Kiedy w październiku 2003 roku na pokładzie pojazdu Shenzhou 5 – zmodyfikowanego rosyjskiego Sojuza – pułkownik Yang Liwei jako pierwszy Chińczyk poleciał na okołoziemską orbitę, do USA i Rosji dołączyła nowa potęga kosmiczna. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie ekskluzywny klub państw, które wysyłają ludzi w kosmos, będzie szybko się powiększał. Problem polega na tym, że w taką podróż ludzie muszą zabierać ze sobą wiele rzeczy, które potem stają się im zbędne. Nad naszymi głowami zaczyna się powtórka ze scenariusza, który już przerobiliśmy: ilość śmieci zaczyna rosnąć w zastraszającym tempie, a chętnych do sprzątania nie widać.

AZJACI NA KSIĘŻYC!

W najbliższych latach przestrzeń wokół Ziemi może stać się areną przepychanki, porównywalnej z zimnowojenną rywalizacją USA i ZSRR. Chiny zapowiadają, że do 2008 roku opanują technikę wychodzenia w otwartą przestrzeń kosmiczną. Do 2012 r. będą dokować na orbicie swoje pojazdy i wkrótce potem zainstalują się na stałe w przestrzeni wokół Ziemi.

Ukoronowaniem ma być założenie kolonii na Księżycu w 2020 roku. A przecież żaden człowiek nie stanął na Srebrnym Globie od grudnia 1972 roku... Także inne kraje Azji nie marnują czasu. Pierwszy indyjski satelita został wystrzelony w 1975 roku. Dziś z kosmodromu koło Madrasu Hindusi regularnie wysyłają na orbitę własne satelity meteorologiczne i telekomunikacyjne. – „Robimy to tak tanio, że taniej już się nie da. Rocznie wydajemy tylko pół miliarda dolarów” – mówi Krishnaswamy Kasturirangan, szef indyjskiego programu kosmicznego.

To rzeczywiście niewiele w porównaniu z budżetem wojskowym Indii, sięgającym 14 mld dol. Projektowi patronuje sam prezydent Indii A.P.J. Abdul Kalam, spec od technologii rakietowej i ojciec indyjskiej broni atomowej.

W 2008 roku w kierunku Księżyca ma polecieć Chandrayan- 1 – automatyczna sonda, która sporządzi mapy nieznanych dotąd części Srebrnego Globu. W podniebnym wyścigu bierze udział również Japonia, ale z coraz mniejszym wigorem. Jak dotąd może pochwalić się najwyższym w świecie wskaźnikiem awaryjności: od 1980 roku na 49 lotów zawiodło pięć pojazdów. W listopadzie 2003 roku, zaledwie w miesiąc po chińskim sukcesie, Japończycy musieli zniszczyć podczas startu rakietę nośną H-2A – flagowy pojazd swego programu kosmicznego – bo jeden z jej członów nie odłączył się. Wraz z nią spłonęły dwa satelity szpiegowskie.

ORBITALNE BUBLE

Symbolem nieudolności człowieka w eksploracji kosmosu stała się stacja orbitalna Mir, która słynęła z mnożących się awarii. W rzeczywistości był to jednak jeden z najbardziej udanych projektów kosmicznych w historii. Wystrzelony na orbitę w 1986 roku Mir nie miał ze strony USA godnego konkurenta, pozostając jedynym załogowym obiektem stale obecnym w przestrzeni pozaziemskiej. Faktem jednak jest, że pod koniec lat 90. ten sklecony z kilku modułów labirynt korytarzy, zapchanych sprzętem naukowym, kablami i przedmiotami osobistymi załogi, zaczął zamieniać się w śmiertelną pułapkę dla kosmonautów. 23 marca 2001 roku ogołoconą ze sprzętu stację sprowadzono na niższą orbitę.

 

W czasie wchodzenia w atmosferę ziemską rozpadła się na kilka części, które utonęły w Pacyfiku, nie robiąc nikomu krzywdy. Do czasu „zezłomowania” Mira największym kawałkiem kosmicznego śmiecia, który spadł na Ziemię, była amerykańska stacja kosmiczna Skylab. W założeniu miała działać co najmniej osiem lat, ale wytrzymała tylko sześć. W 1979 roku zeszła z orbity, rozpadła się na kawałki i wylądowała w Oceanie Indyjskim oraz na pustkowiach zachodniej Australii. Współcześnie nie brak głosów, że największym kosmicznym bublem jest Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS).

Planowana pierwotnie jako zachodnia konkurencja dla Mira, po zakończeniu zimnej wojny stała się wspólnym projektem Rosji, USA, Europy, Japonii, Kanady i kilku innych państw. Szacowany na 100 miliardów euro projekt od początku ma kłopoty finansowe. Problemem jest też skomplikowany status prawny modułów dostarczanych przez poszczególne państwa oraz uzależnienie od amerykańskich wahadłowców. Niedawna katastrofa Columbii i „uziemienie” amerykańskiej floty kosmicznej postawiło cały projekt pod znakiem zapytania. Podobnie jak niedawne amerykańskie zapowiedzi całkowitego wycofania wahadłowców ze służby w ciągu kilku lat i zastąpienia ich innymi pojazdami, które na razie są w fazie projektowania.

SATELITA GOLFOWY

Międzynarodowa stacja kosmiczna nie przetrwałaby ostatnich lat, gdyby nie zaangażowanie Rosjan. A ci – jakby złapali w kosmosie drugi oddech. Po katastrofie Columbii zapewniali dostawy surowców, żywności i regularne wymiany dwuosobowej załogi. Rosja też cierpi na braki budżetowe, ale – w odróżnieniu od Ameryki – stara się je łatać w prawdziwie wolnorynkowy sposób. Każda okazja do zarobienia pieniędzy jest dobra.

To Rosjanie wysłali w kosmos pierwszego turystę – amerykańskiego multimilionera Dennisa Tito – a po nim trzy inne osoby. I choć za tygodniowy pobyt na stacji kosmicznej trzeba zapłacić 20 mln dol., wszystkie „orbitalne bilety” są już wykupione do 2009 roku. Nic dziwnego, że do pracy wzięły się firmy prywatne, które w ciągu kilku lat chcą regularnie wysyłać turystów w krótkie loty suborbitalne, podczas których będzie można popatrzeć na kosmos i zaznać stanu nieważkości.

Rosjanie nie mają też oporów przed zarabianiem na kosmicznej reklamie. W 1996 roku wypuścili ze stacji Mir metrowej wysokości puszkę pepsi, która trafiła potem do filmu reklamowego i zainkasowali za to 5 mln dol. 22 listopada 2006 r. rosyjski kosmonauta Michaił Tiurin zagrał w orbitalnego golfa. Wyszedł z ISS w przestrzeń kosmiczną i uderzył pozłacaną piłkę golfową kijem kanadyjskiej firmy E21 Golf, która sponsorowała całe wydarzenie (wysokości kontraktu nie ujawniono). Amerykanie mocno krytykowali ten pomysł, obawiając się, że piłka może wejść na kurs kolizyjny ze stacją i uszkodzić ją.

PODNIEBNE WYSYPISKO

Śmiecenie na orbicie zaczęło się właściwie już od wystrzelenia Sputnika w 1957 roku. Od tego czasu z roku na rok bałagan w przestrzeni wokół Ziemi rośnie. Najstarszym kosmicznym złomem jest drugi w historii amerykański satelita Vanguard, wystrzelony w 1957 roku, który działał tylko sześć lat i od prawie pół wieku krąży bezużytecznie wokół Ziemi. Setki misji, wykonywanych przez Amerykanów, Rosjan, ale także Francuzów, Brytyjczyków, Japończyków, Chińczyków, Hindusów i Brazylijczyków, doprowadziły do stworzenia na niskich orbitach okołoziemskich chmury różnego rodzaju urządzeń.

Dziś wokół Ziemi krąży około 35 mln obiektów ziemskiego pochodzenia. 11 tys. spośród nich ma średnicę większą niż 10 cm, toteż mogą być śledzone przez radary. Zaledwie około 600 z nich to działające satelity. Ponad dwa tysiące to popsute i niedziałające urządzenia, kolejne 1,7 tys. to zużyte człony rakiet, a ponad pięć tysięcy to zwykłe śmieci – od śrubokrętów, pudełek po płytach CD, aparatów fotograficznych, kawałków blach i śrub, po zamarznięte, radioaktywne chłodziwo z popsutych radzieckich satelitów zasilanych reaktorami jądrowymi oraz wyrzucane ze stacji orbitalnej Mir worki ze śmieciami.

 

Dwieście takich worów z resztkami jedzenia i ekskrementami załogi wiruje wokół Ziemi z prędkością od kilkunastu do nawet 50 tys. km/godz. Zetknięcie z zamarzniętymi na kamień nieczystościami byłoby dla maszyn i ludzi pracujących w kosmosie nie tylko nieprzyjemne, ale i bardzo groźne. Łatwo wyobrazić sobie, czym dla przebywającego w otwartej przestrzeni kosmicznej astronauty zakończyłoby się zderzenie z masywną stalową śrubą, mknącą z prędkością 20 razy większą od kuli karabinowej.

Niebezpieczna jest też cała drobnica: tysiące odprysków farby i innych niewielkich obiektów o wymiarach nieco większych niż 1 cm. Gdy w marcu 2002 roku, po ośmiu latach na orbicie wymieniano panele baterii słonecznych zasilających orbitalny teleskop Hubble’a, na ich powierzchni znaleziono tysiące drobnych uszkodzeń, spowodowanych przez krążący na orbicie mikro-złom. Mierzące ponad 40 metrów kwadratowych powierzchni panele zostały przebite na wylot 174 razy. Nic dziwnego – podróżujący z prędkością 28–30 tys. km/godz. milimetrowy obiekt uderza z siłą pocisku karabinowego kaliber 22.

ZŁOMEM W OKNO

Najwięcej do kosmicznego śmietnika wrzucają oczywiście USA i kraje dawnego ZSRR. Na 3758 amerykańskich obiektów kosmicznych trzy tysiące to złom. Z dawnym ZSRR jest nieco lepiej, bo tylko nieco ponad 2,5 tys. z prawie czterech tysięcy urządzeń to graty, zagrażające innym misjom. W przypadku Europejskiej Agencji Kosmicznej liczba obiektów jest oczywiście mniejsza, ale z 259 obecnych na orbicie działa tylko 26.

Chińczycy mają tyle samo sprawnych satelitów, ile Europa, ale aż 324 sztuki złomu. Najwięcej drobnych śmieci pochodzi z rakiety Pegasus, która eksplodowała w 1996 roku, rozpadając się na 300 tys. fragmentów. Nic dziwnego, że amerykańskie siły powietrzne monitorują ruch tysięcy największych kawałków kosmicznych odpadów i alarmują NASA, jeśli istnieje ryzyko kolizji ze startującym promem kosmicznym czy stacją orbitalną. Podobną robotę wykonują obserwatoria Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Po dekadach całkowitej samowoli w śmieceniu pojawiły się próby uporządkowania przestrzeni kosmicznej – powołano Międzyagencyjny Komitet Koordynacyjny ds. Zanieczyszczenia Kosmosu. Dzięki niemu kraje, które kiedykolwiek wysłały cokolwiek poza Ziemię, wymieniają się informacjami na temat położenia i rozmiarów złomu. Od 2002 roku komitet wymaga od swoich członków ograniczania „produkcji” orbitalnych nieczystości, choć ciągle jest to raczej kwestia dobrej woli i zdrowego rozsądku niż regulacji prawnych.

Jak dotąd udawało się uniknąć w zaśmieconej przestrzeni zderzenia, które miałoby jakieś poważne skutki. Ekipy remontowe musiały się jednak sporo napocić. W 1993 r. odkryto centymetrową dziurę w antenie kosmicznego teleskopu Hubble’a. Trzy lata później kawał złomu poważnie uszkodził francuskiego satelitę wojskowego. Największego pecha miały promy kosmiczne, w których trzeba było ponad 80 razy wymieniać okna uszkodzone przez drobne zanieczyszczenia kosmiczne. Warto zresztą pamiętać, że katastrofa Columbii w 2003 roku wywołana była przez ekwiwalent kolizji ze śmieciem – uderzenie kawałka izolacji pokrywającej wahadłowca w jego skrzydło.

 

LIST W BUTELCE

Oczywiście w kosmosie miejsca jest – jak na nasze dzisiejsze możliwości śmiecenia – jeszcze bardzo dużo i na razie szansa na uszkodzenie rakiety, promu czy satelity przez orbitujące śmieci jest stosunkowo niewielka. Co więcej, zanieczyszczanie kosmosu staje się uznaną metodą badawczą. Niedawno uczeni doprowadzili do celowego zderzenia sondy SMART-1 z Księżycem, uzyskując w ten sposób nowe dane na temat budowy jego powierzchni.

Liczne bezzałogowe maszyny zakończyły też swój żywot w okolicach Marsa, a niektóre nawet na jego powierzchni. I nie jest do końca jasne, jak bardzo ją zaśmieciły. Część badaczy podejrzewała, że brytyjska sonda Beagle 2, która w 2003 r. rozbiła się podczas lądowania, mogła zawierać niewielkie ilości ziemskich bakterii. Oznaczałoby to, że ludzkość zaczęła już kolonizację Czerwonej Planety, choć nie do końca zgodnie z wizjami agencji kosmicznych.

Zaśmiecania przestrzeni kosmicznej nie sposób już powstrzymać, o ile nie wydarzy się jakaś katastrofa, która zmiotłaby nas z powierzchni Ziemi albo cofnęła nasz rozwój cywilizacyjny. Ludzie będą latać w kosmos z powodów naukowych, militarnych, gospodarczych albo po prostu po to, by podjąć kolejne wyzwanie. Wraz z pojawieniem się w kosmosie nowych graczy: Chińczyków, Hindusów, być może także Japończyków, ilość śmieci – a wraz z nimi ryzyko poważnej katastrofy – będzie rosnąć.

Każdy lot w kosmos pozostawia jakieś nieczystości – paliwo rakietowe jest zbyt cenne i zbyt ciężkie, aby marnować je na transportowanie rzeczy zbędnych z powrotem na Ziemię.Wyjątkiem są wciąż tylko śmieci i ekskrementy astronautów, które od czasu „zezłomowania” Mira nie krążą już na orbicie, tylko w specjalnych pojemnikach wracają na Ziemię. Ale już na przykład mocz nie jest traktowany tak poważnie – toalety na promach kosmicznych wypompowują go w przestrzeń, gdzie natychmiast zmienia się on w błyszczące lodowe kryształki. Pod koniec lat 70. ludzkość wysyłała w kosmos sondę Pio-neer 10, na której pokładzie umieszczono słynną płytkę z wyrytym na niej przesłaniem do innych cywilizacji: portretem mężczyzny i kobiety, modelem atomu wodoru i schematem Układu Słonecznego. Sonda ta już w 1983 roku minęła orbitę Neptuna i poleciała w niezna-ne – być może na spotkanie z mieszkańcami innych układów planetarnych. Kosmos był wtedy znacznie czystszy niż obecnie, gdy okolice Ziemi wypełniają miliony pozostawionych przez człowieka śmieci.

Część z nich powoli, choć nieubłaganie opada na Ziemię i spala się w jej atmosferze. Niektórym kosmicznym paprochom taka naturalna degradacja zabierze setki lat. Inne, jak kilkucentymetrowy kawałek zbiornika paliwa amerykańskiej rakiety Delta II, który 22 stycznia 1997 roku uderzył w ramię Lottie Williams, spacerującej w parku w Tulsa w USA, wrócą na Ziemię w ciągu kilku miesięcy. Jeszcze inne, wyrzucone na dalekiej orbicie, a potem wypchnięte poza wpływ ziemskiej grawitacji, mogą swobodnie przemierzać galaktykę. A wtedy może okazać się, że pierwszy kontakt z pozaziemską cywilizacją odbędzie się za pośrednictwem zamarzniętego na kamień worka ze śmieciami z Mira.