Był rok 1578. Po suto zakrapianym bankiecie Uesugi Kenshin – jeden z największych wojowników dawnej Japonii, pan prowincji Echigo, bohater spod Kawankajimy, gdzie w jednej z bitew w trwającej od blisko 30 lat wojnie z ludźmi Takedy Shingeny poległo osiem tysięcy ludzi – udał się do wychodka. Oficjalna wersja późniejszych wydarzeń, zapisana przez kronikarzy, brzmiała: „dziewiątego dnia trzynastego miesiąca zaczął go boleć brzuch w toalecie, ten stan trwał aż do dnia trzynastego, kiedy zmarł”. Otoczenie Kenshina wiedziało, że  zachorował. Jeden z wasali, niejaki Naoe Kanetsugu, zapisał, że jego pan wyglądał coraz gorzej, chudł, w piersiach czuł ból, jakby „miał tam żelazną kulę”. Wszystkie symptomy wskazywały na raka żołądka. Do dziś jest to jedna z najczęstszych przyczyn zgonów w Japonii. Schorzenie to często bywa także związane z nadużywaniem alkoholu, a Uesugi Kenshin bynajmniej za kołnierz nie wylewał.

Następca Kenshina, jego pasierb Kagekatsu Uesugi, nie miał ani jego klasy, ani charyzmy. W ciągu kilku miesięcy ziemie Uesugi zostały wchłonięte przez Odę Nobunagę, dążącego do podporządkowania sobie większości terenów w Japonii. I wtedy zaczęto przebąkiwać, że okoliczności śmierci Kenshina wyglądały całkiem inaczej. Miał go ponoć zabić wynajęty przez Nobunagę ninja karzeł, który z mieczem w ręku zaczaił się w wychodku i czekał tam kilka dni, aż wielkiego wojownika przyciśnie potrzeba… Wersja choroby i wersja zabójstwa Uesugi Kenshina są tylko z pozoru sprzeczne. Zdaniem Stephena Turnbulla, znawcy dziejów dawnej Japonii, opowieść o zabójczym karle, choć tak nieprawdopodobna, może jednak odpowiadać rzeczywistości. Otóż choroba Kenshina stanowiła ściśle chronioną „tajemnicę państwową” i mało kto o niej słyszał. Zwłaszcza nie mógł się o niej dowiedzieć Oda Nobunaga, największy wróg i domniemany zleceniodawca zabójstwa. Tak więc mordercę wysłano, gdy Kenshin miał przed sobą już tylko kilka miesięcy życia. A historyjka o kilkudniowej agonii została sfabrykowana przez otoczenie, by ukryć prawdę o tak niezwykłym wydarzeniu i dać następcy czas na opanowanie sytuacji. Wszak wierni wasale, gdyby dowiedzieli się o „prawdziwych” okolicznościach śmierci swego pana, mogliby z innej nieco perspektywy spojrzeć na problem lojalności wobec następcy… Jak jednak było naprawdę, nigdy się nie dowiemy.
 

LATARNIA ZAMIAST KONIA

To jedna z legend o wyczynach zamaskowanych japońskich zabójców ninja. Opowiadano także dużo mniej realnie brzmiące historie. Trafiały się nawet takie o ninja latających na kulach armatnich. Należy jednak przyznać, że w tamtych czasach istniały środki techniczne, umożliwiające podnoszenie ludzi przy pomocy latawców, niestety brak jednak dowodów na ich stosowanie. Rzeczywistość mimo to okazuje się fascynująca. Pod koniec XV wieku kilka rodzin samurajskich, zamieszkujących w niedostępnych górach na pograniczu prowincji Iga i Koga (dziś część prefektury Mie), zaczęło doskonalić się w stosowaniu nieszablonowych metod „rozwiązywania problemów”. Nie cofali się przed szantażem; skrytobójstwo było dla nich zawodem, a stosowanie rozmaitych podstępów codziennością. Ich postępowanie stało w jawnej sprzeczności z założeniami samurajskiego kodeksu bushido, według którego wielkich czynów należało dokonywać z podniesioną przyłbicą, tak by panowie feudalni wiedzieli, kogo mają nagradzać za waleczność.

Ninja zaś działali w ukryciu, znikali zaraz po wykonaniu zadania, nie rościli sobie żadnych pretensji do chwały, natomiast za swoje usługi kazali sobie słono płacić. To było także sprzeczne z kodeksem „rycerzy wschodzącego słońca”, gdyż samuraje walczyli nie dla zysku, lecz z poczucia obowiązku wobec pana. Dlatego choć zabójcami ninja gardzono powszechnie, korzystano z ich usług. W 1558 roku w prowincji Omi niejaki Rokkaku Yoshikata oblegał zamek Sawayama, należący do jego zbuntowanego wasala imieniem Dozo. Oblężenie ślimaczyło się bez efektu, więc zniecierpliwiony Yoshikata zdecydował się na wynajęcie Tateki Doshuna, pochodzącego z prowincji Iga. W nocy Doshun zakradł się do zamku i ukradł jedną z latarń, ozdobioną herbem wasala Dozo. Natychmiast wykonano kilkanaście dokładnych jej replik. Następnej nocy Doshun i czterdziestu jego uczniów stanęło pod murami, przyświecając sobie tymi podróbkami. Po czym… zamachowcy najspokojniej wmaszerowali do zamku, udając sojuszników! Natychmiast zaczęli rzucać bomby zapalające. Zamek ogarnął chaos, a samuraje z zaatakowanego garnizonu byli święcie przekonani, że zostali „sprzedani” przez towarzyszy broni. Nie mogli się skutecznie bronić, ponieważ wokół wszyscy krzyczeli o zdradzie, nikt nikomu nie ufał i nikt z nikim nie współpracował. Twierdzę zdobyto z łatwością.

Niewiele wiemy o ninja. Nawet czarny strój i zamaskowana twarz, powszechnie kojarzone z tą „profesją”, mogą być wytworem późniejszych fantazji. Najstarsza ilustracja przedstawiająca zabójcę ninja, wspinającego się na mury zamku i ubranego na czarno, pochodzi dopiero z XIX stulecia. Do tego jeszcze trzeba pamiętać o środkach wyrazu rodem z tradycyjnego japońskiego teatru Binraku. Tam wprowadzenie na scenę postaci ubranej na czarno miało sugerować widzom, że pozostaje ona niewidoczna.
 

ARSENAŁ JAK U BONDA

 

Dzięki zachowanym manuskryptom więcej wiemy o wyposażeniu tych tajemniczych zabójców. Do pokonywania fos obleganych zamków używano specjalnych, wielkich drewnianych butów. Oczywiście nawet zwykłych samurajów szkolono w pływaniu, istniało również kilka szkół uczących fechtunku w wodzie, lecz tu chodziło o to, by nie zamoczyć bomb prochowych. Do forsowania murów używano lin z hakami i sznurowych drabinek, istniał też cały arsenał pił i chwytaków, które pomagały w kontakcie ze ścianami z papieru i gliny. Używano też narzędzi podsłuchowych – specjalnych tub rezonansowych. Za powstanie legend o „latających ninja” odpowiadają stosowane przez nich techniki akrobatyczne. Wszak kilka osób, współpracując, może wyrzucić w górę jednego człowieka, a każda włócznia może posłużyć za tyczkę. Do walki wręcz służył ninjom zwykły, podobny do samurajskich miecz, dla wygody noszony na plecach. Niejednokrotnie wbijano go w mur, używano jako szczebla podczas wspinaczki etc., a prosty kształt głowni ułatwiał te zadania. Do tego dochodził cały arsenał noży i zaostrzonych żelaznych gwiazdek, służących do rzucania.

W Japonii większość budynków miała papierowe ściany, a inne elementy konstrukcji były z drewna, dlatego nawet na zamkach z obawy przed pożarem rzadko używano oświetlenia. Do poruszania się po ciemnych korytarzach opracowano specjalną technikę. Ninja trzymał przed sobą wyciągnięty miecz, a na jego końcu umieszczał pochwę, dbając, by opierała się jedynie o kilka centymetrów ostrza. W ten sposób Ninja zyskiwał „detektor”, który odsuwał go o dobre dwa metry od każdego przeciwnika. Kiedy koniec pochwy trafiał na przykład na strażnika, pochwa zsuwała się z czubka ostrza i wystarczyło jedynie pchnąć mieczem…
 

OPERACJA ANTYNINJA

Nic dziwnego, że dla ochrony przed nocnymi zabójcami konstruowano specjalne labirynty ze ślepymi ścianami i zapadniami. Szczytem wyrafinowania była „śpiewająca” podłoga na zamku Nijo w Kioto. Specjalnie skonstruowane deski pod wpływem nacisku, wydawały odgłos podobny do… śpiewu słowika. Uprzedzając o zbliżającym się intruzie. Wszystkie te środki czasami zawodziły. W 1571 roku sam Oda Nobunaga padł ofiarą ataku, przeprowadzonego przez niejakiego Sugitani Zenjubo. Człowiek ten był kimś w rodzaju strzelca wyborowego, używał specjalnie skonstruowanego długolufowego arkebuza. Podczas pokonywania jednej z górskich przełęczy Nobunaga został trafiony dwukrotnie, najprawdopodobniej z dwóch różnych broni. Przeżył tylko dzięki znakomitej zbroi. Niedoszłego zabójcę tropiono przez cztery lata, znaleziono i zamęczono. W 1573 roku na zamku Azuchi Oda Nobunaga omal nie padł ofiarą innego mordercy, niejakiego Manabe Rokuro, który usiłował zadźgać go we śnie. Pechowy zamachowiec został jednak odkryty przez strażników i popełnił samobójstwo. Kolejną próbę zamachu na życie Ody Nobunagi podjął podobno Ishikawa Goemon, legendarny zabójca. Miał ukryć się pod sufitem pokoju, w którym Nobunaga spędzał noc, i próbować spuścić po nitce truciznę do ust śpiącego. Jednak z jakiegoś nieznanego powodu fortel się nie udał.

Bardzo zniecierpliwiony tymi zdarzeniami Oda Nobunaga zdecydował się dokonać inwazji na obie prowincje: Iga i Koga, aby dopaść zamaskowanych zabójców w ich mateczniku. W trakcie tej operacji… znowu podjęto próbę zamachu. Podczas jakiejś inspekcji trzech „snajperów” wycelowało w Odę wielkokalibrowe arkebuzy. Trzy strzały zabiły siedmiu towarzyszy Nobunagi,lecz on sam przeżył! Inwazja odniosła skutek połowiczny. Zlikwidowano, co prawda, gniazdo zabójców, lecz ci znaleźli schronienie pod skrzydłami innego wielkiego pana, Ieyasu Tokugawy, przyszłego szoguna. Okazało się, że bardzo mu się przydali. Po śmierci Ody Nobunagi, który zginął, zdradzony przez jednego ze swoich dowódców, nastał chaos. Sam Ieyasu Tokugawa musiał się ukrywać, tropiony przez samurajów zabójcy Nobunagi. Pewnego dnia, kiedy pościg był tuż-tuż, schował się między towarami w ładowni statku. W czasie przeszukania jeden z samurajów dźgnął go zupełnie przypadkowo w nogę. Tokugawa nie tylko ani pisnął, ale zdążył jeszcze rozwiązać przepaskę na głowie i wytrzeć zakrwawione ostrze, które go ugodziło, by uniknąć wykrycia! Z tych tarapatów wyciągnęli swego pana właśnie nowi wasale z prowincji Iga i Koga. W nagrodę powierzono im troskę o bezpieczeństwo  przyszłego szoguna. Na ironię zakrawa fakt, że potomkowie najbardziej bezlitosnych i amoralnych zabójców w historii Japonii stali się lojalnymi strażnikami dynastii szogunów z rodu Tokugawa i strzegli swych panów przed zamachami przez następne dwieście lat.