Sonda Parker Solar Probe ruszyła w kosmos. Zgodnie z planem gdy po kilku miesiącach dotrze do celu, będzie musiała wytrzymywać temperatury sięgające 1400 stopni Celsjusza, a także bombardowanie rozpędzonymi cząstkami, tworzącymi wiatr słoneczny.

– Do niedawna taka misja byłaby niemożliwa. Owszem, znaliśmy materiały, które mogłyby ochronić sondę, ale były one zbyt ciężkie, by można było zbudować z nich osłony pojazdu kosmicznego. Dopiero gdy opracowaliśmy bardzo lekką piankę izolacyjną, NASA dała nam zielone światło – mówi prof. Eugene Parker, wybitny amerykański astrofizyk, którego nazwiskiem ochrzczono sondę. Po raz pierwszy tego typu zaszczyt spotkał żyjącego naukowca.

W przyszłym roku w kierunku Słońca poleci też Solar Orbiter, skonstruowany przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA). Ma on podobny cel – zbadać naszą najbliższą gwiazdę z rekordowo niewielkiej odległości. – Udało nam się przekonać i NASA, i ESA, że te badania są bardzo ważne. Dlatego będziemy mieli wyjątkową możliwość obserwowania Słońca za pomocą dwóch sond jednocześnie – mówi prof. Tim Horbury z Imperial College London, szef naukowy misji Solar Orbiter.

SKĄD TEN WIATR

Obiekt, który ludzkość obserwuje od niepamiętnych czasów, do dziś jest dla naukowców zagadką. Jej rozwiązanie to nie tylko kwestia zaspokojenia ciekawości i poszerzenia wiedzy na temat kosmosu. Gwałtowne zjawiska zachodzące na Słońcu wywierają wpływ na to, co dzieje się na Ziemi.

– Nasza cywilizacja staje się coraz bardziej uzależniona od technologii, które są bardzo wrażliwe na takie zakłócenia. A Słońce nie było i nie będzie spokojne – mówi prof. Iwona Stanisławska, dyrektor Centrum Badań Kosmicznych PAN w Warszawie. Widoczna na niebie jasna tarcza Słońca to w rzeczywistości olbrzymia kula plazmy, czyli rozżarzonego gazu – 1,3 mln razy większa niż cała nasza planeta. We wnętrzu Słońca lekkie pierwiastki – przede wszystkim wodór i hel – łączą się w cięższe podczas reakcji termojądrowych. Uwalniają się przy tym ogromne ilości energii – 386 miliardów miliardów megawatów na sekundę! – które gwiazda wypromieniowuje w kosmos.

Co ciekawe, powierzchnia Słońca ma temperaturę zaledwie kilku tysięcy stopni Celsjusza, ale jego atmosfera – tzw. korona słoneczna – rozgrzewa się do kilku milionów stopni.

– Nikt nie wie, dlaczego tak jest, bo to wbrew zdrowemu rozsądkowi. Przecież im dalej od gwiazdy jesteśmy, tym chłodniej powinno być. Dlatego wysyłamy sondę, która ma zbliżyć się do Słońca tak bardzo, że wejdzie w obszar korony – wyjaśnia prof. Parker. To miejsce interesuje naukowców z jeszcze jednego powodu. Korona słoneczna jest zbudowana z rozgrzanego gazu, który odrywa  od gwiazdy i leci w kosmos, tworząc tzw. wiatr słoneczny. Ten proces też nie został jeszcze dobrze zbadany.

– Wiemy, że w tym gazie w jakiś sposób zostaje „odciśnięte” pole magnetyczne gwiazdy i że ten odcisk dociera potem do Ziemi. Jeśli Słońce jest bardzo aktywne, wiatr słoneczny przenosi potężne zaburzenia magnetyczne, które uderzają w naszą planetę – mówi prof. Parker. Stąd biorą się piękne zorze polarne, ale też zagrażające naszej cywilizacji zakłócenia.

PRZYGOTUJMY SIĘ NA KŁOPOTY

Przed docierającym ze Słońca szkodliwym promieniowaniem i strumieniami cząstek chroni nas atmosfera Ziemi, a przede wszystkim – jej pole magnetyczne. Otula ono planetę w miarę szczelnym kokonem, trochę tylko „dziurawym” na biegunach. Jednak na Słońcu co jakiś czas dochodzi do wielkich eksplozji, co sprawia, że odrywają się od niego ważące miliardy ton obłoki plazmy – tzw. koronalne wyrzuty masy (CME). Mają one tak silne pole magnetyczne, że gdy dotrą do Ziemi, nasz kokon ochronny może sobie z tym nie poradzić.

– CME otworzy ziemską magnetosferę jak otwieracz puszkę i kosmiczna materia wleje się do środka – opisuje James Green, dyrektor naukowy NASA. Takie zjawisko jest groźne dla astronautów przebywających na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, załóg samolotów oraz krążących wokół naszej planety satelitów – także tych, dzięki którym mamy do dyspozycji cyfrową telewizję, szybki internet czy nawigację GPS. Jednak wywołana przez obłok plazmy burza geomagnetyczna potrafi również zniszczyć kluczowe punkty sieci energetycznej na Ziemi. A to oznaczałoby brak prądu w milionach domów, biur i fabryk przez długie miesiące, czyli katastrofę gospodarczą i humanitarną na niewyobrażalną skalę. Od 2008 r. uczeni alarmują, że ten scenariusz jest jak najbardziej realny.