Chris Mooney i Sheril Kirshenbaum, para 30-latków z USA, nie spodziewali się, że wywołają tyle zamieszania w środku wakacji. Ich książka „Nienaukowa Ameryka: jak naukowy analfabetyzm zagraża naszej przyszłości” z miejsca trafiła na listy bestsellerów i naraziła autorów na wściekłe ataki.

Chris, dziennikarz zajmujący się nauką, i Sheril, biolog morski, postawili bowiem pytanie: jaka przyszłość czeka Amerykę, w której niemal połowa ludzi nadal wierzy, że Ziemia została stworzona przez Boga 10 tys. lat temu, a tylko 18 proc. miało do czynienia z naukowcami? Liczby, które podają autorzy, też mogą szokować. Na 5 godzin informacji w telewizji tylko minuta poświęcona jest nauce. Liczba amerykańskich gazet z rubrykami naukowymi spadła z 95 w 1989 r. do 33 w 2009 r.

Mooney i Kirshenbaum nie są pierwszymi, którzy zauważyli, że na początku XXI w. nauka przegrywa nie tylko z religią, ale też zwykłymi przesądami. Przypadające w tym roku 200-lecie urodzin Karola Darwina i 150-lecie opublikowania przez niego dzieła „O pochodzeniu gatunków” stały się okazją do przeprowadzenia badań, mających wyjaśnić, co zostało z wielkiej teorii, która w połowie XIX w. całkowicie zmieniła sposób pojmowania świata.

Odpowiedź była wszędzie jednakowa: teoria ewolucji jest w odwrocie. Nie tylko w USA, gdzie w 31 stanach kreacjoniści – zwolennicy poglądu, że Bóg stworzył człowieka 10 tys. lat temu w gotowej postaci – od lat wojują w sądach o wprowadzenie biblijnej historii o stworzeniu świata jako obowiązkowego przedmiotu nauczania (udało im się w Kansas). Nauczanie teorii ewolucji jest zabronione w laickiej Turcji oraz krajach islamskich, podobne próby były we Włoszech oraz Serbii i Czarnogórze. W Polsce teorii kreacjonizmu będzie można uczyć na lekcjach przyrody za trzy lata w liceach o profilu humanistycznym. Ministerstwo Edukacji Narodowej tłumaczy, że w ten sposób wiedza licealistów o świecie będzie pełna. Darwin przegrywa, bo postawił tezę, której ludzki mózg nie jest w stanie zaakceptować: powstanie człowieka to wynik przypadku. A w zbiegi okoliczności nie chcemy wierzyć.

PRZYPADEK NIE ISTNIEJE


Idziesz do telefonu, by zadzwonić do znajomego. Nagle słyszysz dzwonek. To on dzwoni. Przypadek? W pokoju znajduje się 30 osób. Okazuje się, że dwie z nich mają urodziny tego samego dnia. Zbieg okoliczności? Zgodnie z matematycznymi prawami, prawdopodobieństwo wystąpienia takich zdarzeń jest większe niż 50 procent. Ale mózg nie przyjmuje tego do wiadomości. Szuka bardziej przekonujących wyjaśnień: telepatii, astrologii, przeznaczenia, szczęścia lub pecha. Jak udowodnił dr Ben Parris z Uniwersytetu w Exeter w Wielkiej Brytanii, myślenie magiczne jest typowe dla ludzkiego umysłu i włącza się zawsze, gdy nie umiemy sobie czegoś wytłumaczyć. Obwody za nie odpowiedzialne mieszczą się w lewej półkuli mózgu i uaktywniają się w niepewnych sytuacjach. To ewolucyjny spadek po naszych przodkach, którzy nie rozumieli mechanizmów rządzących światem i szukali związków między przyczyną a skutkiem. I w końcu zawsze udawało się im je znaleźć. Podobnie jak nam.

Piłkarz nie goli się i strzela gola. Raczej pewne, że następnym razem również nie sięgnie po maszynkę. Kupujemy nowe buty i idziemy do kasyna. Zgarniamy dużą wygraną. „To buty musiały przynieść mi szczęście” – myślimy. Mózg łączy dwa zdarzenia w parę. To heurystyka, mentalna droga na skróty – typowa cecha ludzkiego myślenia. Ponieważ nietypowe zdarzenia silnie zapadają w pamięć, wspominamy je długo, podczas gdy setki innych typowych („miałem nowe buty i nic nie wygrałem”) szybko zapominamy. Ponieważ – statystycznie rzecz biorąc – prędzej czy później zdarzyć się może nawet najbardziej nieprawdopodobna rzecz, droga do przesądów w naszym życiu jest cały czas otwarta.

Załóżmy, że kupujemy los na loterię, w której szansa wygranej to jedna na milion. Mało? Jeśli zakłady obstawi pięć milionów ludzi, pięciu z nich ma szansę. Dla mózgu to słabe wytłumaczenie. „Szczęśliwa kolektura” albo „szczęśliwe numery” – dużo lepsze.

Jak mówi Michael Shermer, twórca stowarzyszenia „Skeptic” wojującego z przesądami i pseudonaukowymi hipotezami, jedna szansa na milion oznacza, że w Stanach Zjednoczonych zamieszkanych przez 307 mln ludzi, 300 osobom mogą przytrafić się nieprawdopodobne rzeczy.

Tym właśnie karmią się sensacyjne tabloidy i programy telewizyjne. Przez większą część swojej historii ludzie nie żyli jednak w tak wielkich zbiorowiskach i nie mieli takiego dostępu do informacji jaki dziś.

Zdarzające się co pewien czas nietypowe sytuacje na długo zapadały w pamięć zbiorowości i były przekazywane następnym pokoleniom. Z czasem z „prostych” praktyk magicznych wyewoluowały w powszechne i niezniszczalne przesądy, które od tysięcy lat z powodzeniem stawiają opór zarówno nauce, jak i religii.

CODZIENNA MAGIA