Kiedy w 1959 roku na ekranach kin pojawiła się „Lotna” – filmowa opowieść Andrzeja Wajdy o upadku II Rzeczypospolitej na podstawie prozy Wojciecha Żukrowskiego – zawrzało. Wśród krytyków, publiczności, a szczególnie wśród tych, którzy pamiętali odległy o 20 lat wrzesień. Oto jedna ze scen filmu. Polscy ułani szarżują z szablami na niemieckie czołgi, notabene „grane” przez sowieckie T-34… Podniosły się wtedy głosy, że Wajda powiela hitlerowską propagandę o polskiej kawalerii szarżującej na czołgi. Reżyser w swojej obronie twierdził, że „Lotna” nie jest stricte filmem historycznym, lecz „impresją” o polskim losie. Ale mit po raz kolejny ujrzał światło dzienne.

Mit. Bo w rzeczywistości nigdy nie doszło do celowych szarż polskiej kawalerii na niemieckie jednostki pancerne. Co więcej, według założeń szkoleniowych konie służyły ułanom tylko do szybkiego dotarcia na pole walki. Na miejscu mieli walczyć spieszeni i tak przeważnie wyglądały boje kawalerzystów w 1939 roku. Jednak w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy, nawet w czarnej legendzie. Paradoksalnie narodziła się w czasie bitwy, która stała się symbolem chwały i skuteczności polskiej kawalerii w walce z przeważającymi niemieckimi siłami pancernymi – w bitwie pod Mokrą.

To tutaj, a nie jak się powszechnie sądzi – w Krojantach, odbyło się pierwsze starcie polskich kawalerzystów z niemieckimi siłami pancernymi. Skąd to zamieszanie? Przez niemieckich korespondentów. Kiedy przybyli do Krojant dzień po bitwie, usłyszeli, jakoby polscy kawalerzyści starli się z czołgami. Koń kontra stalowy potwór – to pożywka dla każdego reportera. Tymczasem ułani z 18. Pułku Ułanów dowodzeni przez płk. Kazimierza Mastalerza w rzeczywistości tylko dostali się pod ogień wozów pancernych. Co więcej, odbyło się to już po tym, jak 9 godzin wcześniej pół tysiąca kilometrów na południe ułani Wołyńskiej Brygady Kawalerii rzeczywiście zmuszeni byli szarżować na czołgi.

POCZĄTEK

Wołyńska Brygada Kawalerii, jedna z najlepszych jednostek kawaleryjskich Wojska Polskiego, rozkazem dowództwa Armii „Łódź” została przesunięta w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku w szeroki pas „ziemi niczyjej”, między tylko częściowo przygotowaną linię obrony wzdłuż Warty i Widawki a granicę państwa. Pułki brygady musiały szybko wypełnić 22-kilometrową lukę między Działoszynem i Kłobuckiem. Ich zadanie było proste: utrzymać pozycję za wszelką cenę, by reszta armii zyskała czas, niezbędny do zakończenia mobilizacji i koncentracji spóźnionych oddziałów. W tym momencie brygada praktycznie nie miała za sobą żadnych odwodów…

Oddziały dotarły w okolice wsi Mokra wymęczone wieczornym i nocnym marszem, a już 1 września o godzinie 4 uderzyły na nie jednostki pancerne i zmotoryzowane niemieckiej 4. Dywizji Pancernej (XVI Korpus Pancerny), wsparte lotnictwem bombowym. Walka była zacięta, sytuacja zmieniała się raz po raz. Kawalerzyści radzili sobie doskonale. Dzięki taktyce, ale i wyszkoleniu. Dużą rolę odegrała także technika. Wołyńska Brygada Kawalerii miała bowiem na swoim wyposażeniu działa przeciwpancerne i „tajną broń” Wojska Polskiego – karabiny przeciwpancerne Ur (wz. 1935), których pociski przebijały pancerze wszystkich ówczesnych czołgów niemieckich. To dzięki nim zatrzymała śmiałe natarcie doborowej 4. Dywizji Pancernej. Przysiółki wsi Mokra stały się głównym bastionem polskiej obrony przed niemieckimi czołgami. Jak się okazało nie tylko bronią palną...

 

Dowódca 12. Pułku Ułanów płk Andrzej Kuczek, stacjonujący w gajówce u wylotu wsi Miedźno, rozkazał swoim szwadronom zorganizować obronę na skrajach lasu Grodzisko i na nasypie toru kolejowego, żeby w ten sposób zamknąć wyjście na wschód z Mokrej. W tym miejscu okopały się 1. i 2. szwadron, każdy wzmocniony plutonem karabinów maszynowych i działkami przeciwpancernymi. 4. szwadron pozostał w odwodzie. Natomiast 3. szwadron, dowodzony przez rotmistrza Jerzego Hollaka, płk Kuczek wysłał do przodu – na zachodni skraj Mokrej, by ubezpieczał organizowanie obrony.

Przed ułanami rozpościerał się obraz płonących przysiółków Mokrej (ta duża wieś składała się z trzech przysiółków – Mokra I, Mokra II i Mokra III). Na ich zachodnim skraju płonęły również wraki kilku niemieckich czołgów, unieruchomionych przez ułanów 21. Pułku i baterię 2. Dywizjonu Artylerii Konnej. Dym snuł się nisko po okolicznych polach i momentami prawie zupełnie przysłaniał widoczność. Słychać było jedynie serie broni maszynowej i wystrzały artyleryjskie. Z przedpola wycofywali się w szyku konnym i luźnymi grupami żołnierze 21. Pułku.

SZARŻA

I oto pojawił się zmierzający na wskazane miejsce szwadron rotmistrza Hollaka. Na jego czele galopowały patrole bojowe. Za nimi w odległości kilkuset metrów szwadron z lancami i szablami w dłoniach. Za ostatnim plutonem ciągnięto działko przeciwpancerne. Rotmistrz Hollak był w poczcie za czołowym plutonem. Szwadron szedł kłusem w otwartym terenie wzdłuż zabudowań przysiółka Mokra III. Gęsty dym raz po raz przysłaniał widoczność, gdy patrole bojowe i czołowy pluton dochodziły do zachodniego skraju wsi. Nagle z dymu wprost na ułanów wyjechały niemieckie czołgi. Powstało zamieszanie. Czołgi otworzyły ogień ze wszystkich karabinów maszynowych. Przewracały się konie i padali z siodeł na ziemię ułani. Rotmistrz Hollak dał znak do zmiany kierunku – na skraj lasu, na zachód od wsi, poprzez ziejące ogniem wozy Niemców. Innej drogi nie było.

Niektórzy ułani starali się ciąć szablami głowy wychylonych z wież dowódców czołgów. Prowadzone w ostatnim plutonie działko przeciwpancerne otworzyło ogień, ale szybko rozjechały je „panzery”. Mimo morderczego ognia szwadronowi udało się oderwać i przeskoczyć galopem 500 metrów dzielące go od lasu. Tu oddział spieszył się (czyli pozostawił konie, by dalej walczyć pieszo), zajmując stanowiska obronne. Jak wspomina rotmistrz Kropielnicki, dowódca szwadronu ckm 12. PUł.: „Mój horyzont nie sięgał dalej jak 1000 metrów. Z powodu kurzawy i dymu widziałem tylko drzewa leśniczówki i daleką Mokrą I. Nie widziałem bliższych mi wsi Mokra II i III. Kiedy rotmistrz Hollak zniknął w kurzawie, usłyszeliśmy ogień karabinów maszynowych o bardzo silnym natężeniu. Pierwszy czołg ukazał się nam z kierunku Mokrej II w odległości 100 metrów. Rozbiła go bateria DAK […].

Kilkanaście minut później ukazało się 7 czołgów. 5 zniszczyły nasze armaty, 2 wycofały się. Po dalszych kilkunastu minutach ukazało się 17 czołgów. Około połowa została zniszczona. Zrobił się taki dym, że nie sposób było doliczyć się dalszych, wciąż przybywających”.

 

ODSKOK

Niemieckie czołgi jechały dalej i uderzyły na najbardziej wysuniętą do przodu 2. baterię 2. Dywizjonu Artylerii Konnej. Bateria odpowiedziała ogniem na wprost i zniszczyła kilka pojazdów. Została jednak otoczona przez czołgi, które rozbiły jej wszystkie cztery działa i wystrzelały ich obsługę do nogi. Jednak wcześniejsze działania tej baterii, niespodziewane starcie ze szwadronem rotmistrza Hollaka oraz obrona resztek 21. Pułku zatrzymały niemieckie natarcie w sile około 50 czołgów. Niemcy z dużymi stratami wycofali się na zachodnią stronę wsi i tam starali się przegrupować. Jednocześnie pozostała część 12. PUł. zyskała na czasie i mogła do końca przygotować obronę na skraju lasu i przy torze kolejowym.

Dochodziła godzina 10.00. Czołgi na razie nie atakowały, ale wzmógł się ogień niemieckiej artylerii, zwłaszcza na stanowiska szwadronu rotmistrza Hollaka w lesie i broniące się w środku Mokrej resztki 21. PUł. Rotmistrz Hollak zdecydował o zmianie stanowisk i rozkazał ponownie dosiąść koni. Szwadron przedarł się do zabudowań przysiółka Mokra II i tam zajął pozycje obronne, odsyłając tabun swoich koni z jednym ułanem do lasu. Tutaj szwadron utrzymał się i walczył do wieczora z nacierającymi wciąż falami pancernymi nieprzyjaciela. Niestety, po walce wrócił do swego pułku ze śmiertelnie rannym dowódcą.

Między innymi ten epizod (wsparty relacją z Krojant) – przypadkowe zderzenie się ułanów rotmistrza Hollaka z nacierającymi czołgami – posłużył Niemcom do tworzenia propagandowych relacji o szarżach polskiej kawalerii na czołgi. Wprawdzie niektórzy zaskoczeni ułani starali się dosięgnąć swymi szablami i lancami wychylonych z wież pancerniaków, ale szybko oderwali się od przeciwnika i spieszyli w pobliskim lesie, a tam Niemcom dały się we znaki nie szable, lecz karabiny przeciwpancerne i działka artylerii konnej. Trzeba też pamiętać o wyglądzie niemieckich czołgów. Bynajmniej nie były to pantery i tygrysy (jak „sugerował” Andrzej Wajda swoimi „przemalowanymi” T-34 w „Lotnej”), lecz niepozorne i stosunkowo słabo uzbrojone Panzer I i II oraz trochę „wyższe” i mocniejsze Panzer III.

Warto też podkreślić, że doborowa 4. Dywizja Pancerna, która swoimi śmiałymi atakami starała się rozjechać polską brygadę, została zdziesiątkowana ogniem przeciwpancernym ułanów oraz pociągów pancernych i później nie podjęła już takich ataków. Jak wspomina major Koszutski, kwatermistrz WBK: „W bitwie pod Mokrą zagrało w pełni wychowanie i wyszkolenie, duch i tradycja polskiej kawalerii. Los całej brygady wisiał na cieniutkiej linii dwóch szwadronów 12. Pułku Ułanów z jednym szwadronem w odwodzie. Za linią 12. Pułku nie było NIC. Gdyby ona pękła lub została przejechana – Wołyńska Brygada Kawalerii przestałaby istnieć. Ale… ona wytrzymała. Nie cofnął się ani nie opuścił stanowiska ani jeden ułan, ani jeden pluton, ani jeden karabin przeciwpancerny, ani karabin maszynowy”. I tutaj Andrzej Wajda nie mylił się – duch kawaleryjski miał decydujące znaczenie, gdy siły były wyrównane.

DLA GŁODNYCH WIEDZY

  • S. Koszutski, Wspomnienia z różnych pobojowisk, Londyn 1976
  • M. Paluch, Działania bojowe Wołyńskiej Brygady Kawalerii, Torun 2004
  • A. Wilczkowski, Anatomia boju: Wołyńska Brygada Kawalerii pod Mokrą 1 września 1939, Łódz 1992.