Jakub Mielnik: Skąd pomysł na latający samochód?

Witold Mielniczek: Postanowiłem połączyć w jedno koło, śmigło i skrzydło. Zainspirowała mnie natura, która nie zna granic w wymyślaniu sposobów lokomocji.

J.M.: Ale koło to przecież wynalazek człowieka, a nie natury.

W.M.: Nieprawda, bakteria flagellum, jeden z najstarszych organizmów na Ziemi, jest wyposażona w silnik, składający się z 36 starannie dobranych komponentów, który ma tysiąc obrotów na minutę i 100-proc. wydajność. Natura ciągle wyprzedza nasze cywilizacyjne osiągnięcia.

J.M.: Czesi pochwalili się niedawno w Pradze latającym rowerem. W czym pański latający samochód jest lepszy od innych tego typu wynalazków?

W.M.: Widziałem ten latający rower, on rzeczywiście latał, ale czy da się jeździć z dwoma wielkimi śmigłami z przodu i z tyłu? To wygląda i pewnie działa fatalnie. Moje rozwiązanie, ze śmigłami wbudowanymi w koła, nie zmienia geometrii pojazdu, pozostawiając jednocześnie mnóstwo pola do zabawy kątami nachylenia i tworzenia wielu kombinacji możliwości – zupełnie jak w naturze.

J.M.: B ma już europejski patent. Co teraz? Zawrotna kariera w przemyśle zbrojeniowym? 

W.M.: DARPA, czyli agencja naukowo-badawcza Pentagonu, rzeczywiście się nim interesuje, ale ja nie chcę pracować dla wojska, bo mam złe doświadczenia. Pracowałem w zespołach, które wygrywały konkursy DARPA, pokonując ich konstrukcje robione za pół miliona dolarów, ale mimo ciężkiej pracy i mnóstwa czasu nic z tych realizacji nie wychodziło. Podobnie było także w Wielkiej Brytanii. Skonstruowałem kiedyś dla brytyjskiej armii 16-gramowego nanodrona, który świetnie sobie radził w powietrzu, ale ponieważ nasz zespół nie miał doświadczenia w realizacji dużych projektów, Ministry of Defence kupiło konstrukcję norweską po 150 tys. funtów za sztukę. Ta branża rządzi się innymi prawami.

J.M.: To jaki będzie los latającego auta?

W.M.: Planuję zrobić z tego zabawkę, a kolejnym krokiem będzie budowa pojazdu na jednego pilota w skali 1 do 1, który byłby wykorzystywany do sportów ekstremalnych. Mam do nich słabość. Sam uprawiałem kiedyś paralotniarstwo i chciałem latać. Zdałem nawet na Politechnikę w Rzeszowie, ale nie stać mnie było na licencję. Wyjechałem więc do pracy do Anglii, tu dostałem się na studia i teraz, zamiast latać, konstruuję pojazdy latające.

J.M.: Co po B?

W.M.: Piszę doktorat na University of Southampton, który jest absolutnie topową uczelnią, jeśli chodzi o inżynierię lotniczą. Zajmuję się efektem Coandy, czyli zjawiskiem, które polega na tym, że strumień płynu, gazu lub cieczy ma tendencję do przylegania do najbliższej powierzchni. Nie chcę mówić teraz o szczegółach, ale po przeprowadzeniu ponad 240 testów jestem przekonany, że kapsuła o kulistym kształcie, nad którą pracuję, będzie  mogła bez śmigieł i skrzydeł unosić się w powietrzu.

J.M.: To brzmi jak science fiction.

W.M.: Rzeczywistość szybko dogania science fiction, między innymi dzięki powszechności dostępu do wiedzy. Najlepsze pomysły ciągle rodzą się w jednej głowie. Dyktat zespołów uczonych dobiegł końca. W zespołach tworzonych przez duże instytucje i korporacje ludzie boją się myśleć. W razie problemów uciekają do matematyki i komputerów, przeliczają wszystko od nowa, powielając błędne założenia. Matematyka dobrze opisuje zjawiska, ale nie zastąpi myślenia z pionierskich czasów wynalazczości, gdy człowiek sam głowił się nad problemem.

Warto wiedzieć:

Witold Mielniczek - Pochodzi z Przemyśla. Zrezygnował ze studiów na Politechnice Rzeszowskiej i wyjechał za chlebem do Wielkiej Brytanii. Tam skończył studia, obecnie jest doktorantem University of Southampton i pracuje nad pozbawionym skrzydeł kulistym pojazdem latającym. Jego latające auto ze śmigłami zamontowanymi w płaszczyźnie kół dostało już patent europejski. Mielniczek zbudował je, gdy nie dostał wizy do USA, gdzie miał prowadzić badania dla Pentagonu.