Mija dobre półtorej godziny, a ja wciąż ślęczę przy stoliku w Majsterni w warszawskim Centrum Nauki Kopernik. I jestem coraz bardziej zła, wściekła, sfrustrowana. Nie pomagają przyjazne uśmiechy animatorów i ich uwagi w stylu „o, jest pani coraz bliżej!”, „ciekawy pomysł” czy „proszę pomyśleć, jak to zrobić inaczej”. Przecież cały czas myślę! Cały czas próbuję! A gwoździe i tak co chwila z trzaskiem spadają na podłogę. Czuję się bezradna, ewidentnie kręcę się wokół jednego – jak widać, błędnego – pomysłu. „Czasami trzeba odpuścić. Pewnie rozwiązanie samo się pani przyśni” – słyszę w końcu od  jednego z animatorów. „Jeszcze tu wrócę” – mówię przez zęby na odchodnym. I tak byłam miła. Podobno są tacy, którzy w Majsterni awanturują się, że za-płacili za wstęp, a nie dostali rozwiązania.

 

OCH, CO ZA WYZWANIE!

A tak dobrze się zaczęło. Do Majsterni, nowego laboratorium/pracowni na terenie Centrum Nauki Kopernik, przyszłam naprawdę zaciekawiona. „To nowatorski format miejsca, w którym przestrzeń warsztatowa będzie służyć rozwijaniu szerokich kompetencji twórczych, ale też budować wiarę we własne możliwości” – przeczytałam na stronie www. A potem to hasło: „Myślisz lepiej, niż myślisz”, napisane odręcznie flamastrem na szybie, tuż przy wejściu. Spodziewałam się samych dzieci, ale w środku zobaczyłam też paru dorosłych – pochłoniętych budowaniem mostu ze słomek do drinków czy konstruowaniem pojazdu, który zjedzie po linie.

Przywitała mnie Monika Mazurek, jedna z animatorów, czyli osób, które towarzyszą przy eksperymentach – ich zadaniem jest dostarczenie potrzebnych materiałów, ale też naprowadzenie (bardzo delikatnie i tylko jeśli jest takie życzenie) na nowy tok myślenia.

„Majsternia to naturalny ciąg dalszy tego, co można zobaczyć w Koperniku” – mówi Monika, po czym zaznacza: „Tyle że tu się nie patrzy, ale samemu odkrywa”. Instrukcji brak, rozwiązanie nieznane, czas nieokreślony. Wszystko zależy od naszej pomysłowości, sprawności i wytrwałości. Miałam nie bać się błędów i porażek, ćwiczyć niestandardowe myślenie, odkryć przyjemność robienia czegoś własnymi rękoma.

Monika podkreśliła, że cała Majsternia jest dziełem autorskim pracowników Kopernika – od idei przez konkretne zadania po wytrzymujące najcięższe eksperymenty meble. „Tutaj odkrywamy coś dla samych siebie – zaczynamy rozumieć prawa nauki, przekonujemy się, że potrafimy myśleć nieszablonowo, ćwiczymy cierpliwość, determinację, gotowość podejmowania wyzwań”.

Podeszłyśmy do „menu”, czyli tablicy z wypisanymi na żółtych kartkach zadaniami. Do wyboru było kilkanaście: „Tory magnetyczne”, „Cienie”, „Topnienie”, „Kolejka”… Na dobry początek wzięłam „Dmuchawę”. Poziom trudności 1, w trzystopniowej skali. Animatorka przyniosła pudełko. A w nim jakieś pianki, plastikowy nożyk, słomki, taśma klejąca, nożyczki, gumki recepturki. To z nich miałam stworzyć coś, co po wrzuceniu do wielkiej rury z wdmuchiwanym od dołu powietrzem: a) wzleci i wyleci, b) spadnie, c) zawiśnie, d) będzie poruszać się dziwnie.

 

OCH, TO PRAWDZIWE WYZWANIE!

Wzloty i upadki okazały się banalnie proste (Teraz żałuję, że skupiłam się bardziej na estetyce moich powietrznych pojazdów.  Co tu kryć, były proste jak cep. Nie to, co przepiękna rakieta kilkuletniej dziewczynki pracującej przy stoliku obok). Stworzenie wehikułu, który poruszałby się „dziwnie”, dostarczyło sporo satysfakcji (byłam szczególnie dumna ze skrzydeł ze słomek, które obracały kawałkiem gąbki jak nasionkiem klonu). Największym wyzwaniem było skonstruowanie obiektu, który przynajmniej przez chwilę zawiśnie. Metodą prób i błędów i z tym sobie jednak poradziłam.

Zachęcona sukcesem, wzięłam się za zadanie „Nie przelewki”. Chodziło o to, by z odwróconego do góry dnem kieliszka nie wylała się woda. Przytrzymać ją mogłam cienką deseczką, szkłem, plastikiem, firanką, marmurowym kafelkiem... Przyznaję, że tu pojawiły się pierwsze nerwy. Że powinnam to pamiętać z lekcji fizyki, że działać tu ma jakieś napięcie powierzchniowe czy coś w tym stylu. „Zachowuje się pani jak większość dorosłych. Proszę próbować, eksperymentować, pobawić się. I nie bać się, że woda się rozleje” – usłyszałam od animatora. No rzeczywiście, po co mi to belferskie nadęcie? Więcej luzu! Zadziałało. Płyn w naczyniu w końcu zatrzymałam.