Nałogowy gracz gra po to, żeby przegrać – tak Marianna (imię zmienione) skomentowała swoje uzależnienie od hazardu. Na początku były kryształowe żyrandole, zapach cygarowego dymu i hipnotyzujący blask mosiężnego słupka nad obracającym się mahoniowym kołem z liczbami. Czarne, czerwone, czarne... Tuk-tuk, serce biło w rytm przeskakującej przez przegródki kulki.

Na końcu tłuczenie palcem w przycisk i wwiercająca się w mózg melodyjka błyskającej światłami maszyny, upchniętej w ciemnym kącie osiedlowej „jaskini hazardu” – obskurnej budy między kantorem a warzywniakiem, z zaklejonymi szybami, pełnej odoru dawno niemytych ciał. Bo przecież mycie zabiera czas, który można przeznaczyć na granie.

Do odejścia od maszyny mógł ją zmusić tylko kompletny brak pieniędzy. Także tych potencjalnych. Najpierw ze sprzedaży wszystkiego, co miała (zegarek, obrączka, samochód). Potem z pożyczek: od znajomych i lichwiarzy, przy których – jak mówi Marianna – „Provident to Caritas i Matka Teresa w jednym”. Wreszcie z kradzieży – zarówno prostych, jak i defraudacji „w białych rękawiczkach” milionowych sum z firmowych kont.

Każda godzina spędzona na czymś  innym niż gra wydawała się jej nie tylko bezsensowną stratą czasu, ale i powodowała fizyczne objawy: zlewny pot, drżenie rąk, suchość w ustach czy niemożność skoncentrowania się.

Wszystkie znikały, gdy tylko Marianna zasiadała do gry. „Hazardzista, który wejdzie do kasyna z ciężką grypą, po 10 minutach ma 36,6 st. C i zero objawów. Jakby właśnie połknął najskuteczniejszą na świecie aspirynę” – mówi.

 

W MÓZGU NAŁOGOWCA

Co sprawia, że mózg potrafi tak skutecznie oszukać ciało? W przypadku uzależnień od substancji, jak alkohol czy kokaina, mechanizm wydaje się prosty: wystarczy dostarczyć z zewnątrz coś, co zmienia chemiczną równowagę naszego centrum dowodzenia. Wyrzut dopaminy czy przypływ hamujących neuroprzekaźników z GABA (kwasem gamma-aminomasłowym) na czele działają na mózg jak nawóz na ogrodowe rośliny: z początku szybciej rosną i piękniej kwitną, ale gdy jest go w nadmiarze – wypala je do gołej ziemi. Naukowcy wiedzą, że wiele związków chemicznych potrafi pobudzać w ludzkim mózgu tzw. układ nagrody, wyzwalając uczucie zadowolenia czy wręcz euforii. Ponieważ takie pobudzenie jest zwykle o wiele silniejsze niż to, które jest w stanie wyprodukować sam mózg, z czasem „zewnętrzna” stymulacja uszkadza szlaki neuronalne tak, że bez niej nie potrafi my już odczuwać przyjemności.

W przypadku takich nałogów jak hazard czy zakupy obraz się jednak komplikuje, bo przyczyną problemów jest sam mózg. A konkretnie – jego reakcja na to, co dzieje się w otoczeniu. Tu nie wchodzą w grę żadne „obce” chemikalia, tylko własna, wewnętrzna produkcja. Neurolodzy nazywają to nadstymulacją kompensacyjną.

Chodzi o to, że większości z nas do osiągnięcia dobrego samopoczucia wystarcza spacer w piękną pogodę albo spotkanie z przyjaciółmi. Tymczasem nałogowy fonoholik czy zakupoholik potrzebuje do tego wielu godzin ze smartfonem albo góry rzeczy, kupionych za (zwykle pożyczone) pieniądze. Pomysł matki natury był prosty: w mózgu powinien być układ, który nagradza nas za zachowania służące przetrwaniu. Nagrodą za jedzenie czy seks było poczucie przyjemności, które zapewniało ciągłość gatunku. W miarę rozwoju ludzkości musiały pojawić się dodatkowe mechanizmy kontroli sprawiające, że nie rzucamy się bez zastanowienia na surowe mięso na straganie ani na (choćby i ponętną) koleżankę z pracy.

Znaleźliśmy też różne inne zajęcia, które wzbudzają lub podnoszą nasze poczucie zadowolenia. Pierwotny układ nagrody obrósł więc w rozmaite dodatki i bezpieczniki, ale – jak to z mechanizmami ukształtowanymi przez ewolucję bywa – nie zawsze wszystkie działają prawidłowo. Zdarza się, że coś pójdzie nie tak i wówczas ktoś musi np. uprawiać seks z przypadkowymi osobami, by rozładować napięcie. Albo odwrotnie – seks w ogóle go nie kręci, za to nie może żyć bez zakupów.

 

GENY – GŁÓWNI WINOWAJCY?

Na temat uzależnień wiemy coraz więcej, ale nadal nie wyjaśniono najważniejszego: dlaczego u jednych w trakcie zakupów czy partii pokera mózg rozjarza się jak choinka w święta, podczas gdy u innych ledwie się żarzy. I dlaczego taki efekt daje właśnie ten, a nie inny bodziec. Przy typowych uzależnieniach – np. od alkoholu czy kokainy – mamy do czynienia z brutalnym włamaniem do układu nagrody. Zażycie euforyzującej substancji aktywuje bezpośrednio jądra półleżące w mózgu i zwiększa w nich poziom dopaminy do fizjologicznie niespotykanych wartości. Jesteśmy w euforii, świat jest piękny. Ale ten stan mija i prędzej czy później dochodzi do rozwoju tolerancji na działanie narkotyku. Układ nagrody nie potrafi już utrzymać w miarę normalnego poziomu szczęścia bez sztucznego wspomagania. Większość osób uzależnionych od substancji potrzebuje więc kolejnej dawki nie po to, by poczuć się szczęśliwym, tylko po to, by przestać czuć się głęboko nieszczęśliwym.

Dużą rolę odgrywają w tym – jak się wydaje – genetyczne predyspozycje. Wiadomo, że są tacy, którzy piją regularnie przez lata, ale nie wpadają w nałóg. Podobnie z kokainą – z testów wynika, że uzależnia 10–15 proc. tych, którzy jej spróbowali. Badania na bliźniętach dowiodły, że geny determinują podatność na nałóg nawet w 78 proc. Obrazowanie mózgu u niepijących alkoholików wykazało, że układ nagrody w ich mózgach ma mniejszą objętość.

Na ile jednak jest to skutek długotrwałego picia, a na ile przyczyna uzależnienia – nie wiadomo. Czy hazardziści bądź seksoholicy też mają wrodzony defekt mózgu, który sprawia, że bez nałogu życie wydaje się im jałowe i nudne do bólu? Sporo za tym przemawia. „Hazard jest bardzo demokratyczny. Często przy jednym stole do Black Jacka siedzi prostytutka, taksówkarz, milioner, celebryta, prezes dużej firmy i piłkarz. I są sobie równi, choć każdy gra za inną stawkę, a niektórzy muszą zadowalać się rolą kibica” – mówi Piotr (imię zmienione), pracownik jednego z kasyn.

Mechanizmy uzależnienia od substancji doczekały się już setek badań, w których sprawdzano, jaki związek chemiczny wpływa na konkretne receptory i jakie są efekty tego działania. Natomiast w przypadku nałogów behawioralnych większość prac ma charakter obserwacyjny. Laboratoryjne szczury łatwo uzależnić od alkoholu czy kokainy, ale trudno wyobrazić sobie model, w którym zwierzęta popadłyby w uzależnienie od hazardu czy zakupów.

 

SKUTECZNEGO LECZENIA BRAK

„Są ludzie, którzy najchętniej by u nas zamieszkali – opowiada Piotr. – Przychodzą codziennie, a pojedyncze dni absencji, to – można w ciemno założyć – ciężka choroba. Pamiętam gościa, który w 2015 r. był u nas 352 razy. Przyszedł również w dniu pogrzebu syna”. Takie zachowania na pierwszy rzut oka łudząco przypominają tryb życia alkoholika, który codziennie musi się napić, a dla zdobycia flaszki skłonny jest okraść własne dziecko. „Zdarzyło mi się rzucić grosz człowiekowi, który żebrał pod dworcem. Zlitowałem się, widząc jego dwie zmarznięte córeczki. Dwie godziny później spotkaliśmy się w kasynie. Grał. Za bardzo konkretne stawki” – opowiada Piotr. 

Różnice między uzależnieniami od substancji a nałogami „popędowymi” są jednak na tyle duże, że w najnowszej klasyfikacji DSM-5 Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego na listę tzw. zaburzeń addyktywnych wpisano wyłącznie problemowy hazard. Inne nałogi, w tym powiązane z nowymi technologiami (jak nadmierne korzystanie z internetu, fonoholizm czy zakupy w sieci) uznano za zachowania zbyt słabo zbadane, bez jednoznacznych kryteriów diagnostycznych, a przede wszystkim bez możliwości leczenia o naukowo udowodnionej skuteczności. Większość z nich nie ma swoistych objawów świadczących o uzależnieniu. Nie można też wykazać poważnych, konkretnych szkód wynikających z nałogu. Wyjątkiem jest tu właśnie patologiczny hazard, w którym stwierdza się znacząco częstsze występowanie depresji i prób samobójczych.

Według części ekspertów innym dowodem na to, że uzależnienie np. od gier online różni się od nałogu morfinisty, jest zestaw objawów abstynencyjnych. Z definicji powinny być swoiste dla nadużywanej substancji (przy alkoholu – m.in. zlewne poty, przy morfinie – wysięk z nosa, przy kokainie – wzrost apetytu i senność). Tymczasem jeśli fonoholikowi odciąć dostęp do smartfona, doświadczy podobnych objawów jak zakupoholik, nałogowy hazardzista czy seksomaniak: lęk, niepokój, drażliwość, subiektywny dyskomfort. Ale to wszystko przejawy psychicznej frustracji, nie fizycznego „głodu” – tłumaczą fachowcy. Osoba uzależniona od czynności mimo poczucia głębokiego dyskomfortu raczej nie umrze (chyba, że w wyniku próby samobójczej). W przypadku alkoholika czy heroinisty na głodzie jest to możliwe, np. w następstwie drgawek czy odwodnienia.

 

PRZYJEMNA OBSESJA

Różnice w mechanizmach sprawiają, że leki takie jak naltrekson czy nalmefen, często stosowane w leczeniu uzależnień od substancji, nie są tak skuteczne przy nałogach „czynnościowych”. Podobnie jak stosowane w leczeniu natręctw i kompulsji preparaty zwiększające przekaźnictwo serotoninergiczne. Zdaniem niektórych specjalistów nałogi związane z czynnościami należy zaliczyć właśnie do kategorii obsesji i kompulsji. Ale tu znów pojawia się istotna różnica: w zaburzeniach obsesyjnych natrętne myśli i wynikające z nich działania są przez samego pacjenta postrzegane jako obce, nienaturalne i sprawiają mu przykrość. Np. ktoś głęboko religijny obsesyjnie myśli o zdradzie małżonka, a kulturalny „przymusowo” wypowiada przekleństwa. Tymczasem rozmyślania o hazardzie, seksie czy zakupach (a także ich realizacja) na ogół sprawiają nałogowcom przyjemność i są zgodne z cechami ich osobowości. Przykrość sprawiają dopiero konsekwencje tych zachowań. Z drugiej jednak strony można znaleźć też dowód na fizjologiczne podłoże uzależnień behawioralnych.

Ubocznym skutkiem podawania leków stosowanych przy chorobie Parkinsona, które zwiększają poziom dopaminy, są zaburzenia zachowania niemal identyczne z uzależnieniami behawioralnymi. Nawet u kilkunastu procent leczonych w ten sposób pacjentów pojawiały się nietypowe zachowania: nagle zaczynali nałogowo grać na automatach, tracili oszczędności na zakupach albo angażowali się w przypadkowy seks. Co ważne, zanim zaczęto im podawać preparaty, nie mieli żadnych tego rodzaju problemów, zaś po ich odstawieniu lub zmniejszeniu dawki zachowanie wracało do normy. Możliwe więc, że nałogowi hazardziści mają wyższy poziom dopaminy w mózgu niż inni ludzie.

 

NEURONY POTRZEBUJĄ STYMULACJI

Doświadczenia w komorze deprywacyjnej dowodzą, że jeśli nie docierają do nas żadne bodźce, nasz mózg zaczyna je sobie wymyślać. Pojawiają się błyski światła, czujemy „mrówki” wędrujące po skórze, słyszymy szum nieistniejących fal... Być może na podobnej zasadzie działa mózg hazardzisty, który nie może pójść do kasyna – fabrykuje marzenia o graniu. A mózg maniaka gier każe mu przez sen jeszcze raz przeżywać ostatnią rozgrywkę z takim realizmem, że na jawie palce bolą od ściskania niewidzialnego joysticka. „To było tak realne, że po obudzeniu byłam na siebie wściekła, że znów zagrałam” – opisywała Marianna swoje koszmary z okresu abstynencji.

Wielu ekspertów skłania się ku opinii, że nałogi behawioralne nie są uzależnieniami, lecz należałoby je raczej uznać za zaburzenia kontroli impulsów, takie jak piromania, kleptomania czy ekshibicjonizm. Problemem w takim podejściu może być fakt, że – zależnie od stosowanych kryteriów – nałogowe zachowania mogą występować nawet u co drugiego dorosłego człowieka. Są przecież rzeczy, które wzbudzają w nas fascynację pomieszaną z przerażeniem, ale nie nazywamy ich nałogami. Czy za uzależnionego uznamy himalaistę szykującego się do wyprawy na ośmiotysięcznik? Albo nurka bijącego kolejne rekordy głębokości? Gdzie jest granica między zachowaniem kulturysty przygotowującego się do zawodów a nerwicą atletów, czyli uzależnieniem od ćwiczeń fizycznych?

Kilka lat temu amerykańcy badacze przeanalizowali 83 prace dotyczące rozpowszechnienia 11  najczęstszych nałogów. Okazało się, że w ciągu roku ulegało im 15–61 proc. dorosłych obywateli. „Czy to zatem jeszcze patologia (czyli odchylenie od normy), czy może już norma?” – pytają autorzy. Możliwe, że nałogi behawioralne lepiej byłoby zacząć analizować z perspektywy socjologicznej. Może są sposobem na rozładowywanie wszechobecnego stresu? Wojna na argumenty między zwolennikami medykalizacji problemu a stronnikami podejścia filozoficznego zapewne szybko się nie skończy.