie wrażliwość na perturbacje, można budować protokoły bardziej odporne, planować pomiary w oknach czasowych, w których informacja jeszcze nie została całkowicie rozsmarowana po układzie, a także świadomie wybierać modele i implementacje tam, gdzie chaos jest funkcją, a nie błędem.