Do czasu zebrania funduszy „chorego” przechowuje się w domu. O obecności nieboszczyka ostrzegają wiszące przed budynkiem białe wstążeczki. Do niedawna oddawano mu jedną z izb, dziś przepisy sanitarne wymuszają przeniesienie go do odrębnej budowli. Zwłok nie kładzie się już do łóżka, lecz do zalanej formaliną trumny. Wcześniej w ogóle ich nie konserwowano, używano jedynie bambusowych rurek, którymi płyny z ciała spływały poza dom. Zmarłemu codziennie przynoszono pożywienie, przekazywano wiadomości, pocieszano. Gdy bliscy uskładają wreszcie niezbędną sumę, zapraszają na pogrzeb. Przez 2–3 dni będą mieli na utrzymaniu kilkaset osób. By nieco ulżyć gospodarzom, goście przybywają z „ofiarami” dla zmarłego. Ubożsi przynoszą drób, zasobniejsi świnie, najbogatsi bawoły. W przeddzień uroczystości nieboszczyka myje się, ubiera w odświętny strój i przeprowadza do domu. Goście witają się z nim, przekazują wyrazy szacunku, częstują papierosami i winem palmowym. Kobiety podają mu posiłek.

Rankiem trumnę kładzie się na lektyce w kształcie łodzi i zmarły wyrusza w ostatnią drogę. Kondukt obchodzi wszystkie lubiane przez niego zaułki i dociera do zbudowanej specjalnie na pogrzeb „wioski umarłych”. To otaczające kolisty plac drewniane pawilony ozdobione czerwonymi lambrekinami i magicznymi znakami, wyścielone dywanami i poduszkami. Nad nimi góruje strzelista budowla z trybuną honorową, na którą zostaje wciągnięta trumna. Zmarły „obserwuje” z niej przebieg uroczystości.

Kulminacyjnym punktem rytuału jest składanie ofiar ze zwierząt. Na oczach zebranych rzezak podcina maczetą szyje  bawołów. Ich krew to dar dla bogów i duchów; mięso zostanie skonsumowane podczas stypy trwającej jeszcze jeden-dwa dni.

Potem kondukt odprowadza zmarłego do podziemnej jaskini lub groty. Przed wejściem do grobowca rodzina ustawia drewnianą figurę zwaną tau (człowiek). W miarę upływu czasu przybywa ciał i posążków. Spoglądają z wysokości na potomków krzątających się w zagrodach i na polach. Żywi w każdej chwili mogą zajść do jaskini, postawić obok trumny czy szkieletu szklankę wina, talerz z ryżem i poprosić zmarłego o pomoc.

Klatka i cień świętego drzewa

Mieszkańcy indonezyjskiej wyspy Bali są w większości wyznawcami hinduizmu i zmarłych poddają kremacji. W górach nad jeziorem Batur przetrwał niewielki tubylczy lud Bali Aga, który kultywuje zwyczaje sprzed indyjskiej kolonizacji. Nie spopiela ciał, w ziemi grzebie dzieci, niepełnosprawnych i zmarłych śmiercią nienaturalną (samobójców, ofiary wypadków). Pozostałe zwłoki przewozi się na wysepkę w pobliżu wioski Trunyan, wkłada do bambusowych klatek i zostawia na ziemi. Praprzodkowie Bali Aga czcili gwiazdy i wiatr. Wierzyli, że zasłużą sobie na wdzięczność zmarłych, jeśli pozwolą im nadal wpatrywać się w niebo.

W każdej z klatek mieści się kilkanaście trupów. Jeśli zabraknie miejsca dla nowych, usuwa się poprzedników. Zdarza się to jednak rzadko i z reguły starcza czasu na szkieletyzację szczątków. Gdy do niej dojdzie, oddziela się czaszkę i przenosi na kamienny postument pod rosnącym drzewem Taru Menyan. To endemiczna odmiana sandałowca wydzielająca niezwykle silny, przyjemny zapach. Dzięki niemu prawie nie czuć fetoru kilkudziesięciu zwłok w różnym stopniu rozkładu.

Święta kąpiel

To wyjątkowo trudny obowiązek, jaki powinien wypełnić najstarszy syn. Ci, którzy są w stanie mu sprostać, mówią, że jeśli się naprawdę kochało zmarłych, zniesie się dla nich wszystko.

Mimo represji komunistycznych władz, w kilku północnych prowincjach Wietnamu przetrwał tradycyjny rytuał boc mo. Według wierzeń dopiero on kończy proces przejścia z życia do śmierci. Zwany pośmiertną kąpielą, zmianą ubrań lub oczyszczeniem odbywa się kilka lat po pogrzebie. Jego datę ustala astrolog.