Dwójka dzieci, wielki dom pod Krakowem i kilkuletni staż małżeński. Anna R.-F. i Mariusz F. uchodzili wśród okolicznych mieszkańców za wzór do naśladowania. Otaczał ich mit „wspaniałej rodziny za wysokim murem”, aktywnych i przedsiębiorczych 40-latków – ona: prokurent w firmie budowlanej, on: inżynier budownictwa i informatyk. Choć ich życie owiane było tajemnicą, sąsiedzi i tak wiedzieli swoje.

– Mariusz to dobry i spokojny człowiek. Tylko ta kobieta go do depresji doprowadziła. Niech pan słucha. Kiedyś, to było w Wigilię, poszedł do sklepu po chleb. Podobno mieli mieć więcej gości, więc kupił 8 bochenków. Po przyjściu do domu, ta go opierd..., że wydaje niepotrzebnie pieniądze, bo miał kupić tylko dwa. Wigilię, najbardziej rodzinny dzień w roku, spędzili chyba osobno, pokłóceni. Później chodził struty przez kilka dni. Mówił, że nie tak miało to małżeństwo wyglądać – opowiadał jeden z sąsiadów w podkrakowskiej Rżące.   
– To była przykładna rodzina. Zawsze w nowych ciuszkach, bogaci, ładne samochody. On bardzo komunikatywny, ona mniej, ale też miła.  Co tu dużo mówić, ona chyba wolała jego pieniądze niż jego – mówił inny okoliczny mieszkaniec. 

To tylko relacje postronnych osób i nie wiadomo, ile w tym prawdy. Faktem jest, że w małżeństwie państwa F. nie działo się najlepiej. Obwiniali się o zdrady. On z Małgorzatą Z., ona z Marcinem T. Przestali się rozumieć i akceptować. Zaczęli rozmawiać o rozwodzie, ale dla dobra dzieci odłożyli temat.

 

Pojawia się atrakcyjny kochanek

Sprawy zmieniły bieg latem 2011 r. Anna R.-F. w samolocie poznała Pedra F. Zamożnego, przystojnego Portugalczyka. Od razu jej zaimponował, był wiceprezesem międzynarodowej korporacji budowlanej, odpowiadał za inwestycje na niebotyczne sumy w całej Polsce. Nie przeszkadzało jej, że od kilku lat ma dzieci i żonę Polkę.

Wymienili się numerami telefonów. Od wspólnego lotu kontakt się nie urywał. W końcu lawinowa wymiana esemesów sprowadziła ich do jednej z restauracji na kawę. To im nie wystarczyło. Przyszedł czas na wspólne wyjazdy do Poznania i Warszawy. W pokojach luksusowych hoteli najprawdopodobniej nie nudzili się, przynajmniej tak można dowiedzieć się z akt prokuratorskich.

Szczegółów nie poznamy, ponieważ pikantne relacje zostały objęte tajemnicą. Wiadomo, że spotykali się regularnie co dwa, trzy tygodnie. Ostatni raz we Wrocławiu, w lutym 2012 roku. Mężowi tłumaczyła się, że ma spotkania lub delegacje biznesowe i nie będzie jej w domu. 

 

Pomimo kosmopolitycznego stylu życia, który prowadziło małżeństwo, Mariusz podejrzewał żonę o romans. Wiedział, że jej wyjazdy, spotkania i wiadomości nie miały wiele wspólnego z pracą prokurenta w firmie medycznej. Chciał znaleźć dowód. W internecie trafił na program szpiegujący, który monitoruje telefony komórkowe. Przez cały tydzień Anna dostawała nic nieznaczące esemesy od znajomych oraz kolegi z pracy, którego Mariusz F. wcześniej niesłusznie podejrzewał o romans z żoną. Nie było sensu dłużej korzystać z programu, zwłaszcza że generował duże rachunki telefoniczne.

W poniedziałek rano, 27 lutego, F. zadecydował, że usunie żonie program z telefonu w weekend, kiedy miał do niego łatwiejszy dostęp. Wtedy przyszła wiadomość z nieznanego wcześniej numeru, którego treść wskazywała na romans nadawcy z jego żoną. Zdziwiony zadzwonił. Odebrał Pedro.

Tego samego dnia Pedro F. do późna nie wracał do domu, nie odbierał telefonów. Żona Portugalczyka zaczęła wydzwaniać po znajomych, zawiadomiła policję o zaginięciu męża. Osoby w biurze słyszały, że umawiał się z kimś. Rozmawiał po angielsku i wyjechał swoją terenową toyotą.

Mariusz F. po krótkiej telefonicznej dyskusji przygnębiony wyszedł z biura. Zostawił włączony komputer i bieżące dokumenty. Wszystko wyglądało, jakby miał pojechać tylko na obiad. Kamery monitoringu sieciowego fast foodu zarejestrowały, jak podjeżdża swoim passatem na parking. Chwilę później obok niego parkuje Toyota Land Cruiser.

Mąż oraz kochanek Anny przywitali się, choć ręki sobie nie podali. Pedro wrócił za kierownicę swojego auta, Mariusz usiadł na miejscu pasażera. Z relacji wiadomo, że chciał przekonać Pedra, by odczepił się od jego żony. Co odpowiedział Portugalczyk? Nie wiadomo. Kilka minut wspólnie jechali terenowym autem. Lokalizator ustalił, że z centrum udali się na peryferie miasta. Tam auto zostało porzucone. Wieczorem lokalne media podały, że straż pożarna gasi płonący samochód.

Mariusz wrócił do domu. Po kilku godzinach powiedział żonie, że Pedro już nie żyje. Rano Anna R.-F. poinformowała swego ojca, że „stała się rzecz straszna”. Jej mąż został zatrzymany i oskarżony o zabójstwo. Szczegółowe wyjaśnienia pokazały, co działo się w tym dramatycznym dniu.

 

Śmierć w czarnym prochu

Po odczytaniu esemesa od Pedra Mariusz postanowił spotkać się z kochankiem żony. Wybrał parking w centrum miasta, niedaleko siedziby firmy portugalskiego biznesmena. Wcześniej do teczki schował czarnoprochowego Colta „Sheriff” – nabył go po próbie włamania do jego posiadłości. Na pistolet nie potrzebował zezwolenia, a niezbędne elementy, w tym kule i proch, mógł legalnie kupić przez internet.
– To, że Mariusz F. zabrał ze sobą ten pistolet, może wskazywać na działanie z zamiarem ewentualnym – twierdzi Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji.

Z wyjaśnień oskarżonego dowiadujemy się, że na miejscu, w czasie burzliwej dyskusji, doszło do spięcia. Pedro, wkładając rękę do marynarki, sprowokował Mariusza do wyciągnięcia broni. Zdawało mu się, że Portugalczyk wyciąga pistolet. Nie miał go. Po krótkiej szarpaninie kolekcjonerski rewolwer wypalił. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się czy celowo, czy przypadkowo.

W amoku zdradzany mąż wystrzelił jeszcze czterokrotnie. Następnie przeniósł ciało Portugalczyka na prawy fotel. Przez cały Kraków pojechał na obrzeża miasta w okolice ogródków działkowych. Porzucił zwłoki i samochód Pedra F., a następnie wrócił autobusem po swój samochód na parking.
Kolejnym celem był dom, z którego zabrał kanister z benzyną.

Po ok. trzech godzinach od zabójstwa powrócił w okolice ogródków działkowych. Przeciągnął ciało i podpalił samochód rywala. Zwłoki Portugalczyka były w takim stanie, że identyfikacja okazała się niemożliwa. Ale policja od razu wiedziała, że jest to ciało Pedra F.

Rzecznik Prokuratury Okręgowej Barbara Marcinkowska stwierdził, że działanie było celowe i zaplanowane.
– Napięcie emocjonalne narasta przez dłuższy czas, znajdując ujście w nagłym wybuchu nawet pod wpływem pozornie błahego bodźca – mówił mecenas Robert Kubicki, obrońca oskarżonego. Mariusz F. usłyszał wyrok 15 lat. "To była zbrodnia z namiętności" - argumentował sędzia.