Od 1 lipca 2026 roku Unia Europejska mocno uderzyła pięścią w stół i nałożyła cło na wszystkie paczki spoza wspólnoty. Do tej pory martwiliśmy się opłatami tylko przy grubszych zamówieniach, przekraczających 150 euro. I okazuje się, że to już działa.
Trzy euro, które wywróciły koszyki do góry nogami
Jeśli ktoś nie orientuje się w temacie, to po krótce przypomnę, na czym polega ta nowa opłata. Prawodawcy wymyślili system, który uderza w sam rdzeń działalności chińskich platform e-commerce. Wprowadzono stałą stawkę celną w wysokości 3 euro, czyli około 13 złotych, w zależności od kursu. Największy haczyk tkwi jednak w detalach, bo opłaty tej nie uiszczasz od całej paczki, lecz od każdej kategorii produktowej znajdującej się w środku.
Kupując więc pięć identycznych koszulek, dopłacamy do nich tylko ~13 złotych. Jeśli jednak w jednej przesyłce znajdzie się etui, zestaw naklejek, koszulka i kubek, to każdy z tych produktów będzie nas kosztować dodatkowe cło – w tym wypadku będzie to prawie 60 złotych więcej. Nie brzmi już to tak atrakcyjnie, prawda? Nic dziwnego, że kiedy koszyk warty w aplikacji kilkadziesiąt złotych po doliczeniu opłat nagle drożeje dwu- albo trzykrotnie, większość z nas po prostu zamyka kartę przeglądarki i porzuca zamówienie. Tanie zakupy przestały być tanie.
Miliard paczek mniej na horyzoncie
Skutki nowych przepisów uderzyły w platformy sprzedażowe szybciej niż ktokolwiek w branży przypuszczał. Jak donosi Rzeczpospolita, zaledwie kilkanaście dni po wprowadzeniu opłat celnych jedna z dużych firm logistycznych odnotowała u siebie dwucyfrowy spadek liczby przesyłek z Chin oraz zwrotów w porównaniu z tym samym okresem w ubiegłym roku.
Jeśli to gwałtowne hamowanie się utrzyma, analitycy szacują, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy do Unii Europejskiej dotrze nawet o miliard paczek mniej. Żeby w ogóle pojąć ogrom tego zjawiska, wystarczy spojrzeć na udostępnione dane Komisji Europejskiej. Tylko w 2025 roku granice UE przekroczyło prawie sześć miliardów drobnych przesyłek o deklarowanej wartości poniżej 150 euro. Słowo deklarowanej ma tu zresztą potężne znaczenie, bo tajemnicą poliszynela jest fakt, że ogromna część tych paczek miała celowo zaniżaną wartość na etykietach, aby unikać podatków i wślizgiwać się na nasz rynek tylnymi drzwiami.
I nie ma co ukrywać, że właśnie taki efekt chcieli osiągnąć urzędnicy z Brukseli. To brutalna, ale celowa strategia, która ma zatrzymać niekontrolowany zalew tanich towarów, zasilić wspólny budżet i wreszcie wyrównać rynkowe szanse dla europejskich sprzedawców. Przez lata lokalni przedsiębiorcy musieli bowiem konkurować z azjatyckimi gigantami na wyjątkowo nierównych zasadach.

Oczywiście klienci naprawdę zaczną skłaniać się ku lokalnym sklepom i europejskim dystrybutorom, ale… Wiecie, to nie tak, że te wszystkie „duperele”, które zamawialiśmy po taniości, będą nagle produkowane w Europie, skoro pochodzą od rodzimego sprzedawcy. Ci nadal będą sprowadzać je z Chin, a my będziemy tak czy inaczej za to dopłacać.
Mimo wszystko nie jest takie złe. Chodzi mi o to, że wiele osób może po prostu zrezygnować z zakupu chińskich drobnostek, oszczędzając kilka złotych. Bądźmy szczerzy, wielu z nich nikt realnie nie potrzebował. A te, które faktycznie są konieczne, kupimy lokalnie, przynajmniej na razie. Jednak nie wiadomo, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma. Na razie mamy niecałe trzy tygodnie funkcjonowania nowego cła, więc jeszcze wiele musi się zmienić. Pierwsze wnioski są – cło na towary poniżej 150 euro okazało się sukcesem. Czy ten się utrzyma? Przekonamy się przy okazji pojawienia się kwartalnych raportów.
