Nowy koncept rozbraja logikę sportowych aut. Elektryczny charakter jazdy, tylko bez stresu o ładowarki

W segmencie hot hatchy trwa cicha rewolucja: coraz mniej chodzi o to, ile cylindrów kręci się pod maską, a coraz bardziej o to, jak szybko i jak precyzyjnie auto potrafi dowieźć moment na asfalt. Najnowszy koncept z Japonii świetnie to pokazuje, bo wygląda jak klasyczny uliczny rozrabiaka, ale pod spodem gra zupełnie inną melodię.
...
fot. Nissan

Na pierwszy rzut oka dostajemy szerokie nadkola, agresywny pakiet aero i skrzydło, które nie udaje ozdoby. Jednak najciekawsze dzieje się w napędzie: jest silnik spalinowy, tylko że… nie napędza kół.

Hot hatch, który myśli jak elektryk

Ten projekt korzysta z układu e-Power, czyli rozwiązania, w którym koła poruszają wyłącznie silniki elektryczne, a jednostka spalinowa pracuje jako generator prądu dla baterii i motorów. W praktyce to elektryk z własną elektrownią – bez klasycznego połączenia mechanicznego silnika z kołami, ale z szybkim, natychmiastowym oddawaniem momentu typowym dla aut na prąd.

W wersji koncepcyjnej to układ z napędem na cztery koła: silnik elektryczny z przodu i drugi z tyłu. Spalinowy 1.5 (trzycylindrowy) ma według podawanych danych 142 KM i 250 Nm, przedni motor 201 KM i 330 Nm, a tylny 134 KM i 195 Nm.

fot. Nissan

To ciekawy kompromis dla świata, który jednocześnie chce emocji i boi się infrastruktury: masz charakter elektryka w reakcji na gaz, a jednocześnie nie planujesz trasy pod ładowarki. Tyle że cena jest inna: purystyczne wrażenia z klasycznego hot hatcha zastępuje nowy rodzaj sportu – bardziej cyfrowy, bardziej sterowany elektroniką, bardziej przewidywalny w tym, jak układa moment na osie.

Nadwozie robi show, ale liczby mówią więcej

W tym aucie łatwo zakochać się w detalach: poszerzenia, niższa sylwetka, wyraźnie wyścigowa postawa. I tu padają konkretne wartości: zawieszenie obniżono o 20 mm, nadkola poszerzono łącznie o 145 mm, a całe auto wydłużono o 142 mm względem standardowego odpowiednika.

Do tego dochodzi masa: mówi się o około 1490 kg i mniej więcej 100 kg nadwagi względem punktu wyjścia. W hot hatchu to nie jest mało, ale w zamian dostajesz dwa silniki elektryczne i osprzęt hybrydowy – czyli coś, co z definicji waży, nawet jeśli producent bardzo się stara.

fot. Nissan

W pakiecie są też większe hamulce i mocno zaakcentowana aerodynamika. To o tyle istotne, że w samochodach z elektrycznym napędem na kołach łatwo uzyskać szybkie przyspieszenie, ale trudniej zbudować stabilność i powtarzalność w zakrętach i właśnie tu aero oraz hamulce przestają być dodatkiem do wyglądu, a zaczynają być koniecznością.

Po co taki koncept i co on naprawdę zapowiada?

Tego typu projekt zwykle nie jest zapowiedzią jednego, konkretnego modelu w salonach, tylko testem kierunku: ile sportu da się wycisnąć z elektryfikacji bez wchodzenia w pełnego BEV-a. Padają też sugestie, że samochód ma być rozwijany i sprawdzany w jeździe na serio, a nie tylko na światłach sceny.

Z punktu widzenia marki to logiczne: mały, zadziorny hatchback jest idealnym nośnikiem emocji, bo nie udaje luksusu i nie musi imponować rozmiarem. Jeśli taki napęd da się dopracować tak, by brzmiał wiarygodnie dla fanów szybkiej jazdy, to nagle elektryfikacja przestaje wyglądać jak kara, a zaczyna jak nowa zabawka.

fot. Nissan

Jest też druga warstwa: ten koncept pokazuje, że przyszłość sportowych wersji nie musi oznaczać wyłącznie SUV-ów z emblematem performance. Segment małych, lekkich aut był przez lata naturalnym domem dla hot hatchy – i dobrze zobaczyć sygnał, że ktoś jeszcze traktuje go poważnie, nawet jeśli przepis na napęd zmienia się nie do poznania.

Tu chodzi o nowy typ emocji, a nie o nostalgię

Największa prowokacja tego konceptu jest prosta: on wygląda jak auto dla entuzjastów, ale stawia pytanie, czy entuzjazm musi być dziś związany z mechaniką, hałasem i manualem. Jeśli koła napędzają tylko silniki elektryczne, a spalinówka jest tylko generatorem, to cała magia przenosi się w oprogramowanie, sterowanie napędem 4×4 i to, jak auto układa się w zakręcie pod obciążeniem.

I być może właśnie tak będą się dzielić sportowe auta najbliższych lat: nie na szybkie i wolne, tylko na te, które dają kierowcy poczucie sprawczości, oraz te, które robią wszystko za niego. Ten projekt wygląda jak próba znalezienia złotego środka – elektryczny charakter reakcji, ale z ciągłością działania dzięki generatorowi.

fot. Nissan

Jeśli to się uda, hot hatch dostanie drugie życie w świecie, w którym coraz trudniej uzasadnić klasyczne, paliwożerne rozrabiaki. A jeśli się nie uda… cóż, przynajmniej ktoś jeszcze ma odwagę robić małe, agresywne koncepty, zamiast kolejnego sportowego crossovera.