Astronomowie znają już ok. 1200 gwiazd mających własne układy słoneczne. Liczba ta nieustannie rośnie, podobnie jak szansa na odkrycie „drugiej Ziemi” (pisaliśmy o tym w „Focusie” nr 12/2014). A jednocześnie ci sami uczeni nie są pewni, ile planet obiega nasze Słońce. Teoretycznie jest ich osiem, ale ostatnio badacze dochodzą do wniosku, że na peryferiach Układu Słonecznego może kryć się jeszcze jeden taki obiekt – albo nawet dwa!

Na fali tych doniesień natychmiast odżyły spekulacje związane z Nibiru. Ta planeta, znana ponoć już starożytnym, ma stanowić dla nas śmiertelne zagrożenie.

Sumeryjska „Gwiazda Śmierci”

Najbardziej nośna okazała się plotka spreparowana w 1976 r. Wtedy w USA ukazała się książka „Dwunasta planeta”. Jej autor – Zecharia Sitchin, znawca języków bliskowschodnich – twierdził, że starożytni Sumerowie doskonale znali budowę Układu Słonecznego. 5 tys. lat temu mieli wiedzieć, że znajduje się w nim „ukryta” planeta zwana Nibiru. Ale nie dokonali tego odkrycia sami. Wiedzę tę przekazały im mieszkające na Nibiru istoty zwane Anunnaki, odpowiedzialne m.in. za stworzenie Homo sapiens poprzez manipulacje genetyczne. Na poparcie takich tez nie ma oczywiście żadnych dowodów. Wręcz przeciwnie, badania antropologów i genetyków pokazują, że nasz gatunek ewoluował bez jakiejkolwiek zewnętrznej „pomocy”.

Co jednak z samą „dwunastą” planetą (dwunastą, ponieważ Sumerowie mieli uznawać za planety także Słońce, Księżyc i Plutona)? Według Sitchina ma ona poruszać się po nietypowej, bardzo wydłużonej orbicie, raz zbliżając się do Słońca na niewielką odległość, a potem odlatując w dalekie rejony kosmosu. Jedno takie okrążenie miałoby zajmować jej aż 3600 lat.

Kiedy Nibiru zbliża się do Ziemi, jest widoczna na niebie. I to nie tylko w nocy, ale także za dnia. Co więcej, zaburza ruch naszej planety, prowadząc do katastrof na globalną skalę. Zwolennicy hipotezy Nibiru przepowiadali, że coś takiego przytrafi nam się lada moment. Do zagłady miało dojść najpierw w 2003, potem w słynnym 2012 r. Oczywiście nic takiego się nie stało, ale spekulacje nie ustają – nawet wtedy, gdy naukowcy wykazują, że coś takiego jak Nibiru w ogóle nie ma prawa istnieć.

Nemesis: niewidzialny bliźniak słońca?

 Czy poza pasem Kuipera i hipotetycznymi, nieodkrytymi dotąd planetami na peryferiach Układu Słonecznego jest już tylko pustka? Niekoniecznie. W połowie XX w. holenderski astronom Jan Oort stwierdził, że w odległości roku świetlnego od Słońca znajduje się obłok złożony z lodowo-skalnych brył. Są to tzw. protokomety, które zostały wyrzucone przez grawitację z bardziej centralnie położonych rejonów Układu Słonecznego. Co jakiś czas jeden z takich obiektów wraca w okolice Słońca. Staje się wówczas kometą długookresową, której jedno okrążenie naszej gwiazdy zajmuje nawet kilkaset tysięcy lat. Obłoku Oorta nikt tak naprawdę nie widział. O jego istnieniu świadczą tylko komety długookresowe, pochodzące z zewnętrznej części obłoku. Całkowita masa tworzących go obiektów to zapewne kilka mas Ziemi. Krążą one w strefie sięgającej na odległość co najmniej 50 tys. jednostek astronomicznych od Słońca. (Jeśli przypomnimy sobie porównanie Ziemi do ziarnka kukurydzy oddalonego o 24 m od naszej najbliższej gwiazdy, obłok Oorta byłby zbiorem bakterii rozproszonych w odległości do 1200 km od nas).

Dlaczego niektóre z obiektów zewnętrznej części obłoku Oorta lecą z powrotem w kierunku Słońca? Uczeni przypuszczają, że raz na jakiś czas w pobliżu granicy Układu Słonecznego przechodzi jakaś gwiazda. Jej grawitacja miałaby zmieniać orbity protokomet i wysyłać ich strumień w naszym kierunku. Według jednej z hipotez gwiazdą wprowadzającą takie zamieszanie jest Nemesis. To niewidzialny bliźniak Słońca, tworzący z nim układ podwójny. Nemesis miałaby być niewielkim chłodnym obiektem (czerwonym lub brązowym karłem), niewidocznym dla większości teleskopów. Jedno jej okrążenie wokół Słońca miałoby zajmować ok. 26 mln lat, bo w mniej więcej takich odstępach na Ziemi dochodziło do masowego wymierania gatunków. Hipoteza Nemesis ma jednak podobne wady jak „planeta zagłady” Nibiru. Jej orbita byłaby bardzo niestabilna, więc nie mogłaby powodować regularnych „deszczów” komet niosących zagładę. Istnienia takiej gwiazdy nie wykazały obserwacje w podczerwieni, wykonane przez kosmiczny teleskop WISE ani analizy sygnałów z pulsarów. Wiadomo natomiast, że ok. 70 tys. lat temu o obłok Oorta otarła się tzw. Gwiazda Scholza (w rzeczywistości składająca się z dwóch obiektów: czerwonego i brązowego karła). I nie doszło wówczas do żadnej kosmicznej katastrofy.

Jak ukryć wielką planetę?

Pomińmy to, że w języku Sumerów Nibiru oznaczała po prostu Jowisza. Co działoby się w Układzie Słonecznym, gdyby jakiś masywny obiekt krążył po nim w tak nietypowy sposób? „Orbita Nibiru byłaby bardzo niestabilna. Planeta poruszałaby się po niej z tak dużą prędkością, że najmniejsze zakłócenie jej ruchu po prostu wyrzuciłoby ją z Układu Słonecznego” – wyjaśnia Bruce McClure z serwisu EarthSky. A gdyby tajemniczej planecie udało się jakoś dolecieć w pobliże Słońca, wprowadziłaby potężne zakłócenia w ruchu innych obiektów. Ich skutki utrzymywałby się bardzo długo... i oczywiście żaden astrofizyk ich nie zaobserwował. Planety w Układzie Słonecznym krążą po zupełnie „zwyczajnych” orbitach, zgodnie z prawami sformułowanymi już na początku XVII w. przez Johannesa Keplera.