Dzieje się coś strasznego, przyślijcie natychmiast wszystkich ludzi i pojazdy!” – tylko tyle zdążył wykrzyczeć do słuchawki w budce telefonicznej policjant Frank McManus. Gdyby pozostał w niej dłużej, podzieliłby los ofiar, opowiadał później reporterowi „The Boston Globe”.

Inni świadkowie słyszeli huk podobny do wystrzałów z karabinu maszynowego lub dudnienia przejeżdżającego pociągu. Ci, którzy znajdowali się dalej, zobaczyli olbrzymią brunatną falę zmiatającą wszystko na swojej drodze. Miała osiem metrów wysokości i pędziła z szybkością 55 km/godz.

Powódź melasy zaskoczyła mieszkańców miasta  

Barman Martin Clougherty odsypiał nockę. „Leżałem w łóżku, gdy mój dom zaczął się przesuwać. Całą izbę wypełniła jakaś lepka substancja. Omal się w niej nie utopiłem” – relacjonował dziennikarzom. Nie wiedział, co się dzieje. Zsunął z łóżka i brodząc po pas w kleistej mazi dowlókł się do wołającej o pomoc siostry. Gdy ją wyciągnął, zorientował się, że druga część domu, gdzie była matka i brat, została porwana przez falę. Oboje zginęli.

W pobliskiej remizie zawalił się dach. W gruzach ugrzęzło dwóch mężczyzn. Żyli, ale przygnieceni połamanymi meblami i zanurzeni po szyję w brunatnej cieczy nie mogli się ruszyć. Strażak George Layhe przez trzy godziny starał się utrzymać głowę nad powierzchnią, aż wyczerpany poddał się i utonął. Do jego kolegi doczołgali się inni poranieni mężczyźni, ale nie mieli sił, by go uwolnić. Słabł i wył z bólu, więc zanim do remizy dotarli ratownicy, trzy razy wstrzyknęli mu w plecy morfinę. Przeżył.

Wśród ofiar było kilkoro dzieci. Antonio di Stasio wspomina, że wracał ze szkoły z siostrą i kolegą: „Fala najpierw mnie niosła, jakbym surfował, potem opadła i turlała mną jak kamykiem”. Stracił przytomność, ocknął się w szpitalu. Tam dowiedział się, że jego siostra utonęła, a kolegę żywioł rzucił na słup i chłopiec zginął na miejscu.  

Jako pierwsi z pomocą przybiegli kadeci z zacumowanego w pobliskim porcie okrętu szkoleniowego marynarki wojennej USS Nantucet. 116 marynarzy zablokowało gapiom dostęp do najbardziej zagrożonych miejsc i zaczęło wyprowadzać ludzi z lepkiej brei. Dziesięć minut później pojawiła się policja i służby medyczne, ściągnięto dodatkowe oddziały wojska.

Strażacy rozłożyli na zalanych ulicach drabiny, by ułatwić ratownikom poruszanie się w mieszaninie cieczy, błota, śmieci i gruzu. Mimo że jej poziom obniżył się, brodzenie stawało się coraz trudniejsze. Był 15 stycznia 1919 r., środek zimy, termometry wskazywały 4 st. C i maź szybko gęstniała. Nawet rośli mężczyźni nie byli w stanie wydostać się z niej o własnych siłach. Ugrzęźli w... słodkiej melasie.

Na terenie katastrofy wszystko było lepkie od melasy

Melasa to słodki syrop, który powstaje jako produkt uboczny przy produkcji cukru. Jest o 40–50% gęściejsza od wody, jej litr waży ok. 1,5 kg. W Bostonie firma United States Industrial Alcohol Company (USIA) wybudowała gigantyczny zbiornik o pojemności 8,7 mln litrów. Napełniała go melasą przewożoną statkami z Karaibów. Bezużyteczna dla tamtejszych cukrowników, była cennym surowcem dla producentów alkoholu i materiałów wybuchowych.

Feralnego dnia ok. godz. 12.30 zbiornik pękł i się rozpadł. Gigantyczna fala jak tsunami runęła na bostońską dzielnicę North End. Akcja ratunkowa trwała całą noc. „Gdy ratownicy zatrzymywali się, po minucie przyklejali się do podłoża. Nieszczęśnicy czekający na pomoc nie mogli się ruszyć. Krztusili się, kaszleli, melasa zatykała im nozdrza i usta. Wielu było nią tak oblepionych, że po kształtach trudno było rozpoznać, czy jest to człowiek, zwierzę czy jakiś przedmiot” – relacjonował reporter AP.

Ludzie słuchali ratowników, którzy wzywali, by się nie ruszali i czekali na pomoc. Policjanci musieli dobijać strzałami uwięzione zwierzęta. W szpitalach zabrakło miejsc, rannych zwożono więc do zaimprowizowanych lazaretów. Rozbrzmiewały w nich krzyki i płacz rodzin, które nie mogły rozpoznać swoich zmasakrowanych, oblepionych zaschniętym syropem bliskich.

Do świtu wydobyto 15 ciał. Następnego dnia przystąpiono do oczyszczania zalanych ulic i domów. Zadanie było bardzo trudne – ponad 300 robotnikom zajęło pół roku. Melasę spłukiwano słoną morską wodą tłoczoną przez pompy na statkach ratowniczych i strażackie motopompy. Do absorpcji tysięcy hektolitrów słodko-słonego roztworu używano piasku. Co pewien czas natrafiano na kolejne zwłoki, ostatnie znaleziono cztery miesiące po katastrofie.

Utaplani w syropie ratownicy i mieszkańcy dzielnicy roznieśli go po ulicach, stacjach metra, wagonach kolejowych, sklepach i domach. Gazety pisały, że po kilku dniach wszystko, czego dotknęli bostończycy, było lepkie. Słodkawy zapach unosił się nad miastem do kolejnej zimy.  

Kto odpowiadał za katastrofalną powódź melasy?

Gdy opadły pierwsze emocje, rodziny ofiar zaczęły składać pozwy przeciw koncernowi USIA. Było ich tyle, że przekształcono je w jeden pozew zbiorowy. Proces trwał pięć lat. Przesłuchano ponad tysiąc świadków i kilkudziesięciu biegłych, przedstawiono 1,5 tys. dowodów rzeczowych.

Koncern nie poczuwał się do winy. Jego adwokaci przekonywali, że przyczyną katastrofy był wybuch bomby podłożonej przez anarchistów. Etanolu wytwarzanego z melasy używano bowiem do produkcji dynamitu i nitrogliceryny. Zaledwie dwa miesiące wcześniej zakończyła się I wojna światowa i anarchiści żądali przerwania zbrojeń. Mieli nawet telefonować do firmy z pogróżkami.

Ponieważ żaden ze świadków nie słyszał odgłosu eksplozji, prawnicy starali się przekonać sąd, że bombę umieszczono wewnątrz zbiornika. Nie znaleziono żadnych dowodów potwierdzających tę teorię.

Dziennikarze i tropiciele spisków zwrócili uwagę na zbieżność w czasie między katastrofą i wprowadzeniem w USA prohibicji. Ustawa została już uchwalona przez Kongres, ale ponieważ ograniczała swobody obywatelskie, musiała uzyskać moc konstytucyjną. A to wymagało ratyfikacji 18. poprawki do ustawy zasadniczej przez poszczególne stany.

Brakowało już tylko jednego głosu – Nebraski, jednak wynik głosowania zaplanowanego na 16 stycznia 1919 r. był przesądzony. Co oznaczało, że za rok, 17 stycznia 1920 r., zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu wejdzie w życie. Podejrzewano więc, że kierownictwo USIA chciało wykorzystać ostatnią okazję do wyprodukowania możliwie największej ilości rumu.

Dlatego po brzegi wypełniło zbiornik trzcinową melasą. Proces nie potwierdził ani nie podważył tej hipotezy. Wykazał natomiast wiele zaniedbań ze strony firmy.

Wydano wyrok, ale wiele pytań o katastrofę pozostało bez odpowiedzi

Zbiornik wybudowano w 1915 r., gdy w Europie już trwała wojna i gwałtownie rosło zapotrzebowanie na materiały wybuchowe. Zleceniodawcom zależało na jak najszybszym zakończeniu inwestycji, by ruszyć z intratną produkcją. Dlatego wiele prac wykonano niechlujnie, nie przeprowadzono nawet próby szczelności poprzez napełnienie zbiornika wodą.

Z zachowanych dokumentów wynika, że przeciekał od pierwszego dnia. Gdy pracownicy zwracali na to uwagę, zbywano ich, że skoro zbiornik już stoi, to co można zrobić? Historyk i publicysta Stephen Puleo w wydanej w 2004 r. książce „Dark Tide: The Great Boston Molasses Flood of 1919” (Ciemna fala: Wielka bostońska powódź melasy w 1919) odpowiada, że mieli do zrobienia jedną rzecz: nie pozwolić na oddanie go do użytku.

Nie tylko pozwolili, ale ignorowali wszelkie sygnały ostrzegawcze. Gdy przez szpary między płytami zaczął wyciekać syrop przyciągający spragnione słodyczy dzieci... zamalowali nieszczelne miejsca brunatną farbą. Podobnie „zabezpieczyli” szczeliny wokół nitów. Dwa dni przed katastrofą robotnicy alarmowali, że ze zbiornika wydobywają się niepokojące dźwięki przypominające jęki i buczenie. Nawet to nie skłoniło kierownictwa  do podjęcia jakichkolwiek działań.

Eksperci, specjaliści od metalurgii ustalili, że przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne zbiornika, brak nadzoru i nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Wykluczyli wybuch bomby, stwierdzając, że odgłosy przypominające wystrzały wydawały puszczające nity.

Mimo że koncern United States Industrial Alcohol Co. wydał na prawników mających dowieść jego niewinności pół miliona dolarów, przegrał proces. Sąd nakazał mu wypłacenie 628 tys. dol. (odpowiednik dzisiejszych 9 mln) odszkodowania. Rodziny ofiar i najciężej poszkodowani otrzymali po 7 tys. dol. (100 tys. według obecnej siły nabywczej).

Niemający precedensu proces, którego dokumentacja liczyła 45 tys. stron, wykazał konieczność wprowadzenia zmian na styku biznesu i prawa. Jako pierwsze zareagowały władze Bostonu i stanu Massachusetts. Po ogłoszeniu wyroku wprowadziły obowiązek uzyskiwania zezwoleń na budowę obiektów przemysłowych. Wydawano je dopiero po przedstawieniu do eksperckiej analizy szczegółowych planów. Podobne rozwiązania rozciągnięto z czasem na całe Stany Zjednoczone.

Z katastrofy wyciągnięto więc wnioski, wskazano winnych, ale wiele kwestii nadal pozostało nierozwiązanych. Nie wyjaśniono, dlaczego zbiornik rozpadł się tak gwałtownie, a wypływająca melasa spowodowała tak wielkie zniszczenia. Wydawało się też niemożliwe, by gęsta i lepka ciecz płynęła z szybkością przekraczającą 50 km/godz.

Ciężka i ściśnięta w zbiorniku melasa była wybuchową mieszanką

W 2014 r. naukowcy z Massachusetts Institute of Technology przeprowadzili komputerową i mikroskopową analizę ścian zbiornika. Uzyskane wyniki potwierdziły, że konstruktorzy popełnili fundamentalne błędy. Dla zbiornika na gęstą i ciężką melasę zastosowali podobne parametry jak dla cysterny na wodę czy ropę naftową. W efekcie stalowe ściany miały grubość od 0,67 cala (17 mm) u podstawy do 0,31 cala (8 mm) na szczycie.

„Powinny być co najmniej o 50 proc. grubsze” – pisał w raporcie dr Ronald Mayville, ekspert w dziedzinie metalurgii i inżynierii materiałowej. Okazało się też, że dla oszczędności użyto stali ze zbyt niską zawartością manganu. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby zbiornik stał w tropikach. Ale w Bostonie temperatury spadały zimą poniżej -15  st. C i w takich warunkach stal bez manganu szybko kruszała.

Dwa lata później naukowcy z Uniwersytetu Harvarda przeanalizowali raporty meteorologiczne, protokoły policyjne, plany miasta i mapy ukształtowania terenu. Okazało się, że w przeddzień katastrofy nastąpiła gwałtowna zmiana pogody, temperatura wzrosła z  –17 st. C do +4 st. C.

W gigantycznym zbiorniku znajdowała się spora ilość schłodzonej melasy. Mimo to zaczęto go dopełniać cieplejszym surowcem ze statku, który przypłynął z tropikalnego Puerto Rico. By ułatwić przepompowywanie, syrop dodatkowo podgrzano. Stworzono w ten sposób mieszaninę, która zaczęła szybko fermentować.

W zamkniętym zbiorniku gwałtownie rosło ciśnienie powstającego w wyniku fermentacji dwutlenku węgla. Zbyt słaba konstrukcja nie wytrzymywała naporu, dlatego robotnicy słyszeli jej „jęki i buczenie”. Ponieważ nie zrobiono nic, by zmniejszyć ciśnienie, po dwóch dniach zbiornik rozpadł się.

Zespół badaczy z Harvardu przeprowadził następnie eksperymenty z melasą w identycznych warunkach, jakie panowały w Bostonie. Ich wyniki przedstawiła na konferencji Amerykańskiego Stowarzyszenia Fizyków dr Nicole Sharp, specjalistka w dziedzinie dynamiki. Potwierdziła, że brunatna fala mogła się przemieszczać z prędkością uznawaną wcześniej za niemożliwą.

Dlaczego? Bo melasa należy do tak zwanych cieczy nienewtonowskich, czyli płynów, które nie zachowują się zgodnie z prawem hydrodynamiki sformułowanym przez Isaaca Newtona. Lepkość i gęstość takich substancji nie jest wartością stałą, lecz zmienia się w zależności od oddziałujących na nią sił. Kałuża wody, jako cieczy newtonowskiej, po uderzeniu rozbryzguje się na wszystkie strony.

Melasa zmienia swą lepkość i może stać się bardziej płynna albo stwardnieć. W Bostonie energii „dostarczył” jej sprężony dwutlenek węgla. Runęła więc najpierw z ogromnym impetem zmiatając domy, pojazdy i ludzi, by po chwili pod wpływem niskiej temperatury gwałtownie zgęstnieć i uwięzić ofiary w śmiertelnej pułapce. „Gdyby do katastrofy doszło w czasie upalnego lata, liczba ofiar i skala zniszczeń byłyby mniejsze” – podsumowała dr Sharp. Sto lat temu o tych właściwościach melasy jeszcze nie wiedziano.