Już za 40 lat część stolicy Tajlandii może znaleźć się pod wodą. I nie chodzi w tym wypadku jedynie o katastrofalne skutki ocieplenia klimatu, którym towarzyszy m.in. topnienie lodowców. Tej dziesięciomilionowej metropolii, wybudowanej na podmokłych terenach 1,5 metra poniżej poziomu morza, przybywa średnio 100 tys. mieszkańców rocznie. Postępująca urbanizacja powoduje, że dziś Bangkok zapada się o 10 cm w ciągu roku. W wyniku zasypania khlongów – tradycyjnych kanałów transportowych – i zabetonowywania coraz większych powierzchni niebezpieczeństwo stanowią też intensywne opady deszczu. Woda, nie mając naturalnego odpływu, podtapia niżej położone dzielnice. W sąsiadującej z Bangkokiem prowincji Samut Prakan budynki już teraz stoją w wodzie nawet przez kilka miesięcy. Architekci z lokalnej pracowni S + PBA proponują, by zamiast walczyć z nieuniknionym, pogodzić się z sytuacją i zacząć budować miasto od początku, tyle że na palach.

Wenecja Wschodu

Pomysł nie jest oczywiście nowy, w podobny sposób wznoszono choćby weneckie pałace, jednak Wetropolis – jak architekci z S + PBA nazwali swój
projekt – ma być samowystarczalne i maksymalnie ekologiczne. Jego mieszkańcy żyliby w zgodzie z przyrodą, wykorzystując tylko odnawialną
energię, zastępując klimatyzację wentylacją naturalną i przesiadając się z samochodów do tradycyjnych łodzi. Już czas – mówią autorzy projektu –
aby porzucić architekturę we współczesnym kształcie na rzecz aquatektury. Inspiracji architektom dostarczyła Ko Panyi  – miejscowość na południu kraju, zbudowana na palach przez malajskich rybaków, półtora metra ponad lustrem wody, w czasach, kiedy prawo do posiadania ziemi mieli wyłącznie rdzenni Syjamczycy. Ko Panyi jeszcze niedawno była biedną wioską, dziś świetnie prosperuje, ponieważ stała się jedną z głównych atrakcji turystycznych Tajlandii. Odporna na okresowe zalania miejscowość ma własne szkoły, szpital, a nawet pływające boisko do piłki nożnej.

Tam, gdzie hodowano krewetki

Planowana megakonstrucja w Bangkoku ciągnęłaby się wzdłuż nadbrzeży przepływającej przez miasto rzeki Menam u jej ujścia do Zatoki Tajlandzkiej,
przyczyniając się do odtworzenia tam lasów namorzynowych, które pojawiłyby się między odnogami Wetropolis. Niewysokie, gęsto rosnące na płyciznach drzewa i krzewy nie tylko chroniłyby brzeg przed dalszą erozją i zabezpieczały ląd przed powodzią, pochłaniając część wód opadowych, ale w sposób naturalny oczyszczałyby deszczówkę spływającą do rzeki z terenów miejskich. Szans na realizację koncepcji projektanci upatrują w wyprzedawaniu zdegradowanych terenów po dawnych farmach krewetek. Z powodu intensywnej eksploatacji i zanieczyszczeń tamtejsze wody nie nadają się już do hodowli skorupiaków. Niestety, na atrakcyjnie położone działki chęć mają także deweloperzy, którzy chcą je zasypać i budować nowe, zupełnie tradycyjne betonowe osiedla. Władze Tajlandii przewidują co prawda zakup części tego obszaru z  przeznaczeniem na odtworzenie ekosystemu namorzyn, ale łatwo przewidzieć, że wygra ten, kto zaoferuje właścicielom wyższą cenę. Tymczasem na spektakularnej inwestycji skorzystaliby wszyscy. Deweloperzy, bo poszczególne fragmenty Wetropolis można budować etapami i dowolnie ze sobą łączyć; hodowcy krewetek, bo nadal, choć w ograniczonym zakresie, mogliby prowadzić tam swoje farmy, oraz mieszkańcy Bangkoku, bo powstałyby nowe zielone przestrzenie publiczne, których w mieście bardzo brakuje, i  nowe mieszkania dla stale przybywającej ludności.

Zyskałaby oczywiście także sama natura. „Przystosowanie terenów nadwodnych do celów rekreacyjnych, sportowych czy turystycznych prawie zawsze wychodzi im na dobre – tłumaczy hydrolog Marta Ryżewska. – Kluczem do sukcesu jest jednak odpowiednia wizja”. Zazwyczaj bowiem – jak mówi duński urbanista Jan Ghel – to, co jest dobre dla ludzi, jest także dobre dla klimatu.