Potem miała nas załatwić dziura ozonowa. Metafizyczna apokalipsa na okoliczność wejścia w nowe tysiąclecie oraz zagłada rzekomo przepowiedziana przez Majów na rok 2012. Teraz koniec ludzkości ma przynieść globalne ocieplenie.

Nie mówię, że globalne ocieplenie to kolejny humbug

Wręcz przeciwnie. Wszystko wskazuje na to, że po szeregu fałszywych alarmów czeka nas najprawdziwsza katastrofa. Jej skalę trudno przewidzieć, ale warto zadać sobie parę pytań. Szlag trafi ćwiartkę ludzkości, połowę, czy może nas wszystkich.

Moja dziewczyna powiedziała mi niedawno: Łukasz, nasze dzieci mogą nie dożyć starości. Wyobraźcie sobie co czuje rodzic, gdy słyszy takie rzeczy.

Faktem jest, że bliskość apokalipsy, ten damoklesowy miecz wiszący nad nami wszystkimi towarzyszy ludzkości od bardzo dawna. Od jak dawna? Tego nie wiem. Niewątpliwie, już pierwsi chrześcijanie oczekiwali, że Bóg jebnie z chmurki, robiąc porządek z Rzymem, Neronem i całym tym ambarasem.

Dlaczego tak się dzieje? Czemu nie potrafimy żyć bez apokalipsy. W mojej opinii powód jest prosty. Apokalipsę zawsze można odsunąć w czasie, po spełnieniu pewnych warunków. W ten sposób stajemy się lepsi. Strach nas do tego zmusza.

Przeglądam sobie warunki, jakie powinniśmy spełnić, aby zapobiec katastrofie klimatycznej. Przytłaczająca większość z nich jest po prostu sensowna. Powinny zostać wprowadzone nawet, gdyby nie groziło nam żadne niebezpieczeństwo.

Weźmy latanie i związany z nim ślad węglowy

Tego oczywiście nie da się uniknąć. Do Nowego Jorku z Europy mało kto popłynie statkiem (osobiście tęsknię za taką podróżą). Inaczej jest na krótkich dystansach. Szwedzi już rozwijają infrastrukturę kolejową i mam nadzieję, że inne kraje pójdą w ich ślady. Nienawidzę lotnisk. Jeśli pójdę do piekła, niezawodnie znajdę się na lotnisku, gdzie każą zdjąć mi pasek, zegarek i buty. Wygrzebię laptopa z plecaka i wyrzucę zapomniany dezodorant. Potem powlokę się do jakiejś bramki, gdzie będę czekał przez trzy wieczności, aż wpuszczą mnie na pokład, usadzą na ciasnym siedzeniu, a biedna stewardesa wytłumaczy na migi co powinienem zrobić na parę sekund przed tym, jak się rozbijemy.

Z wielką radością wsiadłbym w pociąg do Madrytu albo Salonik, do diabła, pojechałbym sobie nawet koleją transsyberyjską do Ikrucka, byleby tylko nie lecieć. Może, dzięki wspólnemu wysiłkowi, doczekam tej zmiany na lepsze?

Doświadczam i innych problemów komunikacyjnych. Żyję w Krakowie, mieście kompletnie zatkanym przez samochody, co w połączeniu z nawałem nieskoordynowanych ze sobą remontów ulic sprawia, że niedługo najlepszym sposobem przemieszczania się będą własne nogi. Ludzie kupują tanie auta i nimi jeżdżą. Dlaczego? Bo komunikacja publiczna w większości miast wojewódzkich jest fatalna, natomiast ta łącząca miasta powiatowe z resztą gminnych wiosek właściwie nie istnieje. Ludzie jeżdżą samochodami, bo muszą (ewentualnie tak długo musieli, aż przywykli). Inwestycja w zbiorkom przyniesie korzyść nam wszystkim.

Polska węglem stoi

Ludzi, którzy z niego żyją nie można zostawić na lodzie. Nie znam się specjalnie na energetyce, lecz wiem, że węgiel jest drogi. Najtańszym źródłem energii jest ponoć elektrownia atomowa. Zapewnia też bezpieczeństwo energetyczne. Wiem, że „Czarnobyl” to wspaniały serial, lecz nie przejmowałbym się nim zbytnio. Przeciwnie, zachęcam. Elektrownię atomową możecie mi wybudować pod oknem. Nie mam nic przeciwko temu.

 

Odkąd pamiętam, żyłem w kulcie przedmiotu. Najpierw, za komuny wszystkiego brakowało. Ojciec zdobywał telewizor, ubranka, kołowrotki, właściwie wszystko. Zapamiętałem właśnie ten termin – wszystko należało „zdobyć”. Potem, kapitalizm rozpalił w nas potrzebę patologicznego kupowania. W gruncie rzeczy nie wiem co gorsze, wiem za to co innego. Nie potrzebuję nowego telefonu co pół roku, a moje dzieci nie muszą nieustannie dostawać nowych zabawek. Każdy nieustannie próbuje mi coś wcisnąć, dla własnego zysku. Wypchają mi piękny szmelc. Jeśli ustąpię, będę frajerem. Nie lubię być frajerem. A Ty?

Nawadnianie Polski, zrozumiała konieczność wobec pustynnienia niektórych terenów oznacza w praktyce powrót zieleni. Na moich oczach zabetonowano zielony wcześniej kraj, czego właściwie nie można zrozumieć. Drzewko jest zdecydowanie ładniejsze niż asfalt. Ogromne ilości wody schodzą podczas produkcji jedzenia. Sergiusz Kieruzel (rzecznik Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie) w rozmowie z Kulturą Liberalną zwraca uwagę, że na produkcję bochenka chleba schodzi 300 litrów wody, zaś na głupią filiżankę kawy, bagatela, 150. Skąd te liczby, tego oczywiście nie wiem, ale przyjmijmy, że facet ma rację. Tymczasem jedzenia kupujemy za dużo. Potem gnije na śmietnikach. Na moim osiedlu grasują szczury wielkie jak bobry. Gdy zaczniemy kupować tyle żarcia, ile naprawdę potrzebujemy nasze życia staną się lepsze.

Jedzmy rzadziej, ale dobre

Jedzenie to także mięso, którego jestem wielkim zwolennikiem i jak znam życie, szlag mnie trafi akurat w chwili pałaszowania steka. Pamiętam jednak czasy, kiedy mięso stanowiło uzupełnienie diety, dziś mamy go pełno, choć świat niespecjalnie się wzbogacił (Polska to co innego). Z tego co wiem, udział mięsa w diecie nie powinien przekraczać dwudziestu procent. Tymczasem, jesteśmy zalewani tanią, faszerowaną chemikaliami paszą ze wskazaniem na słynne już, dreptające we własnym gównie kurczęta. Większość mięsa obecnego w sklepach to zwyczajna trucizna. Jedzmy rzadziej, ale dobre. Wyjdzie to wszystkim na zdrowie!

Na marginesie, holenderska firma planuje wprowadzenie na rynek sztucznego mięsa w ciągu najbliższych pięciu lat. Pierwszy hamburger wychodowany z komórek macierzystych kosztował, bagatela, ćwierć miliona euro, lecz cena ciągle spada (obecnie wynosi jakieś 20 euro za kilogram). Kto wie, może w ten sposób rozwiąże się problem etyczny związany z masową hodowlą zwierząt rzeźnych (i ich wpływem na ocieplanie się klimatu)?

Powtórzę – te zmiany wyjdą nam na dobre, niezależnie od okoliczności, które je powodują. Dla większości ludzi katastrofa klimatyczna to abstrakcja. Ale może po prostu chcą żyć trochę lepiej?