Premier Kazimierz Marcinkiewicz ledwo objął urząd, a już oświadczył, że będzie zabiegał o budowę tarczy antyrakietowej w Polsce. Złożyć taką deklarację to jak grać w pokera z kartami wyłożonymi na stół. Nierozsądne, ale ileż w tym uznania dla historii!

Kilkadziesiąt lat wcześniej w ten sam sposób działał minister spraw zagranicznych Józef Beck, który nie dość, że w decydującej rozgrywce od razu pokazał swoje karty, to jeszcze liczył na wygraną. A zaczęło się w październiku 1938 roku, gdy nasz ambasador w Berlinie Józef Lipski został zaproszony przez niemieckiego ministra spraw zagranicznych Joachima von Ribbentropa do Berchtesgaden. W dyplomacji to ważny sygnał. Pod Berchtesgaden miał swoją nieoficjalną rezydencję Berghof Adolf Hitler. Spotykał się tam z najważniejszymi politykami tamtego czasu: włoskim dyktatorem Benito Mussolinim, austriackim kanclerzem Kurtem von Schuschniggiem czy brytyjskim premierem Neville’em Chamberlainem, aby kształtować bieg europejskich spraw. W ten sposób Ribbentrop, nic nie mówiąc, dawał do zrozumienia polskiemu dyplomacie, że spotkanie, choć nieoficjalne, jest ważne, gdyż odbędzie się pod bokiem Hitlera. W hotelu Grand Ribbentrop złożył Lipskiemu propozycję przystąpienia Polski do paktu antykominternowskiego i przedłużenia paktu o nieagresji w zamian za oddanie Gdańska i pozwolenie na budowę eksterytorialnych połączeń przez polski korytarz. To spotkanie umknęło uwadze wywiadów brytyjskiego i francuskiego, ale też niewiele znaczyło w polityce. Dopiero wizytę w Berghofie, którą 5 stycznia 1939 roku złożył Hitlerowi Józef Beck, odebrano w Londynie i Paryżu jak dzwonek alarmowy. Polski minister od razu starał się zminimalizować jej znaczenie, aby nie drażnić i nie niepokoić sojuszników, choć powinien był działać odwrotnie. Przybywał na spotkanie z Hitlerem jakby mimochodem, w drodze powrotnej z Monte Carlo, gdzie z żoną spędzał sylwestra. Siedząc przy herbacie w wielkim salonie Berghofu, wykręcał się od odpowiedzi na wszystkie pytania Hitlera, sondującego możliwość zawarcia przymierza z Polską. Nasz minister podtrzymał ten kurs, gdy trzy tygodnie później do Warszawy, już z oficjalną wizytą, przyjechał minister Ribbentrop. A niepokój naszych zachodnich sojuszników sięgał zenitu. Ich obawy o możliwość zawarcia przez Polskę sojuszu z zachodnim sąsiadem zdawały się tym bardziej uzasadnione, że w tym czasie Niemcy niespodziewanie przerwali budowę linii umocnień, które miały przegrodzić tzw. Bramę Lubuską. Od 1935 roku wznosili schrony z karabinami maszynowymi, działami, miotaczami płomieni i granatnikami, stanowiska artylerii, pasy zapór przeciwczołgowych, aby osłonić przed polskimi wojskami tyły swoich armii, gdyby te ruszyły na Francję. Nagle prace te wstrzymali, co mogłoby świadczyć, że dogadali się z Polakami lub są na dobrej drodze do tego, a wizyta Ribbentropa w Warszawie ma służyć ustaleniu szczegółów przymierza. Józef Beck dostał więc atutową kartę. Co mógł nią wygrać?

Przede wszystkim czas. Stan sił zbrojnych był fatalny, a Polsce brakowało pieniędzy na szybką modernizację, przede wszystkim zaś na rozbudowę tych rodzajów wojsk, które miały odegrać decydująca rolę w ówczesnych bitwach. Doświadczenia z walk wojny domowej w Hiszpanii wskazywały w najbardziej oczywisty sposób, jakie rodzaje wojsk i jaką broń powinniśmy mieć: czołgi uzbrojone w działa, jednopłatowe samoloty myśliwskie, szybkie bombowce. W Europie idącej na wojnę jedyną szansą dla polskiego wojska były wysokie kredyty w Anglii i Francji, jednakże nasi sojusznicy nie kwapili się do udzielenia Polsce pożyczek wojskowych. Nie dość na tym: nie kwapili się do szybkiego dostarczenia sprzętu, jaki Polska u nich zakupiła. Ogromne opóźnienia w dostawie podwozi angielskiej firmy Dowty do samolotów myśliwskich PZL-50 Jastrząb praktycznie przekreśliły możliwość wyprodukowania tych samolotów przed wrześniem 1939 roku. W kwietniu 1939 roku Polska zakupiła we Francji sto czołgów R-35. Nie były to dobre czołgi, ale na nic innego nasze wojska pancerne nie mogły liczyć. Pierwszy transport 49 czołgów dotarł w lipcu. Pozostałe już do Polski nie dojechały. Równie jak czołgi potrzebne były nowoczesne samoloty, które mogłyby podjąć równorzędną walkę z niemieckimi myśliwcami i bombowcami oraz atakować niemieckie kolumny pancerne. Takie samoloty polskie wojsko miało otrzymać. Na początku 1939 roku podpisano w Anglii kontrakt na dostawę stu samolotów Fairey Battle, które choć nieudane, były lepsze od Karasi, jakimi dysponowali Polacy. Czekaliśmy na dostawę zakupionych w Wielkiej Brytanii groźnych Hurricane’ów i Spitfire’ów. Z Francji miało przybyć 160 myśliwców Morane Saulnier MS-406, szybkich i doskonale uzbrojonych. Miało przybyć, ale nie przybyło...

Minister spraw zagranicznych, właściwie rozgrywając partię z zastraszonymi zachodnimi sojusznikami, mógł od nich wiele wydobyć. Wolał przyjąć za dobrą monetę ich gwarancje i zobowiązania, choć było oczywiste, że żadne z demokratycznych mocarstw nie ma możliwości ani ochoty z nich się wywiązać. Beck przegrał najważniejszą grę w historii Polski, choć okrutną cenę zapłacił naród, a nie minister. Pozostała po nim tradycja. Bo choć od wyłożenia kart przez Marcinkiewicza premier zmienił się już dwa razy, to wciąż nasi politycy, i to najwyżsi, wyrażają żal, że tarczy w wydaniu Busha nie będzie, i wciąż „gotowi są zabiegać” o to, aby Amerykanie zainstalowali u nas jakąkolwiek tarczę.