Pan Jerzy Urban został skazany za obrazę uczuć religijnych. Powodem była karykatura Jezusa Chrystusa, wydrukowana na pierwszej stronie tygodnika „Nie” w 2012 roku. Zgodnie z wyrokiem sądu, pan Jerzy musi zapłacić 120 000 złotych i 28 000 kosztów sądowych. To trzy razy więcej niż wnioskowała prokuratora. Wnioskuję stąd, że pan Jerzy nie cieszy się sympatią władzy sądowniczej, a przynajmniej jednego jej przedstawiciela. Swoją drogą, większość ludzi w Polsce nigdy nie widziała takich pieniędzy.

Nie mam wątpliwości – ten wyrok jest niesprawiedliwy 

Być może nawet skandaliczny i niezrozumiały. W „Nie” znalazło się wiele innych, obrazoburczych i bluźnierczych rysunków. W tym, doprawdy, nie widzę niczego obraźliwego. Inna sprawa, że nie wierzę w Boga, a najtrafniejszą, moim zdaniem, opinię o Kościele Katolickim wygłosił mój tatuator: to największy skok na kasę w historii ludzkości.

Pana Jerzego skazano za obrazę uczuć religijnych. Być może twórcom tego paragrafu w kodeksie karnym przyświecała miła idea ochrony ludzi wierzących przed nowymi barbarzyńcami, wyszedł jednak potworek, który kąsa wszystkich, którzy dają publiczny wyraz swojej niechęci do Pana Boga i jego kumpli w koloratkach. Boję się, że takich wyroków będzie więcej.

Pan Jerzy oczywiście zapłaci, z całą pewnością obróci tę sprawę na swoją stronę i jeszcze na niej zarobi. W sieci pojawiły się już dwa filmiki z jego udziałem. W jednym, przebrany za biskupa drwi z pedofilii w kościele, w drugim zachęca do kupowania nowego numeru „Nie”, tym razem w stroju sędziego. Nie mam wątpliwości, że sprzedaż skoczy. Pan Jerzy jest bowiem jednym z najinteligentniejszych i najbardziej przebiegłych osobników jacy pojawili się w naszym życiu publicznym. Dość powiedzieć, że odnalazł się trzykrotnie, w trzech różnych epokach: jako rzecznik rządu-celebryta w PRL, wydawca i redaktor w latach dziewięćdziesiątych. Obecnie jest gwiazdą na youtube. Nieźle, prawda?

Wielu uwielbia pana Jerzego. Wielu chciałoby się z nim napić. Sam nie wiem, czy odmówiłbym kielicha.

Problem w tym, że to wcale nie jest miły ani dobry człowiek 

Przeciwnie. W 1983 milicjanci zakatowali na śmierć studenta, Grzegorza Przemyka. Pan Jerzy dołożył wówczas wszelkich starań, żeby funkcjonariusze odpowiedzialni za tę śmierć nie ponieśli żadnej kary, mówiąc wprost – stawał na uszach, żeby sprawa przyschła. Sugerował, że Przemyk zmarł z winy sanitariuszy i usiłował przykryć tę sprawę upublicznieniem taśm kompromitujących Lecha Wałęsę, czemu sprzeciwił się generał Kiszczak. Na ten temat obszernie pisał Cezary Łazarewicz w książkowym reportażu „Żeby nie było śladów”. Tygodnik „Wprost” zamieścił też tekst Łazarewicza na ten temat. Dodajmy, że Łazarewicz nie jest żadnym prawicowym oszołomem, lecz reporterem wielkiej rzetelności, związanym między innymi z „Polityką” i „Gazetą Wyborczą”.

Grzegorz Przemyk miał 19 lat

Trzech milicjantów zatłukło go na śmierć. Pan Jerzy robił wszystko, żeby uniknęli kary. Dziecko prawie. Ja w wieku dziewiętnastu lat cieszyłem się życiem, które miałem przed sobą. Długim, niemal nieskończonym z tej perspektywy życiem. Przemyk poszedł do trumny. Czy jego krew, przypadkiem, nie ochlapała też paluszków pana Jerzego?