Bo w pewnym momencie zorientowałam się, że mój „urlop” wcale nie jest odpoczynkiem. Jest po prostu zmianą pracy. Zamiast maili, terminów i obowiązków zawodowych pojawiają się pranie, sprzątanie, porządki, odkładane od miesięcy drobne naprawy i wszystkie te rzeczy, na które „normalnie nie ma czasu”. Człowiek bierze wolne, żeby odpocząć, po czym wykorzystuje wolne, żeby wreszcie zrobić wszystko, czego nie zdążył zrobić podczas pracy.
To zresztą chyba dość dobrze opisuje mój stosunek do odpoczynku. Nawet kiedy mam czas, bardzo łatwo znajduję sobie coś, co powinnam w tym czasie zrobić. Leżenie na kanapie jest przyjemne przez pierwszych kilka minut, ale potem gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl: może wstać i coś ogarnąć? Przecież skoro już mam wolne, można by w końcu przejrzeć szafę i wywalić ciuchy, których od dawna nie noszę. Albo zrobić porządek w szufladzie, której nie otwierałam od dwóch lat. I nagle okazuje się, że nawet odpoczynek potrzebuje uzasadnienia. Można leżeć, ale najlepiej po czymś. Można obejrzeć serial, ale dobrze byłoby wcześniej zrobić coś produktywnego. Można poczytać książkę, ale jeszcze lepiej, jeśli będzie to książka, którą „warto” przeczytać.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że zwyczajnie przestałam wiedzieć czym jest prawdziwy odpoczynek bez poczucia winy, że powinnam zrobić coś innego.
Urlop, czyli czas na remont
Mam zresztą wrażenie, że w Polsce urlop bardzo często funkcjonuje jako okazja do nadrobienia wszystkiego, na co nie było czasu przez resztę roku. Nie chcę oczywiście robić z tego uniwersalnej prawdy o wszystkich Polakach, bo nie mam pojęcia, jak wygląda to w innych krajach. Wiem natomiast, co widzę wokół siebie. Urlop może oznaczać wyjazd i leżenie na plaży, ale równie często oznacza remont mieszkania, malowanie ścian, generalne porządki, prace w ogrodzie albo wielkie „ogarniemy to w wakacje”, które przez kilka miesięcy spokojnie dojrzewało w głowach domowników.
Tutaj taka ciekawostka, a raczej w zasadzie dowód na to, że wakacje są w Polsce okresem wzmożonego remontowania własnego życia. Pracowałam w drukarni zajmującej się między innymi rzeczami związanymi z wystrojem wnętrz: fototapetami, obrazami i podobnymi produktami. I właśnie wtedy zauważyłam, że szczyt sezonu przypadał na wakacje. Kiedy inni planowali urlop, ktoś najwyraźniej planował również przemalowanie salonu. Można oczywiście powiedzieć, że to zwykła praktyczność. Skoro mamy wolne, mamy więcej czasu, więc możemy zrobić remont. Tylko że w tym rozumowaniu kryje się pewne założenie – wolny czas najlepiej wykorzystać wtedy, kiedy można zamienić go w konkretny rezultat. Co równie interesujące, tak wyglądało to jedynie w przypadku zamówień z naszego kraju, tych zagranicznych w tym czasie było znacznie mniej i rozkręcały się dopiero po sezonie urlopowym. Trochę to smutne, nie sądzicie?

W materiałach dotyczących toksycznej produktywności ten mechanizm pojawia się bardzo wyraźnie. Czas wolny zostaje zinstrumentalizowany, czyli zaczynamy traktować go jak kolejną przestrzeń do realizowania zadań. Remont, sprzątanie czy porządkowanie domu stają się łatwiejsze do zaakceptowania jako „odpoczynek”, ponieważ na końcu można wskazać efekt. Urlop staje się w zasadzie wolnym od pracy zawodowej, a nie wolnym od pracy w ogóle. Często nawet te drugie obowiązki są znacznie bardziej wykańczające, ale przynajmniej na końcu, padając z nóg, można sobie powiedzieć: dobrze wykorzystałam urlop.
A pytanie, czy rzeczywiście odpoczęłam, jest spychane na margines, bo jest niewygodne. Jak w ogóle zmierzyć odpoczynek? Nie da się, ponieważ nie zostawia po sobie żadnego fizycznego dowodu. Produktywność natomiast już tak. Lista została odhaczona albo nie. W mieszkaniu jest porządek albo go nie ma. To bardzo proste. Może właśnie dlatego tak trudno nam uwierzyć, że nicnierobienie również może być czymś wartościowym.
Kiedy produktywność wchodzi nam do głowy
Mam czasem wrażenie, że milenialsi to takie smutne pokolenie przejściowe, których rodzice nadal wychowali się w społeczeństwie hołdującym pracy ponad miarę i produktywności, jako wyznacznika wartości. Kiedy dorośliśmy i zaczęliśmy zauważać, że być może nie tędy droga, to social media ubrały ten sam mechanizm w piękną estetykę. Zatoczyliśmy więc koło.
Nawet jeśli podczas urlopu zignorujemy stertę prania do prasowania, a w wolnym czasie po pracy nie będziemy biegać z odkurzaczem, to wcale nie oznacza, że już odpoczywamy. Częściej nadal jesteśmy produktywni, ale w inny sposób, taki jak ćwiczenia, nadrabianie książek z listy TBR, oglądamy dokument czy uczymy się nowego języka. Oczywiście, w samych tych czynnościach nie ma niczego złego. Wręcz przeciwnie, są rozwijające, służą zdrowiu i naprawdę mogą zrelaksować.

Problem leży zupełnie gdzie indziej – w myśleniu. Czy robimy te rzeczy, bo chcemy? Czy może dlatego, że wciąż „leżenie plackiem” jest stratą czasu i czujemy, że trzeba zrobić coś wartościowego?
To trochę zabawne, ale też przykre. Kupujemy świece, koce, wygodne ubrania i aplikacje do medytacji, żeby nauczyć się odpoczywać, a następnie zaczynamy odpoczywać zgodnie z instrukcją. Wszystko musi mieć cel. Wszystko powinno coś nam dać. Jeśli po wieczorze spędzonym na kanapie nie jesteśmy bardziej wypoczęci, rozwinięci, spokojniejsi albo przynajmniej bardziej produktywni następnego dnia, pojawia się pytanie: czy ten czas nie został zmarnowany? Tylko nawet jeśli faktycznie zmarnujemy godzinę czy dwie, to czy stanie się coś strasznego?
Nawet nuda zaczęła nas niepokoić
Właśnie dlatego problem z odpoczynkiem łączy się z jeszcze jednym zjawiskiem: trudnością w znoszeniu nieustrukturyzowanego czasu. Materiały dotyczące toksycznej produktywności wskazują, że dla osoby przyzwyczajonej do ciągłego odhaczania zadań brak planu może być źródłem niepokoju. Zadaniowe wypełnienie urlopu daje wtedy poczucie kontroli, bo remont czy sprzątanie mają początek, koniec i mierzalny rezultat. Leżenie nie ma żadnego z tych elementów.
To zresztą dobrze tłumaczy, dlaczego tak trudno po prostu usiąść i niczego nie planować. Kiedy nie ma zadania, pojawia się przestrzeń na myśli, emocje i rzeczy, które przez cały dzień można było skutecznie zagłuszać. Nie zawsze są one przyjemne, czasami właśnie dlatego rzucamy się w obowiązki. Łatwiej umyć wszystkie okna w mieszkaniu niż przez godzinę siedzieć ze świadomością, że jesteśmy zmęczeni, sfrustrowani albo zwyczajnie nie wiemy, co ze sobą zrobić.

Nie każda aktywność jest oczywiście ucieczką od emocji. Nie każdy, kto podczas urlopu remontuje kuchnię, robi to dlatego, że boi się własnych myśli, ale ten mechanizm może działać w tle. Zadanie daje strukturę, a struktura daje poczucie bezpieczeństwa. Bez niej zostajemy sami z bardzo niewygodnymi pytaniami o to, co właściwie powinniśmy zrobić, gdy nie mamy co robić. Mało kto to mówi, więc zrobię to ja: nic nie trzeba wtedy robić.
Jasne, teraz jestem taka mądra, ale prawda jest taka, że sama dopiero uczę się lubić nudę i rozumieć odpoczynek. Żeby jednak dojść do tego punktu potrzebowałam przysłowiowego kubła zimnej wody. Była nim wizyta u lekarza i banalne zalecenie odpoczynku. Zamiast kiwnąć głową i po prostu przyjąć tę informację, zaczęłam dopytywać, czy lekkie sprzątanie się w to wlicza. Teraz brzmi to może zabawnie, ale właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że chyba nie do końca w ogóle wiem, czym odpoczynek jest.
Noc, kiedy wreszcie mamy czas dla siebie
Jest jeszcze jeden bardzo ciekawy skutek takiego podejścia do odpoczynku. Skoro przez cały dzień jesteśmy zajęci pracą, obowiązkami domowymi i wszystkim, co „trzeba zrobić”, zaczynamy kraść czas na przyjemności z nocy. Tu właśnie wchodzi coś, co nazywa się nocną prokrastynacją odwetową.
To nic innego jak próba odzyskania chociaż chwili wolnego czasu po spędzonym produktywnie dniu. To nic, że pośpimy godzinę czy dwie krócej, przynajmniej będziemy mieli chwilę dla siebie. Dlatego sięgamy po książkę, serial czy nawet bezmyślnie przeglądamy kolejne TikToki. Robimy to nie dlatego, że nie jesteśmy zmęczeni. Wręcz przeciwnie, jesteśmy zmęczeni, ale po raz pierwszy od wielu godzin mamy poczucie, że ten czas należy wyłącznie do nas.

Noc staje się wtedy ostatnim bastionem autonomii. Nikt już niczego od nas nie chce. Nie ma pracy, zakupów, sprzątania, telefonów ani obowiązków. Można wreszcie zrobić coś kompletnie nieproduktywnego i nie trzeba się z tego tłumaczyć. Nie ma również takiego poczucia winy, bo przecież o pierwszej w nocy nie możemy odkurzyć, bo w bloku panuje cisza nocna. I co z tego, że następnego dnia jesteśmy zmęczeni.
Niestety właśnie w ten sposób powstaje absurdalne, błędne koło. W ciągu dnia nie odpoczywamy, bo mamy za dużo do zrobienia. Wieczorem jesteśmy zmęczeni, ale nie chcemy oddać ostatnich godzin dnia na sen, bo sen oznacza kolejne przebudzenie i powrót do obowiązków. Zabieramy więc czas przeznaczony na regenerację, żeby odzyskać kawałek czasu dla siebie. Następnego dnia jesteśmy bardziej zmęczeni, więc jeszcze bardziej potrzebujemy odpoczynku, którego znowu sobie odmawiamy.
Nie wszystko musi mieć sens
Od jakiegoś czasu sama próbuję się tego oduczać. Nie będę nikogo oszukiwać – nie zawsze mi wychodzi. Wciąż zdarza mi się spojrzeć na wolny dzień i pomyśleć, że mogłabym przecież coś zrobić. Czasem odpoczywam dopiero wtedy, kiedy uznam, że „już wszystko ogarnęłam”, choć przecież doskonale wiem, że w domu nigdy nie będzie momentu, w którym absolutnie wszystko będzie ogarnięte. Zawsze znajdzie się jakieś pranie, kurz na półce, rzecz do naprawienia albo szuflada, której zawartość od miesięcy czeka na wielkie rozliczenie z przeszłości.
Mimo wszystko coraz częściej próbuję świadomie zostawiać te rzeczy. Oglądam coś, bez poczucia, że ten czas mogłabym lepiej spożytkować. Sięgam po książki czysto dla rozrywki, bez odhaczania listy i nadrabiania TBR-ów. Żadnego układania listy rzeczy do zrobienia. A czasem zwyczajnie kładę się z psem na podłodze i leżę bez żadnego celu, bo mam na to ochotę.

Tylko że to wymaga praktyki, a przede wszystkim, uświadomienia sobie, gdzie leży problem. Jeśli przez lata przyzwyczajamy się do tego, że każda chwila powinna przynosić rezultat, bezczynność może początkowo wydawać się zwyczajnie niewygodna. Warto jednak próbować.
Nie po to, żeby lepiej pracować jutro. Nie po to, żeby poprawić produktywność. Nie po to, żeby zregenerować organizm według kolejnego planu. Nie po to, żeby móc później powiedzieć, że dobrze wykorzystaliśmy wolny czas. Po nic.
Może więc właśnie tego „po nic” musimy się dzisiaj nauczyć najbardziej.
