Tak powstała Gel Lamp – prosta, a zarazem fascynująca lampka stołowa w kształcie sześcianu, która całkowicie odrzuca modę na inteligentny dom. W świecie, w którym nawet szczoteczka do zębów czy czajnik próbuje łączyć się z domowym Wi-Fi, ten mały obiekt opiera się na czymś o wiele bardziej tradycyjnym, czyli na dotyku.
Kawałek silikonu zamiast gigabajtów danych
Zamiast kupować drogie, sterowane głosem żarówki czy naklejać pod meblami tanie taśmy LED, które po dwóch miesiącach lądują w koszu, Gel Lamp stawia na jednolitą, spójną formę. Całe urządzenie ma wymiary około 11,5 na 11,5 na 11,5 centymetra i jest po prostu odlewaną ręcznie kostką z miękkiego silikonu. Niezbyt to pasuje do wizji lampy, ale czekajcie, bo jest w tym więcej sensu niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
Wybór tego jednego materiału do stworzenia zarówno obudowy, jak i samych filtrów sprawia, że przedmiot jest niezwykle przyjemny w dotyku, matowy i miękki, a jednocześnie zachowuje idealny, geometryczny kształt na półce. Chodzi więc o to, by na tę lampę nie tylko patrzeć, ale też jej dotykać, bo na tym opiera się jej działanie.



Sam mechanizm zmiany barwy światła jest genialny w swojej prostocie. W dolnej części lampki, tuż obok ściemnialnej diody LED, znajduje się wąska szczelina. To właśnie w nią wsuwa się cienkie, silikonowe płytki. Kiedy chcemy więc zmienić klimat w pokoju, nie szukamy telefonu. Wstajemy, sięgamy po płytkę w odpowiednim kolorze i wsuwamy ją na miejsca. I to tyle, żadnego telefonu, tylko mały rytuał, który zmienia wszystko.
Ten prosty gest przypomina w sumie trochę obcowanie z analogowymi odtwarzaczami płyt czy kaset. Tam też trzeba było coś zrobić, by muzyka grała dalej. Tutaj jest tak samo. Żadnego bezmyślnego klikania, tylko świadome połączenie z przestrzenią, w której żyjemy. nieco wyciąganie płyty winylowej z okładki albo kładzenie igły na czarnym krążku.
Mniej smart-chaosu, a więcej spokoju
Nie da się ukryć, że największym graczem na rynku nastrojowego światła jest obecnie system Philips Hue i pokrewne mu inteligentne żarówki. Oferują one automatyzację, harmonogramy, synchronizację z muzyką i sterowanie za pomocą Asystenta Google czy Alexy. Jest to wygodne, ale z biegiem lat staje się też nieco męczące. Jesteśmy przebodźcowani cyfrowo, a ciągłe dbanie o aktualizacje oprogramowania, resetowanie połączeń Wi-Fi czy szukanie aplikacji tylko po to, by przyciemnić światło do filmu, potrafi skutecznie zabić wieczorny nastrój.
Gel Lamp świadomie rezygnuje z tej całej cyfrowej otoczki. Nie wymaga do działania żadnego konta w chmurze, nie potrzebuje domowej sieci ani aplikacji na iOS czy Androida. Nie grozi jej to, że za dwa lata producent wyłączy serwery i urządzenie przestanie działać. To przedmiot stworzony w krótkich seriach, który ma z nami zostać na lata, zachwycając swoją dotykową naturą.


Żeby nie było, Gel Lamp nie powstało, by realnie konkurować z urządzeniami smart home, bo ciężko oczekiwać, by w tej prostej konstrukcji znalazły się inteligentne funkcje. Nie o to zresztą chodzi. Prostota ostatnio wraca do łask, bo po okresie zachwycania się wszystkim, co „inteligentne” zrozumieliśmy, że takie otaczanie się wymagającymi uwagi sprzętami nie jest do końca idealne. Zamiast ciągłych powiadomień, klikania i aktualizacji, ta lampa stawia na bardziej osobiste doświadczenia. Daje nam bezpośrednią kontrolę nad światłem i kolorem. Niby nic, jednak w rzeczywistości to zmienia bardzo wiele – daje chwilę, w której naprawdę nie ma po co sięgać po telefon.
Wydaje mi się, że poza samą warstwą wizualną, ta idea jest czymś, czego bardzo obecnie potrzebujemy. Widać to zresztą w zmianach, jakie zachodzą na rynku. Pojawia się więcej urządzeń osobistych bez ekranu, sporo producentów stawia w swoich gadżetach na wyświetlacze E-Ink, które mniej absorbują i mają sporo ograniczeń. Do tego debiutują kolejne smartfony nastawione na ograniczanie rozpraszaczy. I ta lampa dobrze się w to wpisuje, bo nie wszystko musi być smart, by spełniać swoje zadanie.
Źródło:Billy Easter
