Sto lat temu muzyka  w szpitalu mogła co najwyżej pełnić funkcję rozrywkową. Ale już w roku 1914 Evan O’Neill Kane, legenda amerykańskiej chirurgii (dwukrotnie operował sam siebie, a swoje „dzieła” podpisywał, robiąc pacjentom tatuaże), jako pierwszy wykorzystał fonograf podczas operacji. Idea muzykoterapii zaczęła się krystalizować, gdy z frontów II wojny światowej zaczęli zjeżdżać ranni żołnierze. Okazało się, że muzyka działa przeciwbólowo, a także wpływa na ciśnienie tętnicze krwi i tempo pracy serca. W 1949 roku grupa chirurgów przeprowadziła serię dźwiękowych eksperymentów i jasne stało się, że utwory muzyczne są środkiem uspokajającym, mogącym skutecznością rywalizować z lekami. 

„Choć dzisiaj dzięki badaniom naukowym znacznie lepiej znamy wpływ muzyki na fizjologię organizmu, to nadal jest ona uważana przez wielu za niepotrzebny hałas. A to wręcz szkodliwy mit. Dziecko przedwcześnie urodzone szybciej przybiera na wadze i jest w szpitalu krócej o prawie tydzień, jeśli inkubator ma głośnik, przez który maluch słucha muzyki” – mówi dr Frederic Schwartz, anestezjolog z Piedmont Hospital w Atlancie. W tym szpitalu na każdej sali operacyjnej są głośniki. Pacjent ma do wyboru 10 gatunków muzyki – od klasycznej i pieśni religijnych po New Age, jazz i rock. Zanim dr Schwartz przystąpi do znieczulania – np. pacjentki przed cięciem cesarskim – pyta, czego chciałaby posłuchać w czasie operacji. I spełnia życzenia, nawet jeśli chodzi o Abbę.

Relaks pod skalpelem

Podstawową funkcją terapeutyczną muzyki jest zmniejszanie stresu. Dr Schwartz twierdzi, że sprawdza się to nie tylko podczas zabiegu, ale i długo po jego zakończeniu, a nawet po wyjściu pacjenta ze szpitala. „Stres wyzwala całą kaskadę reakcji fizjologicznych, m.in. wydzielanie hormonów zapoczątkowujących reakcję zapalną. Ma to szczególne znaczenie dla tempa, w jakim goją się rany pooperacyjne. Stres zwiększa też wrażliwość na ból, więc lekarze muszą podawać więcej leków znieczulających i uspokajających” – mówił dr Schwartz na konferencji poświęconej  zastosowaniom  muzyki w medycynie.

Wiele zabiegów chirurgicznych (np. usuwanie żylaków, cesarskie cięcie czy operacje ortopedyczne) wykonuje się nie w pełnej narkozie, ale przy znieczuleniu miejscowym. Pacjent jest wówczas świadomy tego, co się z nim dzieje – może np. czuć zapach przypalanego ciała (gdy chirurg zamyka naczynie krwionośne, stosując tzw. kauteryzację), słyszeć odgłosy towarzyszące wierceniu czy piłowaniu... Trudno chyba o bardziej stresującą sytuację.

W takich warunkach środki uspokajające są niezbędne. Wpływają one m.in. na pracę podwzgórza – części mózgu zaangażowanej w kontrolowanie poziomu hormonów związanych ze stresem, takich jak adrenalina czy kortyzol. Dokładnie tak samo działa muzyka. Badania EEG wykazały, że pod jej wpływem zmniejsza się bioelektryczna aktywność mózgu (fale beta ustępują falom alfa i theta). I to jest właśnie efekt uspokajający – maleje napięcie, pacjent staje się senny. 

 

Dźwiękowy plaster

Efekt? Pacjentom przechodzącym operację wszczepienia endoprotezy stawu biodrowego w klinice Universität Leipzig puszczano muzykę jeszcze przed zabiegiem. Lekarze aplikowali 15 utworów instrumentalnych: od „Egyptian Reggae” Jonathana Richmana i „Take Five” Davida Brubecka po „Koncerty brandenburskie” Bacha i „Koncert skrzypcowy D-dur op. 6” Paganiniego. Pacjenci, którzy słuchali muzyki przed zabiegiem, a następnie w jego trakcie, potrzebowali o 15 proc. mniej środka uspokajającego (konkretnie propofolu), zaś poziom kortyzolu mieli niższy o jedną piątą niż osoby, które dostały tylko leki.

Czasem muzyczny relaks może okazać się nawet zbyt głęboki. Przekonał się o tym prof. Damir Janigro, neurolog z Cleveland Clinic. Puszczał muzykę pacjentom, którym wszczepiał do mózgu elektrody mające niwelować objawy choroby Parkinsona (to tzw. głęboka stymulacja mózgu). Operacja trwa wiele godzin; chory musi być w jej trakcie przytomny, aby lekarz mógł sprawdzić, czy elektroda jest we właściwym miejscu. Muzykoterapia sprawiła, że kilku pacjentów zasnęło na stole operacyjnym i to tak głęboko, że zaczynali chrapać!

Muzykoterapia sprawdza się także podczas rekonwalescencji. Pacjenci słuchający relaksujących utworów przez pół godziny dziennie mniej cierpią, wcześniej zaczynają siadać i chodzić. „Pobudzane są rejony mózgu odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności, co zmniejsza odczuwanie bólu. Udało mi się wykazać, że słuchanie harmonijnych dźwięków aktywuje  również  produkcję endorfin – naszych naturalnych substancji przeciwbólowych” – mówi w rozmowie z „Focusem” prof. George Stefano, dyrektor Neuroscience Research Institute wchodzącego w skład State University of New York. Muzyka korzystnie wpływa zarówno na pacjentów z głębokimi ranami, jak i na tych cierpiących z powodu bólu nowotworowego czy fantomowego (w tym przypadku „boli” amputowana kończyna).

Etno, jazz czy klasyka?

Miłe dla ucha dźwięki potrafią też zmniejszyć napięcie mięśniowe. Wykazały to badania z udziałem pacjentów przechodzących gastro- i kolonoskopię – wyjątkowo nieprzyjemne badania układu pokarmowego. Słuchanie piosenek sprawiało, że lekarze mogli zmniejszyć dawkę midazolamu – leku nasennego, uspokajającego i rozluźniającego mięśnie. Co ciekawe, skuteczna okazała się muzyka etniczna – indyjska w Indiach, turecka w Turcji. Czy można więc mówić o uniwersalnej muzycznej recepcie dla każdego?

Lekarze twierdzą, że najlepiej sprawdzają się utwory instrumentalne, wolne i spokojne, bo takie właśnie pomagają utrzymać na stałym poziomie ciśnienie krwi i rytm oddechu. Pewnie dlatego w „gotowych przedoperacyjnych produktach muzycznych” – takich jak sprzedawane w USA bardzo lekkie, bezprzewodowe słuchawki z wbudowanym odtwarzaczem MP3 – najczęściej pobrzmiewają Mozart, Beethoven, Vivaldi i Bach. W sumie jednak najbardziej liczy się rytm, melodia, harmonia. A to oznacza, że pacjenci nie muszą być „skazani” na klasykę.

Dowiedli tego badacze z University of Maryland School of Medicine w Baltimore, testujący muzykę jako lek na nadciśnienie. Okazało się, że potrafi ona wpływać na naczynia krwionośne, powodując ich rozszerzenie się, a w konsekwencji spadek ciśnienia. Ulubiony utwór pacjenta (w Baltimore najczęściej było to country) zwiększał średnicę tętnic aż o 26 proc., natomiast drażniące dźwięki (w tym badaniu akurat heavy metal) prowadziły do ich skurczu. Także i w tym przypadku kluczową rolę mogą odgrywać produkowane w mózgu endorfiny. 

 

Pobudź sobie neurony

Większość pacjentów po udarze mózgu ma problemy z pamięcią, koncentracją, mówieniem. Kluczem do rehabilitacji jest stymulacja układu nerwowego, szczególnie w pierwszych tygodniach po udarze. Zespół kierowany przez dr. Teppo Särkämö z Helsinki Brain Research Centre aplikował pacjentom przez dwie godziny dziennie słuchanie audiobooków albo ulubionej muzyki: jazzu, popu, folku lub klasyki. Po trzech miesiącach muzykoterapii pamięć słowna poprawiła się u chorych aż  o 60 proc., zaś zdolność do koncentracji i rozwiązywania problemów – o 17 proc.  Dr Särkämö sądzi, że dobrze działają te utwory, które pacjenci lubią najbardziej, a zwłaszcza piosenki, które stymulują mózg nie tylko dźwiękiem, ale także tekstem. 

Nadal nie wiadomo, co dokładnie dzieje się w naszych neuronach pod wpływem muzyki. Tajemnicy tej nie rozwikłał dotąd żaden uczony, o czym pisze chociażby prof. Oliver Sacks, znany neurolog i autor wielu książek (w tym wydanej niedawno „Muzykofilii”). Wiadomo jednak, że ulubione utwory wywierają na nas znacznie większy wpływ niż inne. Prof. Sacks sprawdził to na sobie – poddał się skanowaniu mózgu podczas słuchania utworów Beethovena oraz Bacha, pod względem harmonii i rytmu podobnych do siebie. Przy Bachu, którego uczony uwielbia od dzieciństwa, jego szare komórki „rozświetlały się” w kilkudziesięciu punktach jednocześnie, przy Beethovenie – zaledwie w kilku. Wniosek jest prosty – jeśli chcesz uniknąć chorób, słuchaj tego, co lubisz!