Nasza cywilizacja powstała i rozwinęła się w okresie, który z klimatologicznego punktu widzenia można nazwać ciepłą wiosną albo złotą jesienią. Oczywiście trafiały się nam fale upałów, niszczycielskie susze, zimy stulecia czy nawet mała epoka lodowcowa, ale były to tylko nieznaczne odchylenia od umiarkowanej normy. Taka sielanka raczej nie będzie trwać wiecznie. Przed nami albo globalna pora sucha, albo planetarna zima.

POGODA EKSTREMALNA


Gdy czytamy o przepowiedniach dotyczących wzrostu temperatury na Ziemi, wygląda to dość niegroźnie. Co z tego, że do końca XXI wieku będzie o kilka stopni cieplej? I czy faktycznie jest tak duża różnica między scenariuszem „2 stopnie Celsjusza więcej” a tym, który podaje wartość 3,5 st. C? Pomijając zamieszanie wokół precyzji tych prognoz, ważna tu jest może nie tyle sama temperatura, ile destabilizacja klimatu, który znamy i do którego – ewolucyjnie i cywilizacyjnie – przywykliśmy.

Owszem, w wielu rejonach naszej planety zrobi się upalnie, sucho i pustynnie. Ale będą też wielkie powodzie, niszczycielskie huragany, bardzo mroźne zimy – a wszystko to w większej dawce niż do tej pory. Coraz częściej będziemy musieli stawić czoła skutkom katastrof naturalnych, którym nie potrafimy zapobiec i na które tylko częściowo możemy się przygotować. Gdy do tego dołożymy ziemie uprawne zamieniające się w pustynie, masowo wymierające rośliny i zwierzęta (cenne dla nas z ekonomicznego i naukowego punktu widzenia) czy zdobywające nowe tereny tropikalne choroby zakaźne, staje się jasne, że pozornie niewielkie podgrzanie Ziemi da się mocno we znaki praktycznie wszystkim jej mieszkańcom.

CZAS WIELKIEJ WODY


Konsekwencją globalnego ocieplenia jest również topnienie wielkich mas lodu, zalegających w okolicach ziemskich biegunów. Im cieplej, tym więcej wody zostanie uwolnione do światowych oceanów, a to oznacza nieubłagane podnoszenie się poziomu morza. Zeszłoroczny – uznawany za dość pesymistyczny – raport Międzyrządowego Zespołu do Spraw Zmian Klimatu (IPCC) mówił o wzroście między 18 a 59 cm w ciągu najbliższego stulecia. Brzmi niegroźnie? Nie dla mieszkańców krajów takich jak Holandia.

Dziś już wiemy, że lądolody nie zachowują się tak, jak do niedawna sądzono. Proces ich topnienia może przyśpieszać w miarę wzrostu temperatur, głównie wskutek „ześlizgiwania się” mas lodu do podbiegunowych mórz. Nowe szacunki mówią więc już o 1,5 metra. Nadal mało? Bardzo możliwe, że istnieją punkty krytyczne, po których osiągnięciu polarne czapy po prostu znikają. Z badań Jamesa Hansena, pracującego dla NASA, wynika, że dla Antarktydy takim punktem może być poziom dwutlenku węgla w atmosferze rzędu 425–450 ppm, który – jeśli nic się nie zmieni – Ziemia osiągnie w ciągu jakichś 20 lat. A wówczas możemy być świadkami podniesienia się poziomu morza o 60 (słownie: sześćdziesiąt) metrów i zamienienia Trójmiasta, Amsterdamu czy Nowego Jorku w metropolie zasiedlone głównie przez ryby.

LÓD KONTRATAKUJE


Lodowce zawierają słodką wodę, a nagłe jej uwolnienie do słonych oceanów dewastuje kolejny delikatny system – prądów morskich. „Potrzeba około dwóch swerdrupów słodkiej wody, by znacząco spowolnić Golfsztrom, a zapisy geologiczne potwierdzają, że miało to miejsce kilkakrotnie między 20.000 a 8000 lat temu” – wyjaśnia Tim Flannery w dość tendencyjnej, ale też dobrze napisanej książce „Twórcy pogody”. Swerdrup to jednostka przepływu wody (milion metrów sześciennych na sekundę na kilometr kwadratowy), a Golfsztrom to prąd atlantycki, który transportuje ciepło z okolic równikowych na półkulę północną (w tym do Europy).

Wystarczy więc, że szybko stopi się większy kawałek Grenlandii, i zaczniemy zamarzać. Lodowce odzyskają utracony teren, a potem pojawią się tam, gdzie dawno już ich nie widziano. Północna Europa zostanie przykryta masą zamarzniętej wody, a tereny dziś cieszące się klimatem umiarkowanym zaczną przypominać syberyjską tundrę. Dopiero gdy ciepło gromadzące się w okolicy równika na nowo uruchomi Golfsztrom, wszystko zacznie wreszcie wracać do normy – ale z pewnością potrwa to setki lat.