Nie maja nazwiska, dowodu osobistego, numeru PESEL. System odkrywa ich istnienie zwykle  wtedy, kiedy ulegną wypadkowi, trafią do szpitala, wejdą w konflikt z prawem. Albo umrą.



Właściwie to nie wiadomo, jak to się stało, że Sylwester M. został Sylwestrem M. Sam wymyślił sobie to imię? Ktoś go tak nazwał? Pewne jest tylko, ze to imię fałszywe. Sylwester radził sobie jakoś w życiu, choć lekko nie miał – pracował dorywczo, zawsze na czarno. Jak to określają policjanci z komisariatu na szczecińskim Niebuszewie, „prowadził wędrowny tryb życia”. I pewnie juz zawsze dla wszystkich kumpli byłby Sylwkiem, gdyby nie udar. 23 maja ubiegłego roku pogotowie zabrało go z mieszkania znajomej. I wtedy okazało się, że nie jest Sylwestrem M. Ze nie ma żadnych dokumentów, nie figuruje w żadnej ewidencji. Oficjalnie taki człowiek nie istnieje.


No Name, Nazwisko Nieznane

Szpitalne zdjęcie mężczyzny 170 cm wzrostu, oczy brązowe, znak szczególny: pooperacyjna blizna na brzuchu. Policjanci z zespołu poszukiwań starali się wyciągnąć od chorego choćby strzępy informacji. Kiedy poczuł się lepiej – podał datę urodzenia. I imiona rodziców. To już coś. Policjanci zaczęli składać w całość części zagadki. Okazało się, że Sylwester M. prawdopodobnie urodził się w 1939 roku pod Grodziskiem Mazowieckim, prawdopodobnie jako Seweryn M. (zbieżność inicjału – nazwiska „stare” i_„nowe” są różne). Kiedy miał niespełna 20 lat, opuścił rodzinne strony. Trafił do Szczecina, gdzie każdemu mówił, ze nazywa się Sylwester M. „Jesteśmy niemal pewni, że udało nam się ustalić prawdziwa tożsamość tego mężczyzny. Problem w tym, że nikt nie jest w stanie tego potwierdzić” – mówi asp. Mariusz Wierzbicki z komendy Szczecin Niebuszewo. Policyjni poszukiwacze odnaleźli krewnego mężczyzny, ale ten nie rozpoznał schorowanego człowieka na zdjęciu. Nie zgodził się tez na pobranie materiału genetycznego do badan. Według policyjnych procedur, aby uznać sprawę za zakończoną, dwie osoby musiałyby potwierdzić, ze Sylwester to tak naprawdę Seweryn. Niewykluczone więc, że do końca życia w policyjnych papierach Sylwester vel Seweryn będzie figurował jako osoba NN. NN, czyli – jak się w Polsce przyjęło – nazwisko nieznane albo z angielskiego: no name. Z łaciny: nomen nominandum, czyli godny nazwania. Albo nomen nescio, czyli imienia nie znam. Jakkolwiek tłumaczyć – chodzi o to, że nikt nie wie, kim dany człowiek jest lub kim był. Każdego roku policjanci rejestrują w swoich bazach około stu osób o nieznanej tożsamości. Tylko w pierwszym półroczu 2011 r. wpisano ich 60. Najczęstszą przyczyną trudności z ustaleniem danych personalnych jest choroba lub – jak określa się to fachowo – zakłócenie czynności psychicznych. Najprostsze są dwa typy spraw: kiedy odciski palców NN znajdują się w policyjnych rejestrach, bo dany człowiek wszedł kiedyś w konflikt z prawem, albo kiedy szukają go bliscy i jest zarejestrowany jako osoba poszukiwana. Jeśli nie ma odcisków i jeśli nikt nie szuka człowieka – zaczyna się kłopot. Kłopot jest na przykład z Markiem (tak na niego wołają – jak naprawdę się nazywa, nie wiadomo). Rok temu trafił do szpitala psychiatrycznego na Śląsku. Po leczeniu zamieszkał w ośrodku dla bezdomnych w Dąbrowie Górniczej. Marek trafił też do bazy fundacji Itaka, która zajmuje się poszukiwaniem zaginionych. Ma dość charakterystyczną twarz – jego zdjęcie trafiło do gazet i do telewizji. Krótki opis informuje, że mierzy 160 cm wzrostu, ma zielone oczy i dwucentymetrową bliznę na lewej ręce. Nikt nie zgłosił się po Marka. Jest jeszcze jeden problem. – Był u nas kilka miesięcy. Pewnego dnia po prostu wyszedł i nie wrócił. Pewnie poszedł gdzieś w Polskę – mówi Bogumił Biesiadecki, dyrektor ośrodka w Dąbrowie. Gdyby nawet dziś ktoś rozpoznał Marka na zdjęciu, nie wiadomo, gdzie teraz przebywa.


Zuzanna Ziajko, dyrektor Zespołu Poszukiwań i Identyfikacji Itaki – Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych, tłumaczy: „Osoby NN to takie, które doznały amnezji na skutek urazu. Można tylko zakładać, że ich przeżycia emocjonalne zależą od przyczyn utraty pamięci. Jeśli amnezję wywołały czynniki organiczne, to kondycja chorego związana będzie ze stopniem uszkodzeń mózgu. Jeśli zaś utrata pamięci ma podłoże psychiczne, pacjent nie przejmuje się zwykle brakiem świadomości, kim jest”. Zuzanna Ziajko podkreśla, że powroty do dawnego życia wcale nie są łatwe. Jeśli okazuje się, że NN ma rodzinę, która go szuka – w rzeczywistości bardzo często wygląda to tak, że wraca do osób, których nie poznaje i nie pamięta. „To bardzo trudna sytuacja dla bliskich i dla samego NN – rodzina ma kontakt z kimś, kto jej członków traktuje jak obcych. Sam NN czuje się zagubiony w otoczeniu ludzi, o których nic nie wie. To powoduje zamieszanie: rodzina chce kontynuować poprzednią relację, tymczasem osoba, która straciła pamięć, potrzebuje czasu, żeby ją na nowo zbudować” – mówi Ziajko. Po odnalezieniu swojego zaginionego rodziny zwykle nie chcą już rozmawiać z mediami. Jak mówią pracownicy Itaki – z jednej strony nie mają już po co, z drugiej – borykają się z niełatwą codziennością życia z człowiekiem, który nie pamięta, kim był.


Zagubiona w czasie wojny

Ci, których nikt nie szuka, dożywają zwykle swoich dni bez rozwiązania zagadki własnej przeszłości. Wśród nich są tacy, którzy jeszcze w wojennej zawierusze stracili kontakt z kimkolwiek, kto znałby ich tożsamość. Taką osobą była Helena Kwiecińska (prawdopodobnie tak nazwali ją urzędnicy wyrabiający dokumenty). W czasie wojny trafiła do ochronki prowadzonej przez zakonnice, potem wychowywała się w domu dziecka. Kiedy dorosła, trafiła do domu opieki społecznej w Lasowicach w województwie łódzkim. Zmarła dwa lata temu jako Helena Kwiecińska. Została pochowana na cmentarzu w Lisowicach. Jak mówią pracownicy domu opieki – nie zastanawiała się nigdy, przynajmniej nie głośno, skąd pochodzi i kim jest, może dlatego, że była upośledzona umysłowo i przyjmowała rzeczywistość mniej krytycznie niż zdrowi ludzie.

Część osób trafia do rejestrów NN już po śmierci. Umierają i nagle okazuje się, że nie wiadomo, kogo powiadomić, gdzie szukać rodziny czy kogoś znajomego. Nie wiadomo, jakie nazwisko umieścić na grobie. Pozostaje więc tylko mężczyzna NN albo kobieta NN. Jedna z najbardziej poruszających historii zmarłych NN dotyczy dziecka. 19 marca 2010 r. na peryferiach Cieszyna, w mule obok stawu znaleziono zwłoki mniej więcej dwuletniego chłopczyka. Policjanci prowadzący sprawę dali mu imię Jaś.


Kiedy tożsamości osoby NN nie udaje się ustalić, musi ona zacząć życie na nowo. Z nowym „ja”. Właściwie nie ma  przepisów, które określałyby, jak z takimi osobami postępować. Są tylko policyjne procedury. A według nich nową tożsamość można nadać, jeśli minął co najmniej rok od ujawnienia NN, i przez ten czas nie udało się ustalić, kim jest. Wtedy NN staje przed sądem i dostaje nowe imię, nowe nazwisko, datę urodzenia, a nawet imiona rodziców. Wszystko to, co jest potrzebne, aby móc funkcjonować we współczesnym świecie – chociażby iść do lekarza czy zdobyć legalną pracę.


Nowe nazwisko i dokumenty lada dzień mógłby dostać wspomniany już Marek z Dąbrowy Górniczej. Mógłby, gdyby nie opuścił bez słowa ośrodka dla bezdomnych. I to jest kolejny nieuregulowany problem. Bo jak się okazuje – przypadki, że osoba NN opuszcza dom pomocy społecznej, przytułek czy jakiekolwiek inne miejsce, w którym przebywa, nie są wcale rzadkie. Potem nagle pojawia się jakiś trop, ktoś się odzywa, ktoś szuka i pyta – a po NN żadnego śladu nie ma. „Rozpłynął się”, często bezpowrotnie. Zdaniem pracowników Itaki, należałoby to uregulować. Nie chodzi o ubezwłasnowolnienie tych osób – są dorosłe i wolno im decydować o sobie. Ale jak podkreśla Zuzanna Ziajko, jeśli nie pamiętają, kim są, często potrzebując lekarskiej opieki, nie odnajdą się w świecie zdane  tylko na siebie. „Powinniśmy móc mieć nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Przynajmniej taką, żeby wiedzieć, gdzie przebywają” – mówi.