NIE popieram Urbana. Felieton Łukasza Orbitowskiego

W tej chwili, na moich oczach powstaje ruch wsparcia dla pana Jerzego. W mojej facebookowej  bańce pełno ludzi, którzy doklejają sobie wielkie uszy na zdjęciach profilowych i deklarują  „solidarność z Urbanem”. Skandalicznie niesprawiedliwy wyrok to jedno, ale prędzej urwę i zeżrę własne uszy niż zsolidaryzuję się z biednym panem Jerzym.

Pan Jerzy Urban został skazany za obrazę uczuć religijnych. Powodem była karykatura Jezusa Chrystusa, wydrukowana na pierwszej stronie tygodnika „Nie” w 2012 roku. Zgodnie z wyrokiem sądu, pan Jerzy musi zapłacić 120 000 złotych i 28 000 kosztów sądowych. To trzy razy więcej niż wnioskowała prokuratora. Wnioskuję stąd, że pan Jerzy nie cieszy się sympatią władzy sądowniczej, a przynajmniej jednego jej przedstawiciela. Swoją drogą, większość ludzi w Polsce nigdy nie widziała takich pieniędzy.

Nie mam wątpliwości – ten wyrok jest niesprawiedliwy 

Być może nawet skandaliczny i niezrozumiały. W „Nie” znalazło się wiele innych, obrazoburczych i bluźnierczych rysunków. W tym, doprawdy, nie widzę niczego obraźliwego. Inna sprawa, że nie wierzę w Boga, a najtrafniejszą, moim zdaniem, opinię o Kościele Katolickim wygłosił mój tatuator: to największy skok na kasę w historii ludzkości.

Pana Jerzego skazano za obrazę uczuć religijnych. Być może twórcom tego paragrafu w kodeksie karnym przyświecała miła idea ochrony ludzi wierzących przed nowymi barbarzyńcami, wyszedł jednak potworek, który kąsa wszystkich, którzy dają publiczny wyraz swojej niechęci do Pana Boga i jego kumpli w koloratkach. Boję się, że takich wyroków będzie więcej.

Pan Jerzy oczywiście zapłaci, z całą pewnością obróci tę sprawę na swoją stronę i jeszcze na niej zarobi. W sieci pojawiły się już dwa filmiki z jego udziałem. W jednym, przebrany za biskupa drwi z pedofilii w kościele, w drugim zachęca do kupowania nowego numeru „Nie”, tym razem w stroju sędziego. Nie mam wątpliwości, że sprzedaż skoczy. Pan Jerzy jest bowiem jednym z najinteligentniejszych i najbardziej przebiegłych osobników jacy pojawili się w naszym życiu publicznym. Dość powiedzieć, że odnalazł się trzykrotnie, w trzech różnych epokach: jako rzecznik rządu-celebryta w PRL, wydawca i redaktor w latach dziewięćdziesiątych. Obecnie jest gwiazdą na youtube. Nieźle, prawda?

Wielu uwielbia pana Jerzego. Wielu chciałoby się z nim napić. Sam nie wiem, czy odmówiłbym kielicha.

Problem w tym, że to wcale nie jest miły ani dobry człowiek 

Przeciwnie. W 1983 milicjanci zakatowali na śmierć studenta, Grzegorza Przemyka. Pan Jerzy dołożył wówczas wszelkich starań, żeby funkcjonariusze odpowiedzialni za tę śmierć nie ponieśli żadnej kary, mówiąc wprost – stawał na uszach, żeby sprawa przyschła. Sugerował, że Przemyk zmarł z winy sanitariuszy i usiłował przykryć tę sprawę upublicznieniem taśm kompromitujących Lecha Wałęsę, czemu sprzeciwił się generał Kiszczak. Na ten temat obszernie pisał Cezary Łazarewicz w książkowym reportażu „Żeby nie było śladów”. Tygodnik „Wprost” zamieścił też tekst Łazarewicza na ten temat. Dodajmy, że Łazarewicz nie jest żadnym prawicowym oszołomem, lecz reporterem wielkiej rzetelności, związanym między innymi z „Polityką” i „Gazetą Wyborczą”.

Grzegorz Przemyk miał 19 lat

Trzech milicjantów zatłukło go na śmierć. Pan Jerzy robił wszystko, żeby uniknęli kary. Dziecko prawie. Ja w wieku dziewiętnastu lat cieszyłem się życiem, które miałem przed sobą. Długim, niemal nieskończonym z tej perspektywy życiem. Przemyk poszedł do trumny. Czy jego krew, przypadkiem, nie ochlapała też paluszków pana Jerzego?

 

W tej chwili, na moich oczach powstaje ruch wsparcia dla pana Jerzego. W mojej facebookowej  bańce pełno ludzi, którzy doklejają sobie wielkie uszy na zdjęciach profilowych i deklarują  „solidarność z Urbanem”. Skandalicznie niesprawiedliwy wyrok to jedno, ale prędzej urwę i zeżrę własne uszy niż zsolidaryzuję się z biednym panem Jerzym. Krył brutalnych zabójców. Nigdy nie okazał skruchy z tego powodu. Grzegorz Przemyk żył tylko dziewiętnaście lat.

Mamy do czynienia z przedziwną sytuacją. Niesprawiedliwie skazano bezlitosnego potwora. Nie ulega wątpliwości, że każdy, nawet potwór (być może zwłaszcza potwór) ma prawo do uczciwego procesu i wyroku adekwatnego względem przewinienia. Uwielbienie dla potwora, solidaryzowanie się z nim to zupełnie inna para kaloszy. Pan Jerzy jest przezabawnym, niesłychanie bystrym i oryginalnym umysłem, być może nawet diabłem wcielonym, jak chcą jego przeciwnicy. Ale na bohatera, obrońcę demokracji, czy też obiekt zbiorowego afektu miłosnego nadaje mniej więcej tak samo jak Nergal na ministranta.

A mi się chce rzygać i nawet napiszę dlaczego 

Od upadku komuny minęło trzydzieści lat. Na zachodzie i południu Europy świeckość jest wciąż obowiązującym standardem. Tymczasem Polska, kraj w którym żyję, w którym chcę żyć i który kocham do ciężkiej cholery mentalnie tkwi gdzieś pomiędzy Jerzym Urbanem z jednej, a biskupem Głodziem i ojcem Rydzykiem z drugiej strony. Dosłownie wisi na tych wielkich uszach i wikła się w ornat. Wyobraźcie sobie jak dynda i powiewa. Smarzowski nakręcił film, z którego, jak się zdaje, wynika po prostu, że księża też są ludźmi. Pobożne władze lokalne zakazują projekcji a lud, owładnięty jakimś przerażającym instynktem stadnym wali do kin dokładnie tak samo, jak piętnaście lat wcześniej wyległ na ulicę po zgonie Karola Wojtyły.

Nie chcę żyć w takim miejscu. Nie chcę, by żyli w nim moi przyjaciele, ich dzieci, moje dzieci. Chcę Polski, w której nikt nie skazuje Urbana za jakaś idiotyczną karykaturę, ale też nikt nie czci tego faceta, nie solidaryzuje się z nim i nie stawia za wzorzec.

Przeczytaj też —->>>>>> Smutek pod schodami. Felieton Łukasza Orbitowskiego 

Więcej:kościoły