Muzyczne przedstawienie w historycznym miejscu? Pomysł znakomity! Tym bardziej że scenografię tworzy dziwna konstrukcja żelbetowego kręgu wspartego na masywnych filarach, nazwana (nie wiedzieć czemu) Muchołapką. Dla jednych to podstawa chłodni kominowej pobliskiej elektrowni, dla innych: miejsce testowania samolotów pionowego startu, a może nawet pojazdów z napędem antygrawitacyjnym [czytaj FH 5/2013]. Ale opera nie będzie o superstatkach, ale o Szambali. To mityczna wioska w Tybecie, do której droga prowadzi przez wąską jaskinię, gdzieś wysoko w górach. Ci, którzy ją odnajdą, wejdą do podziemnej krainy Agharty, aby spotkać gigantów. Żyją w mrocznych czeluściach, czerpiąc energię z Czarnego Słońca, a włada nimi Król Świata o nadzwyczajnych zdolnościach psychicznych. W 1890 r. miał wysłać na powierzchnię Ziemi posłańców, aby przekazali światu wyrocznię zapowiadającą pół wieku krwawych rewolucji i wojen. Drugie wejście do podziemi jest ponoć… w Beskidzie Żywieckim na Babiej Górze!

Miejsce wystawienia rock-opery „Szambalia” jest szczególne, gdyż leży w centrum tajemniczego kompleksu „Riese”, budowanego od 1943 r. w rejonie Wałbrzycha przez dziesiątki tysięcy więźniów pod okiem Reichsführera SS Heinricha Himmlera, który wierzył w świat Agharty! I to tak bardzo, że w latach 30. wysłał do Tybetu dwie ekspedycje. Miały odnaleźć wejście do podziemnej krainy i potwierdzić, że Tybetańczycy są potomkami Aryjczyków, którzy przed tysiącami lat wyruszyli z wyspy Thule i przez Europę dotarli aż do Tybetu.

Nie były to jednak dziwactwa wysokiego urzędnika nazistowskiego państwa przeciążonego pracą przy wyniszczaniu całych narodów. Himmler w nazizmie znalazł swoją religię, choć w młodości był żarliwym katolikiem. Partia nazistowska (wstąpił do niej w sierpniu 1923 r.) fascynowała go nie tylko wizją nowego świata głoszoną przez Hitlera, ale też charakterem religijnej sekty, która wyłoniła się z okultystycznego towarzystwa „Thule” i nigdy nie oderwała się od tych korzeni.

„Thule” założył w Monachium w 1918 r. Rudolf Freiherr von Sebottendorf. Jego nazwisko było równie fałszywe, jak szlachecki tytuł. Tak naprawdę ten syn maszynisty nazywał się Adam Rudolf Glauer. Gdy w Europie lała się krew i straszyła socjalistyczna rewolucja, a Kościół postrzegano jako bezradny wobec niesprawiedliwości i okrucieństw wojny, coraz popularniejsze stawały się nowe religie, wywodzące się z okultyzmu (niezmiernie popularnego na początku XX w.). Do organizacji fałszywego barona napływali ludzie z najwyższych sfer: arystokracja, oficerowie, przemysłowcy. To wskazywało, że zgodnie z zasadami działania tajnych lóż „Thule” zamierzało przenikać do władz, aby wpływać na bieg najważniejszych spraw państwa.