Odrzutowiec z dopalaczem na prąd. Nowy krok w stronę tańszych lotów wąskokadłubowych

Elektryczne lotnictwo pasażerskie od lat ma ten sam problem: świetne silniki i fatalne zbiorniki. Same motory elektryczne potrafią być wydajne, ciche i podatne na precyzyjne sterowanie, ale kiedy przychodzi do magazynowania energii, wszystko rozbija się o fizykę. Akumulatory są po prostu zbyt ciężkie, by dźwignąć rejsy na dystansach, do których przywykliśmy w przypadku klasycznych odrzutowców. I dlatego w branży coraz częściej wygrywa podejście hybrydowe: prąd ma pomagać tam, gdzie daje najwięcej korzyści, a paliwo lotnicze nadal zapewnia zasięg.
...
fot. GE Aerospace

Właśnie w tym kierunku idzie świeży, megawatowy demonstrator hybrydowego napędu od GE Aerospace – projekt, w którym elektryka nie udaje, że zastąpi turbinę, tylko zaczyna pracować jak dopalacz i generator w jednym. To ważny sygnał, bo mówimy o skali celującej w samoloty wąskokadłubowe na średnich trasach, a nie o niszowych maszynach szkoleniowych.

Dlaczego sam elektryk przegrywa w lotnictwie liniowym?

W samochodach wystarczy dowieźć baterię do garażu. W samolocie musisz dowieźć baterię… w powietrze, razem z pasażerami i bagażem, a potem wozić ją do lądowania w tej samej masie – nawet jeśli energia dawno została zużyta. Paliwo lotnicze ma tu przewagę nie tylko energetyczną, ale i operacyjną: jego ubywa, więc samolot staje się lżejszy w trakcie lotu.

Ta różnica sprawia, że czysto elektryczne podejście w praktyce skaluje się dobrze w dwóch skrajnych przypadkach: ultralekkich konstrukcjach o ograniczonych osiągach albo bardzo krótkich trasach z małym ładunkiem. Na poziomie rejsów, które mają sens dla linii lotniczych, to nadal za mało. I właśnie dlatego hybryda wraca jako rozsądny kompromis: turbina robi to, w czym jest niezastąpiona (zasięg i moc), a elektryka optymalizuje najbardziej kosztowne fazy lotu.

Co oznacza megawatowa hybryda i czemu to nie jest zabawka?

Słowo megawat w tym kontekście jest kluczowe, bo wyznacza granicę między demonstracją laboratoryjną a systemem, który realnie zaczyna przypominać napęd dla samolotu pasażerskiego. Skala mocy determinuje wszystko: architekturę elektryczną (napięcia, przekształtniki), zarządzanie temperaturą, odporność na wibracje i to, jak w ogóle wkomponować elementy elektryczne w pracę turbofana.

W tym projekcie idea nie polega na tym, że silnik staje się elektryczny. To nadal turbofan spalający paliwo, ale z dodatkową warstwą: komponenty elektryczne są wpięte w sam rdzeń układu i mogą zarówno odbierać moc (pracując jak generatory), jak i ją oddawać (działając jak silniki wspomagające). To w praktyce narzędzie do przesuwania energii w czasie: tam, gdzie turbina pracuje w mniej wymagających warunkach, można produkować prąd, a tam, gdzie potrzeba dodatkowego ciągu – prąd wstrzyknąć w układ bez dokładania paliwa w takim samym stopniu.

Najbardziej interesujące jest to, że wpięto elektryczne motorogeneratory w układ wału. W trybie „generacji” np. kołowanie, zniżanie, system ma wytwarzać energię elektryczną wysokiego napięcia, zasilając pokładowe systemy i jeśli jest gdzie – doładowując magazyn energii. W trybie „motorowym” start, wznoszenie, te same elementy mają pomagać rozpędzać sprężarkę i wentylator, czyli wspierać kluczowe części cyklu pracy turbofana bez proporcjonalnego wzrostu spalania.

Tu pojawia się detal, który zwykle zabija ambitne koncepcje: elektronika mocy i jej chłodzenie. Jeśli operujesz na megawatach, przekształtniki, tu pojawia się wątek inwerterów z węglika krzemu, robią się nie tylko mądre, ale też gorące. W demonstratorze zastosowano podejście praktyczne: osobny układ chłodzenia, a paliwo ma pełnić rolę pochłaniacza ciepła. To brzmi jak techniczna ciekawostka, ale w rzeczywistości jest warunkiem niezawodności – bez stabilnej termiki cała elektryka w silniku staje się problemem, nie rozwiązaniem.

Testy naziemne: dlaczego to przełom bardziej systemowy niż silnikowy?

W ostatniej kampanii testowej nie chodziło o udowodnienie, że jakiś pojedynczy moduł działa na stanowisku. Klucz był w integracji: pokazaniu przepływu mocy (przekazywanie, odbiór, wstrzykiwanie) w rzeczywistym układzie turbofanowym. Do demonstracji wykorzystano zmodyfikowany silnik Passport, a próby przeprowadzono w ośrodku testowym w Peebles Test Operation.

Najważniejszy wniosek z takich testów jest zwykle mniej widowiskowy niż nagłówki: czy sterowanie i integracja zachowują się przewidywalnie, kiedy rośnie temperatura, drgania i obciążenia. Hybryda w samolocie nie może być fajnym trybem, który działa tylko w idealnych warunkach – musi mieć powtarzalność. Właśnie dlatego weryfikuje się pracę w różnych trybach i symulowanych warunkach lotu, bo dopiero wtedy widać, czy elektryka nie zaczyna żyć własnym życiem przy realnych obciążeniach.

W komunikacji mocno wybrzmiewa zdanie, że architektura może pracować bez pośredniego magazynu energii. To ma sens: baterie są dziś największym balastem w elektryfikacji lotnictwa. Jeśli potrafisz zbudować hybrydę, która daje część korzyści (optymalizacja pracy silnika, elektryczne wsparcie wybranych faz) bez konieczności wożenia ciężkiego magazynu energii, robisz krok w stronę wdrożenia na dużej flocie.

Jednocześnie warto spojrzeć na to trzeźwo: bez baterii w praktyce oznacza, że system nie jest od nich uzależniony, a nie że ich nigdy nie będzie. W realnym samolocie mogą pojawić się mniejsze zasobniki dla buforowania mocy, redundancji czy zasilania pokładowych odbiorników. Różnica polega na tym, że nie muszą one być gigantyczne i determinujące masę startową. To jest ta subtelność, która może przesądzić o tym, czy hybryda będzie tylko ciekawostką, czy stanie się narzędziem do realnych oszczędności paliwa.

Gdzie w tym wszystkim NASA i po co jej takie projekty?

Ten program nie istnieje w próżni. Po stronie publicznej to element większej układanki, w której celem jest doprowadzenie technologii do poziomu testów naziemnych i lotnych, zanim trafią do komercyjnych planów producentów samolotów. Kluczowe są tu dwa wątki: demonstracje hybrydowych zespołów napędowych oraz poprawa sprawności samego serca turbiny.

W ramach programu HyTEC pojawia się konkretna ambicja: redukcja zużycia paliwa rzędu 10% dla jednostek wąskokadłubowych, z potencjalnym oknem wdrożeń w latach 30. To może brzmieć skromnie, ale w lotnictwie liniowym 10% to gigantyczny kawałek kosztów operacyjnych i emisji – szczególnie jeśli mówimy o samolotach, które latają najczęściej i przewożą największą część pasażerów.

Naziemne testy to dopiero etap, po którym zaczyna się najtrudniejsze: udowodnienie, że wszystko działa w powietrzu, w realnym profilu lotu, z ograniczeniami certyfikacyjnymi. W tym miejscu pojawia się program EPFD, nastawiony na demonstracje naziemne i lotne technologii zelektryfikowanego napędu.

W planach przewijają się testy na zmodyfikowanym Saab 340B z silnikami CT7, z udziałem Boeing i Aurora Flight Sciences przy integracji płatowca. To ważne, bo przejście na demonstrację lotną oznacza sprawdzenie nie tylko silnika, ale całej infrastruktury: okablowania wysokiego napięcia, zabezpieczeń, oprogramowania i tego, jak system zachowuje się w sytuacjach nielaboratoryjnych.