Dziewczyna, której jedno w głowie, w swym blogu deklarowała, że szuka przygód, a nie związku. Zwierzała się z obsesyjnej gonitwy za seksem, wyliczała, ile ma stringów i wibratorów, klasyfikowała penisy, opisywała fantazje, kochankom nie szczędziła złośliwości. Fanów przybywało jej systematycznie, aż w końcu te intymne zwierzenia czytało kilkadziesiąt tysięcy osób dziennie. Wśród nich znalazł się agent literacki, który zaproponował ekscentrycznej 33-latce opublikowanie bloga. Książka „Girl with a One– –Track Mind” o orgazmach Abby Lee z miejsca stała się bestsellerem. Szykuje się też ekranizacja wyuzdanego dzieła.

ERA BLOGÓW


Prowadzenie odważnego internetowego pamiętnika zyskało już nawet swoją nazwę – to eksribicjonizm (połączenie „ekshibicjonizmu” oraz hiszpańskiego „escribir”, czyli „pisać”). Eksribicjoniści działają na blogach. Termin „weblog” (ang. „web”, czyli sieć, i „log”, dziennik okrętowy) – ukuł programista Jorn Barger w 1997 r. Dwa lata później informatyk Peter Merholz rozbił ten termin na żartobliwe „we blog” (my blogujemy). Nowe słowo szybko trafiło do słownika internautów.

Pierwsze blogi w Polsce można było założyć na stronie nlog.org w 2000 roku. Kilka miesięcy później ruszył serwis blog.pl, dziś największy w kraju – zgromadził już 80 tys. blogów. Według wyszukiwarki blogów, Technorati, blogosfera raz na pół roku podwaja swoją objętość. W każdej sekundzie powstają dwa nowe blogi. Na świecie jest ich już ponad 60 milionów, w tym – fotoblogi (ze zdjęciami), link-blogi (z linkami), wideoblogi (z filmami), audioblogi (z głosem), moblogi (pisane SMS-ami) i splogi (tworzone przez spamerów, jako nośnik linków). Takie strony zyskują wyższą pozycję w wyszykiwarce. Większość blogów nudzi. Te ciekawe nie zawsze są nieprzyzwoite. Często piszą je entuzjaści, którzy potrafią zainteresować swoim hobby rzesze. Niektórzy jednak bez skrępowania piszą o intymnych szczegółach ze swojego życia, o których nie opowiedzieliby nawet przyjaciołom.

Dlaczego? „Kontakt w Internecie wydaje się nam w pełni anonimowy” – mówi psycholog Michał Parzuchowski, badacz Internetu ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie. „Z amerykańskich badań wynika, że nawet jeśli ludzie usłyszeli, że w Internecie łatwo wyśledzić autora konkretnej informacji, to nadal sądzą, że są anonimowi”. W jednym ze słynnych eksperymentów badacze Mary i Kenneth Gergenowie prosili ludzi o rozmowę z obcą osobą. Badanym zapewniono całkowitą anonimowość. W jasno oświetlonym pomieszczeniu poruszali z nieznajomym neutralne tematy. W ciemnym zwierzali się z najskrytszych sekretów. „Blog przypomina taki ciemny pokój. Daje nam też większą kontrolę nad przekazem. Rozmawiając z kimś twarzą w twarz, niełatwo jest przerwać w połowie, wrócić do zwierzania się później, zmodyfikować wypowiedź albo ją skasować” – mówi Parzuchowski. Z jego badań nad użytkownikami portalu blog.pl wynika, że mężczyźni piszą głównie po to, by zaprezentować swoje wnętrze, a kobiety – by pozbyć się emocji, szczególnie jeśli pamiętnik jest anonimowy. „W końcu myśli, którymi się na co dzień nie dzielę z nikim, będę mógł tu przechować” – pisze autor hopeyou- guessmyname.blox.pl.

SKRADZIONA TOŻSAMOŚĆ


Ekshibicjonista musi szokować. Czasem robi to cudzym kosztem. „Nie ukryjesz się, wciąż cię obserwuję!” – odgraża się założycielka bloga kradzione-dzieci.blog.onet.pl. Pewnego dnia znalazła blog, w którym ktoś opisywał swoje macierzyństwo, ilustrowane zdjęciami jej dziecka, skopiowanymi z jej strony. Od tego czasu tropi internetowych „porywaczy”. W detektywa bawi sie też autorka c-bool-ka-i-inne. blog.onet.pl. Kopiowanie bez zgody właściciela fotografii, notek, a nawet całych blogów okazuje się powszechnym procederem. Kradnąc treść innym, złodzieje chcą zdobyć popularność, której miarą jest duża liczba komentarzy i odwiedzin bloga. Najczęściej sięgają po fotografie dzieci, wykorzystując te zdjęcia do opisów niechcianych ciąż, poronień i gwałtów. Niektóre portale próbują się przed tym zabezpieczyć, skopiowanie zdjęć bywa utrudnione. W serwisie Zobaczcie! fotoforum. gazeta.pl moża zamieścić zdjęcie dziecka, ale administratorzy ostrzegają przed wgrywaniem fotografii golasów. Polują na nie pedofile.

Z BLOGA NA ULICĘ


Blog można prowadzić pod pseudonimem (tzw. nickiem), ale to wcale nie zapewnia anonimowości. Dowodem jest angielskie słowo „dooced”, oznaczające „zwolnienie z pracy za wpis w blogu”. Dooce to internetowy pseudonim Heather Armstrong, która w 2002 roku została zwolniona za satyryczne wzmianki na swojej stronie o szefie i współpracownikach. Jej historia nie jest odosobniona. Według badań Proofpoint, w 2006 roku jedna na pięć amerykańskich firm ukarała przynajmniej jednego pracownika za umieszczanie w blogu informacji, przedstawiających ją w niekorzystnym świetle. Z tych samych powodów co dziesiąta firma zwolniła kogoś dyscyplinarnie.

 

Mark Cuban, właściciel drużyny koszykarskiej Dallas Mavericks, został ukarany grzywną przez ligę NBA za krytykowanie jej władz na swoim blogu. Erik Ringmar, wykładowca London School of Economics, dostał od uczelni nakaz likwidacji bloga, w którym krytykował kolegów. Jedną z głośniejszych była sprawa Ellen Simonetti, stewardesy, która umieściła na blogu „Queen of the sky” frywolne fotografie w stroju służbowym. Dyrekcja linii lotniczych uznała zdjęcia za nieprzyzwoite i zwolniła ją z pracy. Ellen wykorzystała rozgłos i wydała ksiażkę. Na okładce umieściła... jedno z feralnych zdjęć. Polscy internauci też nie mogą spać spokojnie. Burmistrz Mińska Mazowieckiego zwolnił urzędniczkę za umieszczenie wizytówki na portalu randkowym („bo podważyła zaufanie do burmistrza”). Prezydent Bydgoszczy pozbył się z kolei pracownika, który w godzinach pracy krytykował go na forum gazeta.pl. Internauci bronią się przed ograniczaniem wolności. Na stronie rights.journalspace.com można znaleźć listę firm i organizacji, które są „blogofobami”, i osób, które zostały „dooced”.

KAWA NA PODGLĄDZIE


W 1991 roku na Uniwersytecie Cambridge kilkunastu zapracowanych pracowników naukowych miało tylko jeden ekspres do kawy na kilka pokoi, toteż napoju nie starczało dla wszystkich. Często przemierzali bezkresne korytarze, by odkryć, że kawa właśnie się skończyła. Aż w końcu pomysłowi informatycy postawili przed ekspresem kamerę, przeciągnęli kabel do swego pokoju i napisali program XCoffee – na ekranie komputera mogli już spokojnie obserwować poziom kawy w dzbanku. Rozochoceni napisali kolejne programy – do obserwacji drukarki i automatu z kanapkami.

Kiedy w 1993 r. obraz z kamer umieścili w Internecie, kilka milionów osób obserwowało napełniający się dzbanek. Narodziło się szaleństwo internetowych transmisji. W 1996 roku jeden z pierwszych przekazów z prywatnej kamery internetowej nadała ze swojej sypialni Jennifer Ringley. Na stronie www.jennycam.org można ją było podglądać na okrągło, w dzień i w nocy. A że kobieta wychowała się wśród nudystów, w dodatku czasem się masturbowała i uprawiała seks, zyskała rzesze fanów. Wreszcie wprowadziła opłaty i zaczęła zarabiać na eksponowaniu swojej intymności. Niestety, przekonała się, że internetowy ekshibicjonizm, choć popłatny, nie jest bezkarny. Po jednym ze striptease’ów fan poprosił ją o kolejny pokaz. Gdy odmówiła, zaczął jej grozić. Chociaż prześladowcą okazał się nastolatek, Jennifer zaczęła ograniczać śmiałe występy. W 2003 roku wyłączyła kamerę, zasłaniając się ograniczeniami nałożonymi na internetowe opłaty za pornografię. Ale znalazła liczne naśladowczynie, które zarabiają jako tzw. camgirl (dziewczyny na kamerę).

Fenomen kamer internetowych skonsumowano w filmach „Ed tv” i „Truman Show”. W pierwszym główny bohater wiedział, że jest podglądany, drugi był nieświadomy, że miliony telewidzów śledzą każdy jego ruch. Twórcy reality shows podchwycili podsycone przez Internet zapotrzebowanie na podglądactwo i programy, takie jak Big Brother, zaczęły wypełniać telewizyjne ramówki. Kamery sieciowe otworzyły też nowe możliwości przed przemysłem porno. Dostęp do Internetu, oprogramowania i sprzętu jest łatwy, więc Sieć wypełniły amatorskie przedstawienia. Trzeba jednak uważać, by nie zagrać głównej roli w pokazie nadawanym przez Internet. Po Sieci krążą wirusy, które powodują uruchomienie kamery podłączonej do komputera bez wiedzy właściciela. Nagrany w ten sposób materiał łatwo potem upublicznić w serwisie, takim jak Youtube albo Wrzuta, gdzie znajdzie się między klipami „Nieziemski zad” a „Pijane laski”. W tym roku głośna stała się sprawa pedofila, który za pomocą Gadu Gadu wyszukiwał dzieci z kamerami. 50-letni zboczeniec podawał się za ich rówieśnika i prowokował do rozbierania. Wykorzystał kilkadziesiąt dzieci.

PAŃSKIE OKO KONIA TUCZY


Szpiegowanie cudzego komputera staje się coraz popularniejsze. Według Webroot Software, liczba komputerów zainfekowanych oprogramowaniem szpiegowskim od października 2005 roku do stycznia 2006 roku wzrosła z 72 do 87 proc. Firma zidentyfikowała już 100 tys. takich programów! Na ogół w szpiegów bawią się firmy, które szukają potencjalnych klientów lub śledzą ruch w Sieci, ale coraz częściej celem stają się pracownicy. Szefowie cenią czas i liczą straty, które przynosi im surfowanie w Sieci. Boją się też wycieku poufnych informacji i kradzieży danych. W jednej z polskich firm pracownikowi, który w pracy układał pasjansa, wyliczono, że przez trzy miesiące nie pracował 8 godzin (wychodzi 7 minut dziennie). Za karę zabrano mu kilka dni urlopu. W innej firmie zablokowano strony mające w nazwie „Porn”. Na ekranie pojawiało się ostrzeżenie, że informacja trafiła do szefa. Pracownicy po 100 razy dziennie wpisywali więc w Sieci słowo odPORNność. Filtr zdjęto. W kolejnej firmie, gdzie zainstalowano zdalne monitorowanie komputera, pracownik nauczył się dla zasady ruszać myszką, niezależnie od tego, czy pracował, żeby uniknąć telefonów z zarzutami, że się obija. Proofpoint wylicza, że 38 proc. amerykańskich firm z ponad tysiącem pracowników zatrudnia kogoś do monitorowania komputerów załogi. Ma to o tyle sens, że już w co trzecim e-mailu można znaleźć poufne informacje, które pracownicy powinni zachować dla siebie. W Polsce naprzeciw pracodawcom wyszli autorzy programu „Oko szefa” – do dyskretnej kontroli pracy na firmowych komputerach. Program umożliwia pobranie listy uruchomionych programów, ich zdalne zamknięcie lub założenie blokady na konkretny program, oraz podejrzenie i utrwalenie obrazu wyświetlanego na monitorze. Szef może dowiedzieć się choćby, jakie strony jego pracownik oglądał w Internecie. „Polskich pracodawców skłaniają do zakupu naszego programu podejrzenia o wyciek danych z firmy. Wielu jest przerażonych skalą prywaty, jaką uprawiają pracownicy na służbowych maszynach” – mówi Roman Zinczyn z firmy Dyzmond Software, produkującej „Oko szefa”. Inne programy do takiej inwigilacji to m.in. SurfControl, Activity Monitor, Uplook.

 

Czy podglądanie jest legalne? Ta kwestia nie została jasno uregulowana w polskim prawie, choć monitorowanie komputera bez wiedzy pracownika może narazić pracodawcę na zarzut naruszenia jego dóbr osobistych. Choć w Polsce taka inwigilacja budzi kontrowersje, na Zachodzie monitorowanie za obopólnym porozumieniem staje się standardem. Pracownicy zdają sobie już sprawę, że w epoce gospodarki opartej na wiedzy nawet bagatelna informacja może zaważyć na losach przedsiębiorstwa. Na koniec ciekawostka. Już 60 tys. blogów prowadzą o swoich właścicielach... konsole do gier Xbox. Wystarczy podłączyć je do Sieci i zalogować się na stronie www.360voice, a konsola zacznie prowadzić blog o postępach swego właściciela. Niektóre urządzenia skarżą się na brak uwagi: „Proszę, nie każ mi czekać”. Kto wie, czy pomysłu nie podchwycą inni producenci? Lodówka będzie nas chwalić za obfite zakupy, a pralka pożali się, że nie używamy środka zmiękczającego, i z rozpaczy wystawi się na Allegro.

Magda Godlewska